Klub mężusiów

Relacje damsko-męskie, stosunek mężów do żon oraz żon do mężów, to temat poruszany od wieków. Jak to mówią: „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus”… Sztuka „Klub mężusiów” w reżyserii Andrzeja Rozhina, w najlepszy sposób obrazuje nam te stwierdzenie.

Jest to spektakl ukazujący prawdziwą wojnę płci. Z jednej strony mamy grupę mężczyzn – wiernych mężów, poukładanych, ciężko pracujących, a z drugiej kobiety – żony, kochanki, dla których najważniejsze są tylko… zakupy;) Choć podczas całej tej sztuki, nie pojawiła się na scenie ani jedna pani, to dało się wyczuć ich obecność.

Sama fabuła jest dość banalna, gdyż obraca się wokół mężczyzn narzekających nieustannie na swe „ukochane”, jednakże sposób, w jaki zostało to przedstawione jest godny podziwu. Chyba żadna z kobiet nie wpadłaby na to, że jej luby mógłby się ukrywać ze swoimi kumplami w kotłowni jednego z centrów handlowychJ Właśnie tak, w tym oto miejscu rozpoczyna się cała historia…

Na scenę wchodzi Karol (w tej roli Cezary Morawski) szczęśliwy, dojrzały mężczyzna, nucący wesoło pod nosem – jest w swojej tajnej kryjówce, za moment przyjdą jego kumple, z którymi będzie pić piwo, jeść pizze i oglądać mecz.

Chwilę później zjawia się Roland (Tomasz Dedek) informatyk, zmęczony, zdenerwowany, a wręcz rozhisteryzowany!  Wrócił właśnie z zakupów z żoną, więc musi się komuś wyżalić. Opowiada, zatem o tym traumatycznym wydarzeniu Karolowi, który świetnie rozumie jego dramat. Tym sposobem zaczyna się cała seria narzekań, cierpień, jakie to zakupy są straszne, a kobiety nie wiedzą, czego chcą…

Dwóch marudzących mężczyzn, to jednak za mało… Zjawia się zatem i trzeci! A raczej nie zjawia się, lecz wskakuje w popłochu, do środka ich wspaniałego „sacrum”. Jest to Andy (Michał Milowicz) prawdziwy macho, zawadiaka, który „może mieć każdą” i z pozoru „każdą ma”. Nie mogłoby i w jego przypadku być inaczej – rozpoczyna on swój lament, gdyż UCIEKŁ właśnie żonie z zakupów…

Perspektywa widza – każdej kobiety i każdego mężczyzny jest zapewne taka sama i wielokrotnie zadają sobie pytanie: „skąd ja taką sytuację znam?”;) Barwne dialogi „mężusiów”, ich sprzeczki, problemy i pomysły, w karykaturalny sposób odzwierciedlają stereotypową rzeczywistość.

Widzimy facetów z ogromnym temperamentem, każdy z nich podobno pracuje, każdy podobno ma kochającą żonę i podobno… jest szczęśliwy. Jednak wszystko do czasu. Wszystkie kłamstwa i kłamstewka zawsze wychodzą na jaw i jak się później okazuje – życie, które wiedzie każdy z tych delikwentów jest jednak nieco inne, niż je nam (i sobie wzajemnie) przedstawiał. Miejsce ucieczki tych panów, przed zakupami, staje się stopniowo początkiem ich problemów w domu… Pytanie tylko, jak je rozwiążą?

Oprócz relacji między kobietą a mężczyzną, sztuka ta ukazuje nam także kontakty męsko-męskie. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że przede wszystkim (!) męsko-męskie.

Czterech mężczyzn naładowanych testosteronem (czasem można było odnieść wrażenie, że bardziej progesteronem;)) siedzi w swojej tajnej bazie, nie używanej kotłowni w centrum handlowym. Rozmawiają, narzekają, kłócą się (czasem  nawet biją, jak na prawdziwych mężczyzn przystało) i rozwiązują wspólnie swe problemy. Jeden pomaga drugiemu – trzymają „sztamę” i nikt ani nic, nie jest w stanie zaburzyć tej wielkiej przyjaźni  – a już na pewno nie kobiety, które o istnieniu ich zon nie mają nawet pojęcia.

Wspominając o czterech panach, sugerujemy, iż pojawił się jeszcze jeden, a był nim Mario (Robert Wabich) – ochroniarz centrum handlowego. Odkrywa on przez przypadek tajną kryjówkę mężusiów, już chce ich stamtąd eksmitować, kiedy to wdaje się z nimi w dyskusję i zaczyna doskonale rozumieć. Już sama ta sytuacja pokazuje nam sposób myślenia mężczyzn. Mają praktycznie te same problemy, świetnie się rozumieją, więc nie trudno im się zaprzyjaźnić i wpuścić nową osobę do swojego „stada”. Bardzo szybko z wrogów, przeciwników, stają się najlepszymi kumplami. Nawet, gdy się pokłócą, dadzą sobie brzydko mówiąc – „w pysk”, to za chwilkę znów się kochają jak bracia. Tacy są właśnie mężczyźni – prości, schematyczni… a zarazem bardziej skomplikowani niż niejedna kobieta.

Reżyser spektaklu w bardzo przejrzysty sposób nam to przedstawił. Pokazał sztampowo i jednocześnie ciekawie, jaki tok myślenia mają panowie, o czym rozmawiają, gdy się ze sobą widzą, a także, jakie mają zmartwienia i dylematy.

Sztuka ta, nie mogłaby się odbyć bez tak wspaniałej obsady, jaką stworzyli: Cezary Morawski, Michał Milowicz, Robert Wabich oraz Tomasz Dedek. Każdy z aktorów perfekcyjnie pasował do swej roli i w mistrzowski sposób ją odegrał.

Nieodzownym elementem całego spektaklu były lekko-musicalowe wstawki, kiedy to mężczyźni dawali swe popisy na scenie. Śpiewali fragmenty największych przebojów disco, często zmieniając ich tekst na swój własny. Praktycznie na każdą sytuację mieli jakiś utwór- czy to jak się pocieszają, czy też cieszą, czy smucą. Były to elementy, które podkręciły całą atmosferę spektaklu, dodały tej sztuce charakteru i ogromnego humoru. Przedstawienie cechuje ciągle tocząca się akcja oraz dynamika. Zazwyczaj bywa tak, że na początku komedii jest zabawnie, później śmiesznie, a ostatecznie publika płacze ze śmiechu w momencie epicentrum. W tej sztuce takiego epicentrum nie było. Widz śmiał się do rozpuku od pierwszej, aż do ostatniej minuty spektaklu;) Cały czas obserwowaliśmy nieprzewidziane zwroty akcji, co chwilę któryś z bohaterów wychodził, wchodził, wskakiwał, krzyczał, śpiewał, tańczył i to wszystko zagrane w niesamowicie zabawny, komiczny sposób.

Jesteśmy po raz kolejny pod ogromnym wrażeniem dialogów, gry aktorskiej, pomysłowości scenariusza oraz całej scenografii. Niesamowite, jak wiele rzeczy może się wydarzyć w jednym miejscu – rzekomo nudnej kryjówce, kotłowni centrum handlowego… Sztuka ta pozornie banalna, została opracowana w tak niekonwencjonalny sposób, że widz ani przez chwilę się nie nudził i z niecierpliwością czekał na to, co będzie dalej;)

Zapraszamy Was do polubienia naszego fanpejdża - 
https://www.facebook.com/KAVOX?fref=ts
 :)

Trzeba zabic starszą panią!

Kiedy kilka miesięcy temu usiadłyśmy w fotelach pięknego Teatru Komedia, nie miałyśmy pojęcia, że spektakle teatralne, sam klimat teatru i uśmiechy aktorów po zakończeniu sztuki, mogą dac tyle przeróżnych emocji.
2 dni temu po raz drugi nadarzyła się okazja, aby móc zobaczyc grę aktorów na własne oczy. Tym razem zaproszono nas na sztukę „Trzeba zabic starszą panią” wystawianą w Och – Teatrze, założonym w 2010 roku przez Fundację Krystyny Jandy na rzecz Kultury.

Pewnie doskonale kojarzycie film „The Ladykillers”  z Katie Johnson i Alec Guinness w reżyserii Alexandra Mackendricka. To właśnie na jego podstawie powstała komedia „Trzeba zabic starszą panią”, której prapremiera odbyła się w Londynie 2011 r.
A jak to wygląda w Polsce? Ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, reżyserem tej sensacyjnej komedii okazał się… Cezary Żak! Aktor dostał propozycję reżyserii od Krystyny Jandy i jak sam mówi, był to jego reżyserski debiut i ogromne wyzwanie.

W rolę tytułowej, starszej pani wcieliła się wielka aktorka, Barbara Krafftówna. Pani Wilberforce to urocza, osobliwa staruszka, wdowa po admirale, mieszkająca wraz ze swoją dziwaczną papugą w domu tuż nad torem kolejowym.
Jak na starsza panią przystało, pani Wilberforce dysponuje nadmiarem wolnego czasu, co w jej przypadku przenosi się na (zbyt) częste odwiedziny pobliskiego komisariatu policji. To właśnie tam główna bohaterka opowiada swojemu ulubionemu funkcjonariuszowi (w tej roli Cezary Żak) o swoich kolejnych podejrzeniach. Już w pierwszych minutach bohaterka daje się poznac jako przemiła, elegancka staruszka o niezwykle bujnej wyobraźni.
Pani Wilberforce zamieszcza w gazecie ogłoszenie dotyczące wynajęcia pokoju w jej domu. Pewnego dnia zjawia się zainteresowany ogłoszeniem mężczyzna, który przedstawia się starszej pani jako Profesor Marcus (w tej roli Marcin Troński). Mężczyzna stara się byc elegancki i szarmancki. Sprytnie wmawia bohaterce, że jest wybitnym uczonym, a w ramach hobby wraz z przyjaciółmi założył zespół muzyczny. Zaznacza również, że podczas prób jego zespołu ważny jest spokój i nikt nie może im przeszkadzac. Zauroczona ogromną na pozór wiedzą i talentem muzycznym Profesora Marcusa staruszka, zgadza się na każdą jego prośbę. Rzeczywistośc okazuje się jednak zupełnie inna. Profesur Marcus to przestępca, który wraz ze swoimi kolegami „muzykami” planuje napaśc na bank.
Wkrótce w domu pani Wilberforce ze swoimi instrumentami zjawiają się zamieszani w akcję koledzy profesora: „Major” Courtney (Wojciech Pokora), Harry Robinson (Rafał Zawierucha), Lawson (Michał Piela), oraz znerwicowany Serb o pseudonimie Solo (Michał Żurawski).
Mężczyźni nie odnajdują się w roli muzyków, nie pamiętają imion, jakie im nadano w związku z planem napadu, przeczą sami sobie co w efekcie prowadzi do zabawnych sytuacji i dialogów.
Starsza Pani, jako wielbicielka muzyki klasycznej regularnie co kwadrans zagląda do „pokoju prób” pod pretekstem zaproponowania herbaty, co irytuje przestępców. Bohaterka w końcu zdobywa się na odwagę i delikatnie prosi „muzyków” o prywatny koncert dla niej i jej przyjaciółek w najbliższy piątek. Panowie chcąc pozbyc się staruszki, godzą się na jej prośbę.

Nadchodzi dzień napadu. Wszystko układa się po myśli przestępców. Nawet nieświadoma niczego Pani Wilberforce jest zamieszana w rabunek i odgrywa w nim istotną rolę. To właśnie staruszka miała dostarczyc muzykom ogromna skrzynię wypełnioną po brzegi pieniędzmi. Tak też się stało. Wszystko jednak się komplikuje gdy nieporadny Lawson wysypuje pieniądze na oczach staruszki. Bohaterka domaga się wyjaśnień. Panowie próbują w staruszce wzbudzic litośc, następnie jej grożą, mówiąc, że sama też jest wplątana w tą sytuację. Pani Wilberforce nie przyjmuje jednak żadnych argumentów i ostatecznie postanawia zadzwonic na policję. Od tego momentu misja „Trzeba napasc na bank” zamienia się w misję „Trzeba zabic starszą panią”. Przestępcy uważają, że to jedyne wyjście, aby móc uciec wraz z majątkiem i umknąc policji.
Po podjęciu decyzji odnośnie zabicia staruszki pojawia się konflikt dotyczący tego, kto ma to zrobic. Panowie bezskutecznie szukają kandydata do tego morderstwa, co prowadzi do konfliktu między nimi. W efekcie końcowym każdy z nich ucieka przez okno, rzucając się na przejeżdżający właśnie pociąg.
A co z pieniędzmi? Skrzynia wraz z jej pokaźną zawartością zostaje nienaruszona w domu Pani Wilberforce. Przerażona tym faktem staruszka opowiada o wszystkim swojemu ulubionemu funkcjonariuszowi. Mężczyzna jednak traktuje tego „newsa” jak wszystkie inne, którymi od lat systematycznie obdarowuje go Starsza Pani.
Dzięki temu bohaterka, dzięki swojej naiwności, urokowi osobistemu i zupełnej nieświadomości zostaje w swoim domu z Generałem i milionami w skrzyni.

Jesteśmy oczarowane spektaklem. Przerysowane, groteskowe postacie kryminalistów, brawurowa gra aktorska i przezabawne dialogi spowodowały, że na pozór poważna fabuła rozśmieszyła widzów do łez. Ponadto spektakl zaskakiwał widzów nieprzewidywanymi zwrotami akcji, czy też niespodziankami, takimi jak wbicie noża w głowę jednego bohatera! Dzięki polanej się „krwi” wydawało się to bardzo realistyczne!
No i ta najważniejsza, Barbara Kraftówna, pełna ciepła, energii i lekkości. Kobieta, najbanalniej, lecz prawdziwie mówiąc – mała ciałem, wielka duchem :)

Zapraszamy Was na naszego fanpejdża! Znajdziecie na nim między innymi fotorelację ze spektaklu! 
https://www.facebook.com/media/set/?set=a.581076051934234.1073741838.531673546874485&type=3

Otwarcie sklepu Mr Gugu & Miss Go !

Hej !
W sobotę miałyśmy przyjemnośc uczestniczyc na otwarciu pierwszego w Polsce sklepu Mr Gugu & Miss Go!
W urokliwej, warszawskiej kamienicy przy ulicy Smolnej zjawiło się całe rzesze fanów tej nowej marki.
Na gości oprócz atrakcji w postaci rabatów , czekał również mały poczęstunek, a także kameralny koncert ;)
Zapraszamy do obejrzenia naszej fotorelacji z tego wydarzenia ->


https://www.facebook.com/media/set/?set=a.577702785604894.1073741837.531673546874485&type=3

Pozdrowienia, K&P

Rock For People 2013

Od koncertu Marsów na czeskim Rock For People minął już tydzień. Relacja już dawno powinna widnieć na blogu, prawda? Tak, tak, wiemy. Nasze opóźnienie zrozumie jednak każdy, kto kiedykolwiek był na ich koncercie. A raczej każdy, kto kiedykolwiek przeżył ich koncert tak, jak my go przeżywamy.

Hradec Kralove, niewielka miejscowość położona na północny wschód od Pragi, to właśnie tam odbył się jeden z większych czeskich festiwali, Rock For People. Chociaż od Hradec Kralove dzieliło nas niecałe 300 km, w trasę wyruszyłyśmy już dnia poprzedniego o godzinie 18. Powód? Chęć zajęcia jak najlepszych miejsc podczas koncertu. Ten koncert Marsów był naszym szóstym, a poprzednie pięć rozpieściło nas wymarzonymi miejscami w postaci pierwszego rzędu ;) I tym razem nie mogło być inaczej!

Podróż, jak każda „marsowa” wiązała się ze zmęczeniem, zgubieniem, spaniem na dworcu, spaniem na ławce, wyrzuceniem z trolejbusa, pytaniem Hradeców Kraloveców „-Którędy na Rock For People?
-Heee??? Aaaa, to tam… Tam!”. I szukałyśmy tego tajemniczego miejsca o nazwie TAM, aż o godzinie 6 w końcu dotarłyśmy na teren festiwalu.


Na terenie festiwalu znajdowało się ogromne pole namiotowe, scena główna, kilka mniejszych scen umieszczonych pod wielkimi namiotami (na jednej z takich scen zagrali Marsi) i całe mnóstwo barów, restauracji i innych punktów zwanych rozrywkowymi.

Godzinę po naszym przybyciu zaczęły pojawiać się pierwsze ludzkie istoty. Oczywiście Polacy. Nie, nie musieli mówić po polsku, nie mieli też ze sobą polskiej flagi. To fani Marsów, z którymi doskonale znamy się od lat.

O godzinie 9 nałożono nam na nadgarstki festiwalowe opaski.

Godzina 12, 40 stopni Celsjusza, pozostała godzina do otwarcia.  Pod bramami do raju czekało już kilkudziesięciu Polaków. Spragnieni, zmęczeni, spoceni byliśmy gotowi do wyścigu. I chociaż wszyscy obecni tam Polacy darzyli się ogromną sympatią, cel każdego był jeden: bez względu na wszystko zająć miejsce w upragnionym pierwszym rzędzie.

Wybiła 13, szczęśliwe, jako jedne z pierwszych dobiegłyśmy do namiotu, w którym miały zagrać takie zespoły jak 30 Seconds to Mars czy też Brainstorm, gdy nagle zatrzymał nas ochroniarz. Zaskoczone, zapytałyśmy w pośpiechu o co chodzi, Pan Żółta Odblaskowa Kamizelka odpowiedział, że mamy złe opaski i nie możemy wejść do namiotu. W tym momencie zaczęło się… „małe zamieszanie”. My krzyczałyśmy po angielsku, on po czesku, my po polsku, on jeszcze bardziej po czesku i tym sposobem nasza kłótnia nie miała sensu i końca. Nagle, ku naszemu zdziwieniu wszyscy ludzie zaczęli wychodzić z namiotu, gdyż Panowie Żółte Odblaskowe Kamizelki zorientowali się, że jeszcze trwa próba i w namiocie nie może nikt się znajdować, z kolei nasze złe opaski okazały się jednak właściwymi…
Zrezygnowane, zmęczone i spragnione zmieniłyśmy plan działania. 30 Seconds to Mars podczas swojej nowej trasy wprowadzili signing session przed każdym koncertem, do którego dopuszczona jest każda osoba, którą zdąży kupić w festiwalowym merchu najnowszy krążek zespołu „Love List Faith + Dreams”. Postanowiłyśmy dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Przemiła Pani w festiwalowym sklepiku nie miała żadnego pojęcia gdzie i o której godzinie ma odbyć się spotkanie z zespołem, ale albumy były na całe szczęście dostępne. Nie zastanawiając się chwili dłużej, kupiłyśmy 2 krążki i poszłyśmy korzystać z festiwalowych atrakcji w oczekiwaniu na kolejne spotkanie z naszym ukochanym zespołem! :)


Ok godziny 19 wszyscy szczęśliwcy, posiadający kupon upoważniający do spotkania z zespołem, czekali przed wejściem na backstage. To czekanie wydawało się nie mieć końca, jednak czas umilali nam Panowie Żółte Odblaskowe Kamizelki, dla których 14 i 40 w języku angielskim jest tym samym.
Tuż przed 20 bramy na backstage zostały otwarte. Serce w gardle, nogi jak z waty, spocone ręce. Chociaż to było nasze drugie spotkanie z zespołem, stres wydawał się być jeszcze większy, szczególnie, że miałyśmy szczególną misję – wręczyć chłopakom wyjątkowe prezenty ;)…

oto creepsy! Pacynki, uszyte przez Patrycję na wzór rysunków Jareda Leto

Reakcja chłopaków, a szczególnie autora creepsów – Jareda Leto była dla nas najpiękniejszym podziękowaniem za prezenty.Cała trójka dostała kilka wielkich i małych maskotek i ewidentnie nie kryli wzruszenia z tych podarunków :)
Tym sposobem nasza rozmowa trwała o wiele, wiele dłużej niż zakładano i już na zawsze zostanie w naszej pamięci… :)


Po tym cudownym spotkaniu biegiem dostałyśmy się do namiotu, by zająć swoje upragnione miejsca. Godzina do występu Marsów, namiot po brzegi wypełniony ludźmi. Przerażone przesuwałyśmy się w kierunku sceny i kolejny raz tego dnia bardzo się zaskoczyłyśmy. Z niewiadomych przyczyn nasze „Przepraszam, czy mogę przejść?” poskutkowało tym, że tłum rozstąpił się przed nami niczym morze przed Mojżeszem, dzięki czemu w minutę byłyśmy już przy barierkach (oczywiście po drodze nie obeszło się bez kilku wysokiej kultury zwrotów skierowanych w naszą stronę).

Koncert Marsów. I tutaj pojawia się problem. Mam tak wiele do powiedzenia/napisania a jednocześnie nie potrafię napisać NIC.
Niektórzy mówią, że setlista uboga, że Jared jak zwykle tekst pomylił, że nawet nie wiedział gdzie jest, bo zamiast „Hradec Kralove” krzyczał „Praga”. I co z tego? Było pięknie. A my kochamy ich ponad wszystko i wszystko jesteśmy w stanie im wybaczyć :)
Dla nas liczą się emocje, energia, poczucie, że jesteśmy na odpowiednim miejscu, że żyjemy, że jesteśmy wolne, że oni są dla nas, a my dla nich, że nasze wzruszenie jest ich wzruszeniem, a ich radości są naszymi. Zwariowałyśmy? Może tak. Ale w tej kwestii Wasze zdanie kompletnie nas nie obchodzi :)
Finał koncertu był naszym najpiękniejszym scenariuszem – razem znalazłyśmy się na scenie i to już po raz 4 !!! ;)

Poniżej kilka filmików z koncertów:
„Birth” & „Night of the hunter”

„End of all days”

„City of Angels”

„Up in the air”

Podoba Wam się? ;)

 

:))

Artykuł o nas na www.rybnik.com.pl :)
Dziękujemy!!!

 http://www.rybnik.com.pl/wiadomosci,rybniczanki-podbijaja-warszawe-popularnosc-zyskuje-ich-dziennikarski-blog,wia5-3266-20745.html?fb_source=ticker&fb_action_ids=525000920882207&fb_action_types=og.likes

Już dzisiaj wyruszamy do Czech na Rock For People Festiwal! :)
Będziemy mogły usłyszeć na żywo zespół Brainstorm i nasz ukochany 30 Seconds To Mars! :)
Po powrocie relacja!
Pozdrawiamy
K&P:)