„Uważam się za ponuraka i malkontenta” – wywiad z Wiktorem Zborowskim

Kilkadziesiąt odcinków temu Kuba Wojewódzki w swoim programie zapowiedział jednego z gości następującymi słowami: „Mało kogo stać, by być takim outsiderem na polskim rynku. Mało kogo stać, żeby zdefiniować siebie jako ponuraka, mende, pesymistę, małego krętacza. Cieszę się, że przyjął moje zaproszenie bo prawie w ogóle go w mediach nie ma”. Dzisiaj my zapowiadamy ten wywiad dokładnie tymi samymi słowami. Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Wiktorem Zborowskim!

K&P: Znany Pan jest z niesamowitego poczucia humoru. Najczęściej możemy Pana zobaczyć w rolach komediowych. Czy woli Pan grać postać zabawną niż np. czarny charakter? Dlaczego?
Wiktor Zborowski: Uważam się za ponuraka i malkontenta. Pewnie dlatego obsadzają mnie częściej w rolach komediowych. Nie mam żadnych preferencji w doborze ról. Liczy się dobry tekst i dobre towarzystwo.

K&P: Powiedział Pan kiedyś „Chyba nigdy nie osiągnę takich szczytów jak ci, którzy oprócz talentu wyróżniają się jeszcze zachłannością. Nie będę nawet  próbował”.  Jakie nieosiągnięte „szczyty” miał Pan na myśli? Przecież jest Pan wybitnym aktorem, który zagrał w wielkich produkcjach filmowych…
Wiktor Zborowski: Nie pamiętam jakie szczyty miałem na myśli. Może szczyty fenomenalnych predyspozycji, których nie posiadam i szczyty lizusostwa i bezwzględności, których nigdy nie sięgnę. Co do mojej „wybitności” to pewnie kilku życzliwych obdarzy mnie takim przymiotnikiem, ale raczej pośmiertnie.

K&P: Czy aktorstwo było od zawsze Pana marzeniem czy może koniecznością? Przecież Pana dziadkowie byli związani z aktorstwem, Pana wuj Jan Kobuszewski jest aktorem…
Wiktor Zborowski: Aktorstwo nie było moim marzeniem, tak jak moi dziadkowie nie byli aktorami. Kobusz jest aktorem,moja żona również, ale co ma wspólnego jedno z drugim?

K&P: Gdyby nie został Pan aktorem, to jak Pan myśli, kim byłby Pan dzisiaj?
Wiktor Zborowski: A skąd ja to mogę wiedzieć?

K&P: Co wyróżnia małżeństwo, w którym oboje małżonkowie są aktorami na tle pozostałych małżeństw?
Wiktor Zborowski: Nic.Taka sama ciężka robota bez wakacji i dni wolnych.

K&P: Czy ma Pan świadomość siebie? Tego, jak wielkim aktorem Pan jest i jak wielkie sukcesy ma Pan na swoim koncie?
Wiktor ZborowskiNie mam takiej świadomości. Ja nawet nie mam pewności, czy w dzisiejszych czasach w ogóle moje aktorstwo jest potrzebne. A sukcesy? Rzecz nabyta i szybko oraz chętnie zapominana.

K&P: Wielokrotnie użyczył Pan głosu w filmach i kreskówkach. Czy operowanie wyłącznie głosem jest łatwiejsze (a może trudniejsze) od zagrania roli w filmie?
Wiktor Zborowski: Ani łatwiejsze ani trudniejsze. To kwestia odpowiedzialności. W filmie czy teatrze odpowiadam za siebie, w dubbingu za siebie i za postać, którą dubbinguję. Bez względu na to, czy jest to aktor, czy postać z kreskówki.

K&P: Czy teraz, gdy jest już Pan doświadczony w swoim zawodzie, czuje Pan tremę przed wyjściem na scenę? Czy jest ona zbliżona do tej, która jak się domyślamy towarzyszyła Panu na początku kariery?
Wiktor Zborowski: Na początku zjawisko tremy było mi nie znane. Teraz i owszem.

K&P: Czy uważa Pan, że w dzisiejszych czasach szkoła aktorska jest koniecznością do tego, aby zostać dobrym aktorem a może w ogóle aktorem? Przecież w serialach czy też filmach widzimy coraz więcej absolwentów psychologii, prawa… A co z tymi dyplomowanymi aktorami?
Wiktor ZborowskiSzkoła uczy warsztatu. Emisja głosu, dykcja, ruch, gest itp. Przygotowuje do pracy w teatrze. Uczy smaku, dobrego gustu, pracy nad tekstami klasycznymi. Bez klasyki aktor nie istnieje, jest tylko „udawaczem” stanów psychicznych na poziomie zupy pomidorowej. Albo jakiejś innej zupy. Uczy też etyki zawodowej, której amatorzy nie znają. Zdarzają się utalentowani amatorzy, ale ogrom pracy jaki ich czeka, aby mogli się nazwać aktorami jest tak wielki, że tylko najbardziej pracowici z nich sprostają temu wyzwaniu.

K&P: Uwielbia Pan łowić ryby. Czy może Pan opowiedzieć co fascynującego jest w tej czynności? Co Pan czuje łowiąc ryby? Czy w jakiś sposób to Pana uspokaja?
Wiktor Zborowski: Ja już prawie nie wędkuję. Od 15 lat gram w golfa. To piękna, fascynująca, piekielnie trudna technicznie gra.

K&P: Banalne, kończące wywiad pytanie: Jakie są Pana marzenia?
Wiktor Zborowski: Chciałbym jeszcze zagrać piękną role w pięknym, fabularnym filmie. A prócz tego ? Pomyślności i zdrowia dla moich córek, wnuczki, żony, rodziny, przyjaciół, trójki moich piesków. I byłbym zapomniał, dla siebie też.

K&P: W takim razie tego Panu życzymy! Dziękujemy za rozmowę!

„ Na sukces można zapracować wszędzie” – wywiad z Łukaszem Waszkiewiczem

Młody, zdolny, pełen charyzmy. Zrobiło się o nim głośniej po pokazie jego kolekcji „Chouette” podczas Silesia Fashion Look. Przygotował dla nas ubrania pełne indywidualności, niepowtarzalności, gdzieniegdzie postrzępione, poprzecierane i ponabijane ćwiekami – czyli takie, które w mgnieniu oka skradły serca wielu kobietom- również nam. Co sprawia, że kolekcje tego młodego człowieka są tak kuriozalne ? Zapraszamy do przeczytania naszej rozmowy z Łukaszem Waszkiewiczem!

 

K&P: Masz dopiero 24 lata a na swoim koncie kolekcje, pokazy mody. W marcu mieliśmy przyjemność zobaczyć Twoją kolekcję podczas wydarzenia Silesia Fashion Look. Zaczęły interesować się Tobą media, poszerza się grono Twoich fanów – to sporo jak na tak młody wiek. Jak to zrobiłeś? Co sprawiło, że osiągnąłeś sukces i nieustannie go osiągasz ?
Łukasz Waszkiewicz: Myślę, że słowo „sukces” to za dużo powiedziane. Cały czas nad nim pracuję, wymaga to sporo pracy, czasu i poświęcenia. To racja,że mam za sobą pokazy mody, najmilej wspominam ten w ramach „Silesia Fashion Look”. Wracając do pytania oto jak osiągnąć sukces – trzeba być autentycznym w tym co się robi, robić to z pasją i wielkim zaangażowaniem. Codziennie się uśmiechać, iść pod prąd mimo czasem niemiłych sytuacji i robić dalej swoje.

K&P: Pochodzisz z Rudy Śląskiej. Czy uważasz, że można osiągnąć sukces mieszkając na tzw „prowincji”? Nie myślałeś o tym, aby przeprowadzić się do Warszawy albo Łodzi ?
Łukasz Waszkiewicz: Aktualnie mieszkam w Katowicach – uważam,że na sukces można zapracować wszędzie. Żyjemy w dobie Internetu, to niezwykle pomaga. Owszem, myślę, że gdybym zmienił miejsce zamieszkania na Warszawę czy Kraków popularność marki Chouette zyskałaby na tym. Niemniej jednak na dzień dzisiejszy pozostaję w Katowicach i tutaj oddaję się swoim pasjom a co za tym idzie – pracy.

K&P: Jak sam powiedziałeś inspirację do tworzenia ubrań czerpiesz z otaczającego Cię świata, muzyki i wyobraźni. Czy inspirujesz się też polskimi lub zagranicznymi projektantami?
Łukasz Waszkiewicz: Nie, nie inspiruję się. Bardzo ich cenię, ale buduję swoją autentyczną markę i nie mogę sobie pozwolić na tego typu działania.  Chcę być autentyczny i nie chce robić niczego na siłę.

K&P: Co sądzisz o polskich projektantach? Jak oceniasz ich najnowsze kolekcje? Czyja kolekcja podoba Ci się najbardziej ?
Łukasz Waszkiewicz: Trudne pytania. Aż tak bardzo nie zagłębiam się w projekty i pokazy mody innych projektantów. Tych naszych rodzimych i zagranicznych. Polska moda jest na coraz większym poziomie i to mnie bardzo cieszy – nawet jako potencjalnego klienta. Bardzo spodobała mi się ostatnia kolekcja Kristofera Kongshauga. Konstrukcja wszystkich sylwetek, jak i kolorystyka bardzo do mnie przemawia. Interesujące są też bluzy marki Sanctus – ich uniwersalność jest najlepsza. Polskie podwórko modowe, które mnie urzeka niech pozostanie tajemnicą. Tu swoje miejsce odnajdują wyłącznie najlepsi, myślący nieszablonowo, pragnący odkryć i podzielić się ze swoją publicznością czymś więcej.

K&P: Jaka według Ciebie powinna być idealna modelka? Jakie powinna mieć cechy charakteru? Jak powinna wyglądać?
Łukasz Waszkiewicz: Szczerze przyznam, że nie lubię pytań o modelki. Ten temat wywołuje wiele kontrowersji i niedomówień. Moją modelką idealną jest kobieta szczupła, o odpowiednich wymiarach. Konkretny, mocny charakter, czysta cera i uśmiech na twarzy. Niebojąca się wyzwań i nowych celów. Odporna na krytykę i czasami ciężkie warunki pracy.

K&P: Co według Ciebie jest Twoim znakiem charakterystycznym (a raczej ubrań, które tworzysz)? Co wyróżnia Ciebie na tle innych projektantów?
Łukasz Waszkiewicz: Na pierwszym miejscu niepowtarzalność większości moich projektów. Kupując u mnie masz pewność,że w ofercie nie ma drugiej takiej samej pary szortów czy kurtki. Powtarzalne są tylko koszulki z nadrukami. To pytanie powinno być skierowane do moich klientów, odbiorców – oni wiedzą najlepiej dlaczego do mnie wracają i proszą o więcej.

K&P: Masz już pomysły na następną kolekcję? 
Łukasz Waszkiewicz: Intensywnie pracujemy nad mini kolekcją męska. Niestety szczegółów nie mogę zdradzić.

K&P: Kim chciałbyś być za 5 lat?
Łukasz Waszkiewicz: Nie lubię wybiegać tak daleko w przyszłość. Chciałbym dalej tworzyć i projektować i miejmy nadzieję, że tak będzie.

K&P: Jaki jest według Ciebie przepis na sukces dla młodego projektanta?
Łukasz Waszkiewicz: Pasja, ciężka praca, sumienność wykonywania obowiązków, profesjonalizm. Nie ma jednej recepty na sukces. Dużo szczęścia też się przyda i warto pracować nad odpowiednią siatką kontaktów.

Zapraszamy na stronę Łukasza na facebooku 
https://www.facebook.com/chouette.redesign?fref=ts

oraz jego oficjalną stronę, na której będziecie mogli zamówić ubrania


http://chouette-redesign.pl/

Silesia Fashion (?????) Day

13 kwietnia w Katowicach już po raz III odbyła się „modowa” impreza Silesia Fashion Day.

Na Silesia Fashion Day pojawiłyśmy się po raz pierwszy. Poprzednie edycje znamy wyłącznie ze zdjęć, filmików i relacji, które jednoznacznie zasygnalizowały nam, że impreza jest stricte związana z modą i panującymi obecnie trendami. Tym razem zapowiadało się jeszcze piękniej – Projektant Tomasz Ossoliński wraz ze swoją kolekcją w westybulu Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach.

Wizualnie się nie zawiodłyśmy. Gmach Urzędu Wojewódzkiego zrobił na nas piorunujące wrażenie swoją modernistyczną architekturą. Wewnątrz okazał się jeszcze piękniejszy i niebywale elegancki. Idealnymi na ten wieczór dodatkami było czerwone, klimatyczne światło, mężczyzna przygrywający na saksofonie (który z czasem przestał zachwycać nas swoim muzycznym talentem, a zaczął przeszkadzać w komunikowaniu się) , kobiety w długich sukniach, mężczyźni w garniturach i czerwone wino. Francja elegancja.

Po godzinie 20 sala wypełniona była już po brzegi fotoreporterami oraz zaproszonymi gośćmi, a wśród nich: Justyna Cichoń – dyrektor zarządzający JC Academy oraz Zygmunt Łukaszczyk – wojewoda śląski.

Galę poprowadził Mirosław Neinert, który artystycznie wyłonił się zza chmury dymu na scenie, co było dla nas zapowiedzią niekonwencjonalnego wieczoru.

Czar niestety prysł w momencie wyjścia pierwszej modelki na „wybieg”. Chaos i kompletny brak jakiejkolwiek harmonizacji. Fryzury i makijaż z zupełnie innej bajki niż ubrania. Te z kolei nie miały nic wspólnego z panującymi obecnie trendami. Nam się nie podobało, ale może się nie znamy, w końcu zaprezentowane kolekcje pochodziły od Dono da Sceggia, Tru Trussardi, Marino Rinaldi czy też Marc Cain…

Na szczęście a może i nieszczęście pokazów było stosunkowo mało. Głównym punktem wieczoru były nagrody i przemówienia z podziękowaniami.  Nagrody przyznane zostały między innymi w kategoriach: twórczość artystyczna, tworzenie mody czy też działalność kulturotwórcza.

Warto wspomnieć, że impreza miała charakter charytatywny, co prawdopodobnie było jedyną zaletą tego wydarzenia. Podczas całego wieczoru zbierano pieniądze, które zostaną przeznaczone na Hospicjum Cordis. W tej kwestii wykorzystano t-shirty Tomasza Ossolińskiego, które pełniły rolę „cegiełek”.

Podsumowując: było ładnie, było elegancko, z dobrymi intencjami, ale nudno. Chyba preferujemy garaż i prowadzącego, wiecznie młodego Krzysztofa Ibisza, który pojawił się podczas dwóch poprzednich edycji… Panie Krzysztofie, może powrót ?

Więcej zdjęć z tego wydarzenia możecie zobaczyć tutaj -> KLIK 

K&P

 

 

„Przełamałam swój strach i uwierzyłam w to, że mogę wszystko, czego tak naprawdę chcę” – wywiad z Anią Piszczałką

Dziewczyna z małego Gradówka. W mgnieniu oka wspięła się wysoko do góry, spełniając swe marzenia. Dzięki pierwszej edycji , zyskała ogromną popularność. Była jedną z trzech finalistek i mimo, że nie udało jej się wygrać, robi dziś wielką karierę – chodziła m.in. po wybiegu na pokazie Macieja Zienia i La Mania. Dziś mieszka w Warszawie i cały czas mknie do przodu. Czy sukces, który do tej pory osiągnęła może zawdzięczać tylko dzięki udziału w „Top Model” ? Zapraszamy do przeczytania naszej rozmowy z Anią Piszczałką!

 

K&P: Od czasu I edycji programu „Top Model”, w której brałaś udział minęło już sporo czasu. Czy uważasz, że program pomógł Ci zrealizować marzenia?Czy byłabyś w tym miejscu w jakim jesteś nie idąc na casting do programu?
Ania Piszczałka: Gdyby nie udział w programie i w finale moja droga do modelingu byłaby dużo dłuższa, może nawet byłabym ciągle na początku. Telewizja daje wiele, naprawdę może pomóc w rozwinięciu skrzydeł. Spełniłam już kilka swoich marzeń i stawiam sobie kolejne cele.

K&P: W programie byłaś przedstawiona jako osoba odosobniona od reszty dziewczyn. W jednym z odcinków sama potwierdziłaś, że nie jesteś lubiana w domu modelek. Co było tego powodem? Czy Twój konflikt z dziewczynami był naprawdę tak poważny jak przedstawiła to widzom telewizja?
Ania Piszczałka: Zamieszkałyśmy razem- 13 dziewczyn, które zupełnie się nie znają, a do tego doszła rywalizacja, stres. Ogólnie nie była to łatwa sytuacja. Faktycznie w jednym momencie puściły nam nerwy i wynikła mała sprzeczka. Ale wydaje mi się, że po niej miałyśmy ze sobą jeszcze lepszy kontakt. Do tej pory utrzymuję kontakt z Beatą i Kasią.

K&P: Nie wygrałaś programu, jednak osiągasz większe sukcesy niż pozostałe modelki z programu. Same miałyśmy okazję wielokrotnie zobaczyć Cię na wybiegu podczas pokazów mody. Dlaczego Tobie się udało ?
Ania Piszczałka: Nigdy się nad tym nie zastanawiałam… Chodzę na castingi, staram się robić wszystko jak najlepiej potrafię i mam trochę szczęścia

K&P: W programie „Top Model” sesja, w której musiałaś zapozować z mężczyzną trochę Cię onieśmielała. Czy dzisiaj tego typu sesje ciągle są dla Ciebie problemem?
Ania Piszczałka: Na sesji w programie były kamery, wiele osób na planie, to była dla mnie nowość i dlatego czułam się trochę zmieszana. Teraz to tego typu sesji mam inne podejście, to jest nasza praca. Chociaż akty nadal mnie krępują.

K&P: Często słyszy się, że to co zostaje prezentowane nam podczas 1,5 godzinnego programu TOP MODEL niekoniecznie jest zgodne z prawdą. Czy to prawda, że nieraz modelka X była w telewizji pokazywana jako płacząca i marudząca a w rzeczywistości była bardzo wesołą dziewczyną ?
Ania Piszczałka: Pamiętajmy, że jest to show telewizyjne, które pokazuje emocje, tajemnice, wady i zalety dziewczyn.

K&P: Którą sesję z programu TOP MODEL wspominasz najlepiej a którą najgorzej?
Ania Piszczałka: Wszystkie sesje były ciekawe. Ale jeśli miałabym wybrać jedną, którą wspominam najlepiej, to byłaby to sesja w Mediolanie. To niesamowite uczucie pozować na głównym placu Duomo w stolicy mody. Nie mogę wybrać najgorszej sesji, ale może najtrudniejszą, która tak naprawdę dodała mi sił, była sesja z trzema pająkami. Ponieważ przełamałam swój strach i uwierzyłam w to, że mogę wszystko, czego tak naprawdę chcę.

K&P: Oglądasz najnowszą edycję TOP MODEL? Jakie są Twoje odczucia co do tej edycji? Czy masz swoją faworytkę?
Ania Piszczałka: Niestety nie miałam jeszcze okazji oglądać III edycji TM. Gdyż byłam zajęta pracą, która wiąże się z częstymi wyjazdami, co jednocześnie uniemożliwia mi obejrzenie któregoś z odcinków. Mimo to, mam nadzieję, iż będę miała okazję to nadrobić.

K&P: Po programie przeprowadziłaś się do Warszawy, zaczęłaś pojawiać się też na tzw „salonach”. Czy świat show-biznesu zaskoczył Cię pozytywnie czy może negatywnie?
Ania Piszczałka: Wiadomo, że są plusy jak i minusy świata show-biznesu. Nie wszyscy, którzy się ładnie do ciebie uśmiechają, dobrze ci życzą. Generalnie ufam ludziom, ale zaczynam być ostrożna.

K&P: Jakie są Twoje plany zawodowe na najbliższe miesiące?
Ania Piszczałka: Chcę wykorzystać swoje możliwości, nadal rozwijać swoją karierę w Mediolanie lub w innych stolicach mody.

K&P: W takim razie życzymy Ci powodzenia i dziękujemy za rozmowę!

fot. Jakub Kaźmierczyk

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przypominamy Wam również o odwiedzinach i polubieniu naszego „fanpejdża” na facebook’u! :)Dzięki temu będziecie z nami zawsze na bieżąco !

klik : 
https://www.facebook.com/pages/KA-VOX/531673546874485?ref=hl

„Czuję się jak mała kropla w tym całym wodospadzie chwil…” – wywiad z Maćkiem Wasio,liderem grupy OCN

Mają już na swoim koncie kilka albumów, właśnie wychodzi „Waterfall” – pierwszy anglojęzyczny w całej ich karierze. Ponadto zaskoczyli wszystkich zmianą nazwy zespołu Ocean, na OCN! Co się przyczyniło do tych zmian oraz co jeszcze szykują, dowiecie się, czytając naszą rozmowę z Maćkiem Wasio!

 

K&P: „Waterfall” będzie waszym szóstym, ale pierwszym anglojęzycznym albumem, a do tego zostanie wydany już jako OCN, a nie Ocean. Czy to oznacza koniec ery polskiego zespołu Ocean, śpiewającego teksty w języku polskim? Będziecie nagrywać teraz kawałki tylko i wyłącznie po angielsku?
Maciek Wasio : Wiecie… czas pokaże, ciężko nas tutaj prosić o jakieś konkretne deklaracje. Przez podkręcenie nazwy zaznaczamy, że zaczął się jakiś nowy etap dla nas. Mogę też zdradzić, że nie tylko w Polsce. Natomiast jesteśmy również przygotowani do koncertowania z naszym starszym materiałem, co zresztą miało miejsce na Festivalu Sziget na Węgrzech. Będziemy nadal wracali do piosenek po polsku. Nie wiem tylko, czy to się wydarzy w krótkiej czy dalekiej przyszłości. Ale jest i pomysł, by piosenki z płyty „Waterfall” zaśpiewać również w języku polskim. Czas pokaże… Na razie mamy ten album, ruszamy z promocją, ruszamy z koncertami, więc etap, na którym jesteśmy, jest jakby wyraźnie zaznaczony przez postać tej płyty.

K&P: Dlaczego nadaliście jej tytuł „Waterfall” czyli „wodospad” – co kryje się pod tą nazwą ?
Maciek Wasio: Każdy, kto zapoznał się z piosenką „Waterfall”, może sobie wyobrazić, o czym ta piosenka opowiada. Dość dużo się pozmieniało w moim życiu w momencie, w którym rozpocząłem swoją przygodę z surfingiem i polowaniem na wielkie fale w różnych, czasem bardzo dziwnych zakątkach świata. Nie ma co ukrywać, że ten tekst o tym opowiada… Nagle zdałem sobie sprawę, że jesteśmy tylko małym trybikiem w olbrzymiej maszynie, który można nazwać „świat”, „natura” czy jakkolwiek… Cała natura, która nas otacza sprawia, że tak się właśnie czuję – jak mała kropla w tym całym wodospadzie chwil… W tekście jest też jedno z takich mądrych przemyśleń, właśnie na temat tego, że czasem wiele rzeczy tracimy, żeby zrozumieć, co posiadamy. Jest to też taki statement, który można śmiało odnieść i do moich kwestii osobistych, i do kwestii życiowych, bo w momencie kiedy sami stoimy w zderzeniu z tym absolutem, to okazuje się, jak wartościowe są te wszystkie materialne dobra, za którymi uganiamy się tak naprawdę codziennie.

K&P: Powiedz nam coś więcej na temat tej płyty. Jak porównałbyś ją do Waszych poprzednich albumów?
Maciek Wasio: Trochę się śmieję, że to jest takie „The Best Of” – słychać tam bardzo wyraźnie całą drogę, jaką ten zespół przeszedł. Są tam nawiązania do naszych poprzednich albumów, nawiązania do mojej ulubionej płyty, a tak właściwie to dwóch ulubionych płyt czyli do „Depresyjnych piosenek o niczym” i do „Wojny świń” czyli naszego poprzedniego albumu. Natomiast wszystko jest podane w takiej formule, która też sprawiła, że zdecydowaliśmy się na wyraźne odkreślenie grubą kreską tego, co robiliśmy wcześniej, a tego, co robimy teraz, gdyż teraz właśnie gramy jako trio – z dwoma śpiewającymi osobami. Cała nasza muzyka nabrała zupełnie innego charakteru, gdyż tutaj bas akurat przejął bardzo wiodącą rolę jeśli chodzi o melodykę.

K&P: Wasz pierwszy singiel – tytułowy „Waterfall” pojawił się na antenie Eski Rock już w grudniu 2012 r. i zajął pierwsze miejsce na ich najpopularniejszej liście przebojów NRD. Udało Wam się przebić samą Metallicę! Jaka była Wasza reakcja na tę informację?
Maciek Wasio: Oczywiście muzyka to nie zawody, nie jest to jakiś wyścig. Natomiast bardzo się cieszyliśmy, bo przecież był to z naszej strony dosyć odważny ruch. Wiele osób straszyło nas, że jeśli będziemy śpiewać po angielsku, to stracimy kontakt z naszymi fanami. Na całe szczęście okazało się, że gramy dla otwartej grupy ludzi i ten album to był strzał w dziesiątkę, a „Waterfall” stał się jednym z najpopularniejszych utworów w całej naszej karierze. Wystarczy przyjść na koncert, żeby posłuchać jak cała sala chóralnie wyśpiewuje tekst i nie stanowi to problemu, że jest to tekst akurat w języku angielskim. Więc bardzo się cieszymy, zresztą tej piosence bardzo dużo zawdzięczamy – dzięki niej dostaliśmy się na Sziget, dzięki niej dostaliśmy propozycję kontraktu i rozpoczęliśmy nową przygodę, stąd też ta piosenka stała się jakby tematem przewodnim całego albumu.

K&P: A skąd w ogóle pomysł, żeby nagrywać po angielsku?
Maciek Wasio: W naszej sali prób przez wakacje zrealizowaliśmy 3 piosenki z najnowszego albumu: „Waterfall”, „Desire” i „The First Cut” – nasz drugi singiel. Zrealizowaliśmy je w języku angielskim i wysłaliśmy na jeden z największych festiwali w Europie czy nawet na świecie – na festiwal Sziget. Nasz materiał spotkał się z na tyle dużym zainteresowaniem, że potem mieliśmy tutaj ogólnopolski konkurs i mieliśmy przyjemność reprezentowania Polski właśnie na tym festiwalu. To nam dość mocno dodało skrzydeł, pojechaliśmy na ten festiwal, zagraliśmy świetny koncert, zostaliśmy genialnie przyjęci, pojawiły się nowe propozycje – piosenka „Waterfall” trafiła do europejskiego oddziału wytwórni Warner Music Group i okazało się, że zaproponowali nam wieloletni kontrakt i rozpoczęliśmy z nimi współpracę. Więc tak troszeczkę ta historia potoczyła się sama…

K&P: Jakie korzyści przyniesie Wam ten międzynarodowy kontrakt z Warner Music Group?
Maciek Wasio : Przede wszystkim swobodę i możliwość realizacji marzeń. Na pewno bez ich wsparcia nie udałoby się doprowadzić, też finansowo – mówiąc brutalnie, do przylotu Vance’a Powell’a do Polski. Dali nam w całości wolną rękę i pozwolili nam pracować i skupić się na tym, co robimy, czyli na muzyce. Warner Music też uczestniczyli w pozyskaniu dla nas managementu zagranicznego, zajęli się koordynacją z managementem polskim, który tu od niedawna też się nami zajmuje. Czas pokaże, jak to zaowocuje, natomiast wszystkie rzeczy podstawowe jak warunki pracy i swoboda działania to naprawdę sporo.

K&P: Wspomniałeś o Vance Powell’u – jest on znany ze współpracy z zespołami takimi jak Kings Of Leon czy The White Stripes. Czuwał on nad Waszym najnowszym albumem – jak doszło do tej współpracy i jak ona wyglądała ?
Maciek Wasio : Poznaliśmy się na Open’erze, gdzie Vance był realizatorem zespołu The Dead Weather czyli projektu Jack’a White’a. Po koncercie wymieniliśmy kilka uprzejmości, pogadaliśmy trochę o produkcji, o dźwięku… Okazało się, że bardzo fajnie nam się rozmawia, więc Vance dał mi swój numer telefonu i zaprosił do wizyty w Nellville. Tak się złożyło, że w niedalekim czasie byłem w Nowym Yorku, więc pojechałem do niego na spotkanie, spędziliśmy jeden genialny dzień i genialną noc. Zaprzyjaźniliśmy się, co zaowocowało tym, że miksował też naszą poprzednią płytę „Wojna świń”. Nad tą płytą również na tyle fajnie nam się pracowało i na tyle spodobała mu się piosenka „Waterfall”, że powiedział, że chciałby być producentem i zająć się opieką nad nowym materiałem. Tak się też wydarzyło – przyleciał do Polski do studia Custom 34, w którym wyprodukował cały nasz album, więc to kolejna taka przypadkowa niespodzianka…

K&P: Myślisz, że tylko dzięki współpracy z tymi „największymi” jest szansa, aby się wybić w światowym, a nie tylko polskim przemyśle muzycznym?
Maciek Wasio : Nie jesteśmy debiutantami, wiemy, ile ciężkiej roboty zajęło nam jakiekolwiek, nawet drobne zaistnienie na scenie polskiej, gdzie spectrum i wielkość rynku, nawet patrząc na rynek europejski, są zdecydowanie większe… Czas pokaże. Materiał za granicą dostał bardzo dobre recenzje od osób z centrali Warnera, udało nam się też nawiązać współpracę z poważną agencją bookingową z Niemiec, więc wiele rzeczy się dzieje. Zobaczymy, ja jestem znany z tego, że lubię mówić o konkretach, więc jeśli takie będą, to na pewno się nimi ze wszystkimi podzielimy.

K&P: Wracając do płyty – drugi singiel, „The First Cut”, który miał premierę 5 marca, zajmował przez długi czas 4 miejsce na liście NRD. Spodziewaliście się tak dużego sukcesu jaki udało Wam się do tej pory osiągnąć?
Maciek Wasio : Ja się śmieje, że ta przygoda się dopiero zaczyna i ciężko tu mówić o jakiś wielkich sukcesach. Niewątpliwym sukcesem jest to, że udało nam się nagrać album, który jest na pewno wyjątkowy i to w postaci piosenek, i od strony producenta, bo genialnie było pracować z Vance’m, który wyraźnie nas otworzył, dodał nam bardzo dużo animuszu. Każdy, kto weźmie naszą najnowszą płytę do rąk, zobaczy jej okładkę, zobaczy, że jest to zupełnie inny standard niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni przez nasze krajowe wydawnictwa – i już to traktujemy jako wielki sukces. Co przyniesie los, to już czas pokaże – trzymamy kciuki, jesteśmy gotowi do pracy. Czekamy na nowe wyzwania…

K&P: W 2010 roku supportowaliście Joe Cocker’a podczas jego koncertu w Polsce. Jak wspominacie ten występ? Macie na swoim koncie więcej występów przed tak wielkimi artystami ?
Maciek Wasio : Tak, występowaliśmy przed wieloma artystami, przed Joe Cocker’em, MASTODONEM na Ursynaliach… kilka tego typu rzeczy się wydarzyło. A przed Joe Cocker’em było zabawnie, gdyż mieliśmy mieć godzinę na próbę dźwięku, a okazało się, że przez całą godzinę czekaliśmy, aż Joe Cocker pojawi się i zaśpiewa dokładnie 30 sekund piosenki… po czym wyszedł, zaśpiewał te 30 sekund piosenki, zszedł ze sceny i w momencie, kiedy mogliśmy się montować, zostały otwarte bramy i wpuszczono ludzi na koncert. Więc zagraliśmy właściwie z marszu, rozstawiając się tak naprawdę w biegu.

K&P: Czyli chyba jednak nie wspominacie tego zbyt pozytywnie?
Maciek Wasio : Nie, nie… My jesteśmy już dosyć dojrzałymi muzykami, przerobiliśmy niejedne tego typu sytuacje jak spóźnienia na koncert itd… Grając na Sziget’cie mieliśmy dokładnie 10 minut na rozpalenie całego sprzętu, więc to jest hard, który trzeba przejść. Natomiast sam koncert wypadł bardzo sympatycznie.

K&P: Jakie są Wasze najbliższe plany? Szykujecie jakąś trasę koncertową w ramach promocji nowego albumu?
Maciek Wasio: Gramy trochę plenerów, gramy trochę festiwali, szykujemy się do koncertów zagranicznych… Wiem, że agencja chce nam zorganizować showcase w Niemczech – zobaczymy jak to wyjdzie i kiedy to będzie. No i… tak jak mówię – festiwale, przede wszystkim na jesień. Płyta dość późno wychodzi, wolałbym, żeby wyszła kilka miesięcy wcześniej, co zaowocowałoby większą ilością koncertów. Na pewno w maju, czerwcu i z tego co wiem, na lipiec też już są terminy, więc będzie można nas zobaczyć w znacznej mierze na koncertach plenerowych.

K&P: Dziękuję bardzo za rozmowę, życzymy Wam powodzenia i dalszych sukcesów przede wszystkim.
Maciek Wasio: Nie dziękuję i mam nadzieję do zobaczenia!

Najnowszy singiel „The First Cut” :



Nasz wywiad możecie znaleźć także na stronie : 
http://www.rockmagazyn.pl/
 !:)

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przypominamy również o odwiedzinach i polubieniu naszego „fanpejdża” na facebook’u! :) Dzięki temu będziecie z nami zawsze na bieżąco !

klik : 
https://www.facebook.com/pages/KA-VOX/531673546874485?ref=hl