Trzeba wyciągnąć z kieszeni kamienie

Kariera aktorska, nagranie własnej płyty, bycie rozpoznawalnym – to tylko niektóre ze skrytych, trochę dziecięcych marzeń, pragnień, jakie głęboko chowa prawie każdy, przeciętny Jan Kowalski. Przecież każdemu należy się szansa, przecież każdy ma w sobie coś, co na pewno spodoba się np reżyserowi. Dokładnie takich, żyjących marzeniami bohaterów poznajemy w spektaklu „Kamienie w kieszeniach” w reżyserii Krzysztofa Stelmaszyka. Do małej, irlandzkiej miejscowości przyjeżdża ekipa z Hollywood w celu nagrania filmu z udziałem tamtejszych statystów, w tym dwójki głównych bohaterów – Charliego i Jake’a. Mężczyźni z zaangażowaniem odgrywają swoje niewielkie role, jednak do samego końca wierzą, że los się do nich uśmiechnie i że ktoś zaproponuje im poważniejszą rolę. Fabuła jest banalna i może się wydawać, że momentami nudna, jednak nie ona odgrywa najistotniejszą rolę w tym spektaklu. Niewiarygodne i niezwykle imponujące okazało się to, że ta dwójka aktorów (Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki) sprawiła, że na scenie widz poznał kilkanaście przeróżnych postaci. Aktorzy za pomocą jednego rekwizytu (tj ławka stojąca na środku sceny), mając na sobie te same ubrania, w jednej chwili potrafili być księdzem a już w kolejnej rozkapryszoną hollywoodzką gwiazdką, czy też narkomanem. A co najważniejsze, potrafili zaciekawić, ba! ZACZAROWAĆ widzów.

Niesamowity był też klimat przedstawienia. Pozornie zabawna i optymistyczna historia, nasycona była ogromnym tragizmem. W sztuce przedstawiono realia jakie panują na planie filmowym, ale przede wszystkim pokazano zderzenie się dwóch zupełnie odmiennych rzeczywistości: świata show biznesu ze światem zwyczajnych ludzi, które jak się okazało jest bardzo niebezpieczne i powoduje burzę z piorunami.
Tym samym legły w gruzach marzenia głównych bohaterów o wielkiej karierze za oceanem, co automatycznie zapaliło nam nad głowami lampkę. Ze spektaklu wyszłyśmy uśmiechnięte, silne i gotowe do dalszej walki o swoje marzenia. Bo przecież WSZYSTKO jest możliwe ;)

K.

 

 

Jak zostac modelką w 3 dni, czyli kurs modelingu z Anią Bałon

Kiedy ok dwa tygodnie temu Anna Bałon, jedna z najbardziej charakterystycznych uczestniczek programu Top Model, ogłosiła, że organizuje kurs modelingu, gorączki dostała nawet Karolina Korwin Piotrowska.

Każdy Polak, który wie kim jest Anna Bałon, zadał sobie pytanie: „Dlaczego?”. Chcąc na własnej skórze przekonac się, co istotnego ma do przekazania młodym, żyjącym marzeniami dziewczynom była, bardzo obiecująca modelka (której aktualnie jest 2 razy więcej), postanowiłyśmy pojawic się na tym kursie (nie, nie w roli uczestniczek. Na całe szczęście 150 cm wzrostu Patrycji i mój za duży tyłek podjęły decyzję za nas).
Pierwszego dnia zgodnie z planem w warszawskim Studio Deszcz odbyła się profesjonalna sesja zdjęciowa. Każda uczestniczka miała możliwośc pozowania w sesji indywidualnej jak i z modelem. Zapach spalonych od prostownicy włosów, piękne dziewczyny, lakier do włosów wbity w nozdrza, flesz tu flesz tam, my, potykające się o porozrzucane na podłodze szpilki, fryzjer, makijażysta, czyli wszystko na miejscu.
Kolejny dzien poświęcony był teorii. W warszawskim klubie Pure Sky odbyły się wykłady na temat autoprezentacji, odpowiedniej dla modelki diety a także pokaz makijażu. Szczególnie pierwszy wykład, poprowadzony przez Annę Janochę bardzo nas uradował. Sztuka odpowiedniego mówienia to coś, co przyda się nam, przyszłym dziennikarkom ;)
Ostatniego dnia uczestniczki oraz gości zaproszono do Klubu Space. Ta podsumowująca kurs modelingu impreza miała byc wielkim wydarzeniem z udziałem celebrytów i fotoreporterów. Miał byc pokaz mody, miała byc strefa VIP dla zaproszonych gosci. Celebryci przyszli punktualnie, a nawet przed czasem. Pisząc „celebryci” mam na myśli aż 2 osoby, a dokładnie olśniewającego białym uśmiechem Piotra Kaszubskiego i stałą bywalczyni warszawskich salonów, Joannę Majstrak. Była nawet ścianka, więc wszystko się zgadzało… No, prawie wszystko. Problem w tym, że nie było kandydatów do sfotografowania tej dwójki na tle białej (trochę ubogiej) ścianki. Sytuację uratował Pan (chyba z Pudelka), który (jako jedyny fotoreporter) wyskoczył jak Filip z konopi i wykonał kilka zdjęc. O 23 miał odbyc się pokaz mody z udziałem dziewczyn biorących udział w kursie. O 00:30 dziewczynom wykonywano jeszcze makijaże i kręcono włosy. Czy pokaz się odbył? Warto zapytac wytrwałych fanów disco, którzy do rana bujali się na parkiecie w rytm „Seksualna niebezpieczna”. My jednak odpuściłyśmy. A co ze strefą VIP? Podczas imprezy pojawił się podział, najprościej okreslając: „Jesteś bardzo VIPem, więc napij sie drinka” oraz „Jesteś trochę VIPem, więc nie dostaniesz nawet wody”. Z przykrością stwierdzamy, że należymy do drugiej kategorii i tym razem ominął nas smak cudownej Perlage.
Co do samej organizatorki… Należą jej się jej gratulacje. Same widziałyśmy ile serca i energii włożyła w to, aby kurs przebiegł jak najlepiej, po jej myśli. I ogromny podziw za to, że pomimo dorobienia się kilku(nastu/dziesiąt – niepotrzebne skreśl) kilogramów, nie chowa się w kąt, tylko dzieli się w przyszłymi modelkami wiedzą i doświadczeniem, jakie na pewno zdobyła w programie Top Model.

Co do kursu…Przeraziła mnie atmosfera panująca między dziewczynami. Pozornie radosne, pewne siebie dziewczyny, pokazujące to na prawo, to na lewo swoje pełne uzębienie wcale nie były do siebie przyjaźnie nastawione. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że modelki nieustannie ze sobą konkurują, jednak teraz, gdy na własnej skórze doświadczyłam tej atmosfery, muszę przyznac, że żal mi tych dziewczyn i zwyczajnie im współczuję. Każda uczestniczka, czy to piętnastolatka, wierząca, że kurs zmieni jej życie, czy też trzydziestolatka, traktująca kurs jako ostatnią deskę ratunku głęboko wierzyła w to, że któregoś dnia spełnią się jej marzenia. Tylko czy 3 dni, 280 zł, kilka sesji zdjęciowych i pokaz mody w klubie dla fanów muzyki disco są w stanie to zagwarantowac?

K.