„Dla mnie zawsze ważniejsi byli moi rozmówcy”-wywiad z Marcinem Cejrowskim, cz. 1

Znany wszystkim jako dziennikarz Polsatu prowadzący „Kronikę Towarzyską”. Na swoim koncie ma dziesiątki wywiadów z największymi gwiazdami Hollywood. Liznął „amerykańskiego snu”, a mimo to, spełnia się zawodowo w Polsce. Z pozoru poważny, poukładany  facet… a tak na prawdę? Nie bojący się niczego „świr” i „moron” – jak sam o sobie mówi. Z Marcinem Cejrowskim, bo o nim mowa, przeprowadziłam bardzo długą rozmowę m.in. o show biznesie, miłości do samego siebie, a także fundacji, której jest ambasadorem. Zapraszam do przeczytania pierwszej części naszej rozmowy.

 

Powiedziałeś, że niechętnie udzielasz wywiadów…

Bardzo niechętnie.

Zastanawia mnie zatem, jak to możliwe, że tak szybko zgodziłeś się na naszą rozmowę. Napisałam do Ciebie, a Ty od razu się zgodziłeś…

Ujmuje mnie to, gdy ktoś zaczyna swoją przygodę z dziennikarstwem. Pamiętam swoje początki. Łatwo nie było. Jeżeli ktoś dopiero zaczyna, to czemu miałbym odmówić? (śmiech) Poza tym jestem ciekaw nowego pokolenia (jakkolwiek by to nie brzmiało), które wchodzi w zawód. Jest on bardzo skomplikowany, trudny i tak naprawdę bardzo, bardzo wymagający. Jeżeli zatem prosi mnie o wywiad  ktoś, kto dopiero zaczyna swoją historię z dziennikarstwem, to po pierwsze bardzo mi miło, a po drugie z reguły nie odmawiam takim osobom. Staram się  pomagać ludziom, którzy zaczynają swoją przygodę z dziennikarstwem. Ile Ty masz lat?

21.

Jesteś 10 lat ode mnie młodsza. Ja w Twoim wieku mieszkałem w Nowym Jorku i myślałem o zupełnie innej historii dla siebie. Tak naprawdę dziennikarstwo przyszło do mnie na dobre dopiero 2-3 lata później. Dlatego się zgodziłem. Zawsze powtarzam, że „sky is no limit”. Jeżeli ktoś pisze do mnie na fejsie, nagle, tak po prostu, na zasadzie: „hej, chciałabym zrobić z Tobą wywiad”, to myślę „ok, that’s a good start” to jest dobry początek, bo jeśli nie przełamiesz jakiejś bariery, nie wejdziesz w odrobinę takiej bezpośredniości zakrawającej nawet na bezczelność, to nic nie zrobisz w tym zawodzie.

W takim razie, czy wielkim mediom odmawiasz wywiadów?

To też nie tak. Lubię, kiedy coś się dzieje po coś. Nigdy nie dbałem o autopromocję. Nie zależało mi na kreacji. Dla mnie zawsze ważniejsi byli moi rozmówcy. To jest może trochę stara szkoła, albo może moje podejście. Jeżeli wchodzisz w autokreację, zawsze płacisz cenę. Czasem szybciej, czasem później, ale płacisz. Oczywiście jest łatwiej o nowy program, szeroką rozpoznawalność, ale z drugiej strony rezygnujesz ze swojej sfery prywatności, a to już jest słaba opcja. Patrząc na niektórych moich znajomych z branży myślę, że mocno się pogubili. Żyją w swoim narysowanym świecie, stworzonym na potrzeby autopromocji, cóż można i tak. Sama wiesz  co się sprzedaje w mediach, czego szukamy w internecie. Wczoraj wchodziłem na portale i teraz szaleństwo w klikalności odbywa się w kontekście Natalii Siwiec, która dała wykład na Uniwersytecie Wrocławskim. I super, niech robi to dalej!

Znasz się z Natalią prywatnie?

Tak, poznaliśmy się na planie teledysku – artyści na rzecz zwierzaków. Natalia jest fajną otwartą dziewczyną, nikogo nie udaje, so what, że jest zrobiona? Co z tego, że ma sztuczne piersi, wypełnione usta i doczepione włosy? Obrazek jest spójny. Jeśli jest zapotrzebowanie na wykłady Natalii Siwiec to, czemu nie? Jako element popkultury, jest to super. Trzymam kciuki za Natalię, ona nikogo nie udaje.

Teraz ogólnie w mediach jest szał na sławę, nowych celebrytów.

Tak, to jest to, co się teraz klika. Wiesz, zrobić sobie tzw. twarz w Polsce jest bardzo łatwo. Wystarczy romans – tabloidowy romans. Lecisz… Tak też to zresztą funkcjonuje na całym świecie, niczego nowego nie odkrywamy. W Polsce być może ten świat jest dużo bardziej hermetyczny niż np. w Stanach, w Anglii, czy nawet w Niemczech. Tu masz kalejdoskop tych samych twarzy, trudno się przebić do mainstreamu komuś nowemu. Ale jeżeli ktoś tego bardzo chce, jest w stanie to zrobić w miesiąc.

Teraz ogólnie bardzo dużo osób weszło do show biznesu na zasadzie „taniej kontrowersji”. Myślisz, że gdybym zrobiła to samo, pokazała np. cycki, to mogłabym kiedyś wyjść na prostą i być docenianą, jako dziennikarka Twojego pokroju, a nie „ta od cycków”?

Słuchaj, nigdy nie wiesz! A może ja wszedłem do świata dziennikarstwa przez lóżko? (śmiech) Nie zrobiłem tego, ale są ludzie, którzy tak zrobili. Ja nauczyłem się jednego przez te lata – żeby nie oceniać. Każdy ma własny sposób na to, żeby wyciąć swój kawałek tortu. Każdy sposób jest dobry na osiągnięcie swojego celu. Jeden warunek, musisz wiedzieć po co idziesz do tego świata. Po co do niego pukasz? Jeśli jest to pukanie dla pukania, na zasadzie takiego krótkiego spięcia „no dobra zapukam, spróbuję może będzie fajnie„, to jest to strata czasu.

Powiedziałeś też kiedyś w wywiadzie, że nie lubisz odpowiadać na pytania, bo to Ty lubisz pytać.

Uwielbiam! Z chęcią bym cię przepytał z Twojego życia, startu w zawodzie (śmiech). Odrostu, który widzę – dwutygodniowy co najmniej (śmiech). Ale to dobrze, przynajmniej widać, że masz zdrowe włosy. Ja też jestem teraz przed wizytą u fryzjera i być może wyjdę od niego siwy. Jest taki patent.

Jak to?

Zaproponowano  mi siwe włosy – czemu by nie? Włosy odrosną, a ja chcę zrobić to dla siebie, coś zmienić. Dobrze czasem skoczyć na głęboką wodę, w jakimś takim mega poukładanym życiu. Bo tak sobie myślę – uprzedzając Twoje pytanie (śmiech) – ja całe życie i zawodowo i prywatnie byłem bardzo poukładany i sobie myślę, że to jest być może jakiś taki czas, żeby trochę odpuścić.

Ty poukładany? Przyznam się, że przejrzałam Twój profil na facebook’u od deski do deski i uznałam, że jesteś totalnym świrem! Jestem w szoku, kiedy mówisz, że jesteś poukładany.

(śmiech) Ja mam ogólnie etykietę bardzo poukładanego faceta. Taki jest mój wizerunek. Faceta, który jest z centymetra odcięty. Wygrywa rankingi, najlepiej ubrany itd. A ja jestem świrem i wiesz co? Lubię to!

Przeglądając Twój profil trafiłam też na wyraz „moron”. Z angielskiego to znaczy właśnie świr albo kretyn. Bardzo często go używasz.

Ja bardzo lubię wprowadzać obcojęzyczne słowa do słownika polskiego. Pewnie prof. Miodek by mnie za to zrugał, ale lubię to i basta! O dziwo większość moich znajomych podchwyciła ten trend i od słowa moronpowstały kolejne, czyli moronka, moronować, zmoronować, odmoronować, etc. To jest taka zabawa słowem. No tak. Świr! (śmiech) Woliński ma swoją windę, a ja mam morona! (śmiech)

Zabawne, jak wiele można wyczytać z Twojego profilu na fejsie! Dowiedziałam się, że lubisz słówko moron, jesteś świrem i dodajesz bardzo dużo, że tak powiem brzydko „samojebek”!

Absolutnie, uwielbiam samojebki! Robię je z pełną premedytacją. To jest absolutnie sarkastyczne. Żyjemy w świecie narcyzów. Przeglądamy się w oczach swoich współrozmówców, partnerów.

Ty też jesteś egoistą?

Oczywiście, że jestem.

I narcyzem?

Jasne. Myślę, że każdy jest narcyzem, tylko większość ludzi wstydzi się do tego przyznać, albo zupełnie niepotrzebnie się z tym kryje. Wiem, że jestem przystojnym facetem. Czy to zbrodnia? Widzę, jakie robię wrażenie na kobietach i mężczyznach. Absolutnie widzę to pod każdą szerokością geograficzną (śmiech). Tylko co z tego?  Z drugiej strony absolutnie nie traktuje tego serio.

Singiel aż po grób!

Bardziej bym to nazwał monogamią seryjną. Gdzieś tam mamy wszystko zapisane w gwiazdach. Co ma być, to będzie i być może, wszystko się jeszcze zmieni. Podchodzę do tego z dystansem, bo poza wszystkim uwielbiam się dzielić, a to chyba zaprzeczenie egoizmu. Jestem bardzo zaangażowany w przeróżne historie charytatywne – i to tak, naprawdę zaangażowany.

Jesteś ambasadorem Fundacji Wiewiórki Julii.

Dokładnie. Jest to Fundacja,  która leczy dzieciakom zęby i je bada. Przez ostatnie 12 miesięcy przebadaliśmy przeszło 6 tysięcy dzieci w całej Polsce. Razem z Emmą i Juliettą Kiworkowymi  postanowiliśmy zmieniać polską rzeczywistość. Jak na razie całkiem nieźle nam to wychodzi. Fantastyczne jest to, że dołączają do nas kolejne osoby. Kilka dni temu naszym wolontariuszem został Michał Wiśniewski. Pojechaliśmy razem do kliniki „Budzik” gdzie pomagaliśmy wolontariuszom w badaniu dzieci w śpiączce. To są takie chwile, kiedy czujesz, że to, co robisz naprawdę ma sens. Widzisz 15-sto letniego chłopca w łóżku, który jest w śpiączce 3-ci miesiąc, który ma przykurcze. Stracił przez te miesiące 10-15 kg, patrzysz na jego mamę, która jest przy nim cały czas. Wiesz, że ten chłopiec próbował popełnić samobójstwo, bo dziewczyna powiedziała mu, że jest w ciąży. Wiesz, że  chciał się powiesić. Dziś jest w śpiączce.

To straszna historia… Dużo jest dzieci w tej klinice?

W klinice leży 14stu małych albo nastoletnich pacjentów. Przyjeżdżasz tam, rozmawiasz z opiekunami tych dzieci, patrzysz na Ewę Błaszczyk, która zbudowała tę klinikę od podstaw. W takiej chwili, choćbyś nie wiem jak był zakochany w sobie, to wiesz, że to jest bez znaczenia i wiesz, że życie jest tu i teraz. Wchodzisz do takiego miejsca i słyszysz jakiś taki nieludzki skowyt chłopca, który jest właśnie rehabilitowany i po pierwszej, po drugiej, po trzeciej wizycie nie reagujesz na zasadzie „Boże, co się tam dzieje”, tylko wiesz, że ten chłopiec w ten sposób się komunikuje. Wchodzisz do niego, kładziesz rękę na jego ramieniu, mówisz do niego, rozmawiasz z jego rodzicami. Naprawdę polecam wszystkim, którzy chwilami  gubią sens i mają poczucie, że wszędzie już byli, wszystko robili. Warto czasem się  zatrzymać i tak naprawdę w coś zaangażować.

Niestety zdarza się, że niektórzy angażują się tylko do zdjęcia.

Wiesz, bo można tak się angażować do zdjęcia… Jakiś czas temu brałem udział  w kilku projektach i dwóch teledyskach m.in. „pomaganie jest trendy” i ani razu nie stanąłem tam na ściance. Nie robię tego po to, żeby stanąć na ściance. Chociaż nie oceniam osób, które to robią i się angażują, natomiast mnie się to nie do końca składa jedno z drugim. Albo dobroczynność, albo ścianka. Ale wiesz… z drugiej strony, też opowiadam o pomaganiu i może nie powinienem tego robić.

Z tym, że to widać, kiedy komuś chodzi o promocję, a kiedy rzeczywiście jest zaangażowany…

Dla mnie rodzaj terapii, odskoczni. Julietta Kiworkowa, która jest założycielką  fundacji to  niesamowita kobieta. Zresztą jej córka, Emma podobnie. To jest taka moja druga rodzina warszawska, jesteśmy blisko. Grom wydatków spoczywa na plecach tej kobiety, a ona jeszcze otwiera gabinet stomatologiczny w Armenii, skąd pochodzi, a że z finansami bywa  różnie, to żeby go otworzyć (bo obiecała), sprzedaje część swojej biżuterii. I tu stawiam kropkę. Pokaż mi więcej takich przypadków.

Narcyz, egoista, ale z jakim wielkim sercem!

Człowiek, który nie kocha siebie, nie potrafi kochać innych. Jeżeli siebie nie zaakceptujesz, nie dogadasz się z innymi.. Jestem wielkim fanem Dawida Wolińskiego, który strzela sobie fotki w windzie! Zaczął instagramować, miał jakiś pomysł i ok, to jest super! Chociaż jest to też pewien rodzaj kreacji. Znam Dawida prywatnie, to bardzo fajny facet. Dobry człowiek angażujący się też m.in. pracę  naszej fundacji. Teraz na wiosnę przygotowujemy wspólnie projekt. Ludzie jadą po nim hejtem, ale z drugiej strony, to jest show biz, to mu daje unikalność oraz lokacje w pudelku i tego typu portalach. Wymyślił sobie windę i bodajże w Elle czy jakiejś innej Grazii, była już cała historia pt. „Winda Wolińskiego”. Tak to się dzieje. Tak się kręci show biznes i nie ma co się obrażać.

Do tego trzeba mieć dystans, a ludzie go kompletnie nie mają.

Dawid ma fantastyczny dystans, zrobił „Windę Wolińskiego” i niech robi sobie dzióbki i co tam jeszcze. Nie robi przecież niczego złego. Bo czy czymś złym jest podobanie się sobie samemu?

Nie jest, jednak ludzie to krytykują.

A dlaczego to krytykują? Bo sami nie lubią siebie. To chyba wina klimatu. Jest godzina 15:30, a już jest buro na zewnątrz i tak też będzie przez następne 5 miesięcy. Może, więc o to chodzi…

Rock’n'roll ain’t easy baby

Moro, skóra, zamki, bandany, ciężkie kurtki i kamizelki… To tyko niektóre elementy, charakteryzujące najnowszą kolekcję Roberta Kupisza zatytułowaną „Iron”, na sezon jesień-zima 2014/2015.

Początek grudnia, śnieg i zaskoczeni warszawiacy. Nie jest tajemnicą, że tradycyjnie nikt się go nie spodziewał. Chociaż tego wieczoru na dworze było biało, ostatecznie wygrała… czerń! Wszystko to za sprawą hali Transcolor, w której odbył się najnowszy pokaz Roberta Kupisza! Wnętrzem ogromnej hali na kilka godzin zawładnęła ciemność. Było grunge’owo i… garażowo!

Pokaz rozpoczął się z konkretnym opóźnieniem. Przybyłe gwiazdy i celebrytki tym razem miały szczęście. Swoje spóźnienie wreszcie mogły wytłumaczyć warunkami atmosferycznymi. Wyjątkowo każda znana Pani wyszła w porę od kosmetyczki, fryzjer zakręcił jej ostatniego loka o zaplanowanej godzinie. Niestety…ten nieszczęsny i niedobry śnieg pokrzyżował wszystkim plany!

Kolejny pokazowy problem – kto gdzie siedzi. No właśnie… SIEDZI. Moje miejsce czekało na mnie do ostatniej chwili, a raczej, to ja je sobie sama wybrałam – w drugim rzędzie, niedaleko fotoreporterów. Moje ulubione, od zawsze, na zawsze – stojące. Widziałam wcześniej porozkładane kartki z nazwiskami na krzesłach, zatem wiedziałam mniej więcej gdzie, kto ma siedzieć. Problem pojawił się, kiedy na miejscu Natalii Siwiec wygodnie zasiadła pani XYZ, co spowodowało, że Miss Euro została bez miejsca.  Na szczęście znajomi siedzący w pierwszym rzędzie ustąpili jej krzesełka, więc problem szybko się rozwiązał.

Wracając do samego Mistrza i jego pokazu. Ok godziny 22 zgasły światła, na hali zrobiło się totalnie ciemno. Adrenalina podskoczyła, serce zaczęło bić, bo myślę sobie: Kurcze to jest Kupisz. Na pewno będzie show, może ktoś wjedzie tutaj zaraz na motocyklu?”. Nic z tego. Zza ściany opon znajdującej się na samym końcu wybiegu rozbłysło światło, ostra muzyka rock’owa zaczęła głośno grać, a na wybiegu pojawili się pierwsi modele. Tym razem było prosto, dynamicznie, bez tańczenia, bez skakania i innych tego typu akrobacji, którymi uraczył nas Robert podczas poprzedniego, sportowego pokazu. Wszystko jednak było spójne z tematyką pokazu. Wnętrze, kolorystyka, opony, muzyka stworzyły totalnie rock’n'rollowy, harleyowy klimat. 

Kupisz po raz kolejny pokazał swój nietuzinkowy, oryginalny charakter. Stworzył kolekcję o tematyce zupełnie innej od każdej poprzedniej, a jednocześnie do niej nawiązującą. Jak sam Robert powiedział, każda kolekcja się czym wyróżnia, ale nigdy nie przestanie być na czasie. Chodzi o to, aby zachować spójność i móc łączyć ubrania z kolekcji pierwszej z drugą, drugiej z trzecią. Standardowo przygotował, pojawiające się cyklicznie, tematyczne koszulki z motywem. Tym razem zdecydował się na płonący kask z goglami, przypominający old school’owe, buntownicze tatuaże.

Cała kolekcja w pewnym sensie wyrażała bunt. Koszulki przybrudzone kolorem, spodnie z dziurami, bandany na głowach modeli, bluzy oversize… Wszystko zdominowane ciemnymi barwami. Pierwsza myśl jaka zawitała w mojej głowie po obejrzeniu tego pokazu, to wolność. Wolność oraz bunt przeciwko równo skrojonym, sztywnym ubraniom,  ale przede wszystkim przeciwko temu, czego doświadczyli żołnierze w okresie II wojny światowej. 

Inspiracją Roberta przy tworzeniu tej kolekcji byli Harleyowcyczyli właśnie – buntownicy:

Harleyowcy, to ród, który wywodzi się z armii amerykańskiej, czyli żołnierzy, którzy po drugiej wojnie światowej opuszczają armię i z demobilu pobierają motory. Zakładają ten ród, budują garaże, gdzie zmieniają te motory, a także cały styl, czyli skórzane kurtki, podarte jeansy, bandanki, jak i również ubrania zapożyczone z wojska – czyli moro. To wszystko się miesza i daje nam właśnie taki luzzdradził mi Robert.

Skąd zrodził się w jego głowie pomysł o Harleyowej inspiracji?

Znalazłem kiedyś bardzo ciekawy album poświęcony Harleyowcom i to było dla mnie bardzo inspirujące. W środku było pełno tak pięknych zdjęć i tak ciekawych stylizacji, że postanowiłem w to uderzyć. Potem dopiero się dowiedziałem skąd Harleyowcy tak naprawdę się wywodzili. Sięgnąłem po wiadomości i okazało się, że to jest po prostu armia amerykańska po drugiej wojnie światowej, ale też trochę po Wietnamie. To żołnierze, którzy wracają do cywila i potrzebują odreagowywać. To też dało mi taki obraz twardego faceta, który w środku jest bardzo wrażliwy – i tak jest z każdym mężczyzną”.

Kończąc swoją relację, nawiążę do zwieńczenia pokazu. Wszyscy modele wyszli wraz z Robertem na wybieg, trzymając w rękach zapalniczki, co przy zgaszonym świetle dało piękny efekt romantycznej iluminacji, rodem ze starych rock’owych koncertów. Zresztą… wystarczy spojrzeć:


Po pokazie standardowo była chwila na wywiady, rozmowy, zdjęcia, a nawet – huśtanie się! Rozbawił mnie widok – i muszę o tym napisać! – szczęśliwego Roberta, bujającego się beztrosko na jednej z „oponowych” huśtawek, który przez przypadek za mocno się rozhuśtał i przewalił jedną ze ścianek sponsorskich;)

Jak sie po raz kolejny w przypadku Roberta okazało, nie trzeba wzbudzać taniej kontrowersji, nie trzeba używać kościołów, by pokazać, że jest się dobrym i że dobra kolekcja, broni się sama.

Po raz kolejny czapki z głów dla Roberta.

Rock’n'roll ain’t easy baby”? Nie dla Kupisza ;)

„Jesteśmy ewenementem na polskiej scenie muzycznej!” – o zespole, który tworzą bracia opowiada Maciej Szczepanik

Mają talent, podobno wspólną wizję świata i niezaprzeczalnie…tę samą krew! Nie da się ukryć, że Panowie Szczepanik posiadają ogromną siłę… SIŁĘ BRACI oczywiście!! :)
Na naszym blogu na pierwszy odstrzał idzie najmłodszy z braci – Maciej. Z racji, że dzisiaj obchodzi swoje 25 urodziny, składamy mu z tego miejsca wszystkiego najpiękniejszego! :) 

 

Maćku, podobno jesteś najbardziej wyluzowanym facetem w zespole i łagodzisz wszelkie spory, to prawda?
Wyluzowanym tak.  Jestem człowiekiem bardzo pogodnym i radosnym, cały czas się uśmiecham. Każdego dnia przekazuje dobrą energie moim braciom. A co do sporów…to jest tylko wymiana zdań, jeśli się kłócimy to o drobiazgi a wszelkie niedomówienia zostawiamy na boisku piłkarskim.  To takie braterskie, małe wymiany zdań. Każdy z braci zna swoje miejsce w zespole i wie, jakie zasady w nim panują.

Jakie są plusy a jakie minusy zespołu, który tworzą wyłącznie bracia?
Jesteśmy ewenementem na polskiej scenie muzycznej. W zespole występuje czterech rodzonych braci(w tym bliżniaki). Mamy ogromną siłę!!!

Przez Wasz zespół „przewinęło się” wielu muzyków. Dlaczego zespół Pectus od początku nie składał się wyłącznie z braci?
Kiedy Tomek w 2005 roku zakładał zespół,  Mateusz, Marek i ja uczyliśmy się  jeszcze w szkołach średnich. Tomek zawsze powtarzał nam ,żebyśmy ćwiczyli grę na instrumentach, bo kiedyś możemy razem występować na scenie…I to się udało, za co mu z całego serca dziękuję.

Zauważyłam, że zawsze jesteście modnie i pięknie ubrani! Przeważnie wszyscy na czarno, w tym samym stylu. Macie swojego stylistę czy sami decydujecie co ubieracie?
Bardzo lubimy elegancję. Rzeczywiście czerń i biel to nasze ulubione kolory. Chcemy zawsze wyglądać stylowo i elegancko i dobrą radą służy nam stylistka, Agata Makowska.

Twoi bracia są od Ciebie starsi. Jako ten najmłodszy zawsze miałeś najbardziej przechlapane, czy może wręcz przeciwnie?
Jako najmłodszy zawsze z rodzicami chodziłem na imieniny do rodziny, a starsi bracia zostawali w domu. Na początku nie przeszkadzało mi to, ale kiedy byłem coraz starszy zdałem sobie sprawę że, jednak wolę zostawać z braćmi(z braćmi były lepsze imieninyJ)

Podobno jesteś wielbicielem sportu…
Tak to prawda. Uwielbiam grać w piłkę nożną. Razem z braćmi chodzimy dwa razy w tygodniu na Orlik. A po za tym uwielbiam góry. Jazda na nartach i zdobywanie szczytów daje dużo nowych pomysłów i oczyszcza umysł.

Większość waszych fanów składa się z płci pięknej. Dostajesz czasem zaproszenia na randki?
Chcesz zaprosić mnie na randkę??? (śmiech)

Czego brakuje Ci do pełni szczęścia? A może jesteś już spełniony?
Chciałbym pojechać na koncert zespołu U2. To jest moje małe marzenie. Ponadto mam dużo dobrego do zrobienia wraz z braćmi. Jestem jeszcze młody.

W imieniu zespołu Pectus zapraszamy Was na ich stronę internetową www.pectus.com.pl  oraz na facebookowy profil 
https://www.facebook.com/ZespolPectus?fref=ts