Blog Roku 2013? Czemu nie!


http://www.blogroku.pl/2013/kategorie/-b-ka-b-b-vox-b-,70t,blog.html

Kochani, bierzemy udział w konkursie na Blog Roku 2013 w kategorii „Kultura i Popkultura”. Nie ukrywamy, że potrzebujemy Waszych głosów, dlatego jeżeli macie ochotę wysyłajcie na nas sms o treści  G00132 na numer 7122 (koszt jednego smsa 1,23pln).

Dziękujemy za Wasze wsparcie i oddane głosy!
K&P

 

„Fajnie byłoby być takim Jaredem Leto!” – krótki wywiad z Dawidem Podsiadło!

Na scenie muzycznej zadebiutował wydając album „Comfort and Happiness”. Dzisiaj album ma status potrójnej platyny! Nic więc dziwnego, że ten zaledwie 20-letni chłopak został nominowany między innymi do Paszportów Polityki w kategorii „Muzyka popularna”.

Spotykając go na gali Paszportów Polityki, nie mogłam nie zapytać o tę nominację, płytę i o zawodowych planach, które nie są związane wyłącznie z muzyką…

Zapraszamy do przeczytania krókiej rozmowy z Dawidem Podsiadło!

Czym jest dla Ciebie nominacja do Paszportów Polityki?

Sama nominacja jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem i zrozumiałem to całkowicie dopiero, kiedy przeczytałem całą listę artystów, którzy brali udział w obradach jury. Wtedy do mnie dotarło, że fajnie jest być w tej trójce, która ma szansę zdobyć nagrodę. Nie jest też tak, że wiążę z tym jakieś ogromne poczucie spełnienia, że jeżeli jej nie dostanę, to będę bardzo smutny (śmiech) Mam dystans do wszystkiego, co się dzieje, zarówno negatywnego, jak i pozytywnego. Ale cieszę się – to jest dla mnie bardzo miły sygnał, że tym pierwszym albumem stworzyłem takie zaufanie, że ludzie nie boją się wyznaczyć mnie na nominowanego.

Dostałeś też potrójną platynę!

To jest niesamowite i trochę niewiarygodne, zwłaszcza dzisiaj, kiedy płyty nie sprzedają się za bardzo ze względu na internetowy dostęp do wszystkiego. Tym bardziej jest to niemożliwe, że nie robię muzyki wielopokoleniowej, lecz muzykę mainstream’ową, popową. To jest fajne, że ludzie sięgali po ten krążek i sprawili, że teraz mam potrójną platynę. Na tej imprezie mam dowód, że branża i ludzie związani z tym światem doceniają to, co robię i mówią „jesteś spoko, rób dalej to co robisz”. Taki status potrójnej platyny pokazuje, że naprawdę ta muzyka trafia do odbiorców.

Od czasu „X-factora” minęły już dwa lata. Przez ten czas wiele zmieniło się w Twoim życiu…

Tak… nie spodziewałem się tego i nie mogłem nawet spodziewać. Słyszałem różne historie à propos laureatów tego typu talent show i problemów, z którymi później się spotykali. Sam się też tego bałem i na pewno nie spodziewałem się, że moja płyta zostanie tak dobrze przyjęta. Skupiałem się na tym, żeby była ona faktycznie moja i żeby zawierała słowa i muzykę, które ja sam napisałem, a nie zapożyczone na rzecz popularnej muzyki i puszczania tego w radiu. Chciałem, żeby była ona taka, jaka jest i wiedziałem, że się uda. Ale nie mogłem się spodziewać tego, że tak dobrze zostanie przyjęta.

Zastanawia mnie co Cię inspiruje do tworzenia tak nietypowej muzyki

Muzykę tak na poważnie zacząłem tworzyć odkąd skończyłem 16 lat, czyli 4 lata temu. Projekt solowy był dla mnie takim odpoczynkiem od  rzeczy, które robiłem dotychczas. Na co dzień grałem w rockowym zespole Curly Heads, z którym w tym roku wydam płytę. Nigdy nie przypuszczałem, że ta moja solowa działalność wypłynie na wierzch jako pierwsza. To był wynik Coldplayowskiej inspiracji.

Doszły mnie słuchy, że chciałbyś zostać polskim Jaredem Leto!

Mówiłem ostatnio w wywiadzie, że będę studiował reżyserię i przypomniałem sobie o tym muzyku. On również reżyseruje wszystkie swoje teledyski. Fajnie byłoby być takim Jaredem Leto! Chociaż nie słucham jego muzyki – oglądam jedynie filmy, w których gra.

Piękno według Anny Samusionek, Magdaleny Wójcik i Olgi Bończyk

Miałam ostatnio przyjemność uczestniczyć w wyborach Miss. Dla jasności – oczywiście nie jako kandydatka. Same wybory nie były sprawą oczywistą, ponieważ był to konkurs na najpiękniejszą… kosmetyczkę!

Wyobraźnią widziałam już całe mnóstwo różnego rodzaju kuferków i pojemniczków na kosmetyki… Niestety konkurs dotyczył pań kosmetyczek.

Nie mam bladego pojęcia jaki był cel przeprowadzenia tego konkursu, jednak przyznać muszę, że absolutnie każda pani kosmetyczka wyróżniała się niezwykłą urodą i zwyciężczyni – Magdalena Romanowska z Bydgoszczy – w pełni zasłużyła na tytuł Miss Kosmetyczek 2014. Pierwszą vice miss została Iwona Mularska ze Starachowic, drugą Anna Kuczak z Krakowa. Z kolei tytuł Miss Internautów otrzymała Kamila Samlik z Raciborza.

Gratulacje! Swoją drogą szkoda, że nie są organizowane wybory na najpiękniejszą dziennikarkę (mam tutaj na pomyśli wybory na najpiękniejszą dziennikarkę, blondynkę, nieprzekraczającą 150 cm wzrostu).

W związku z tym kobiecym, pełnym urody wydarzeniem, postanowiłam zapytać trzy znane, piękne kobiety o ich własną definicję piękna, o to, czy czują się piękne, a także jak dbają o swój wygląd oraz… która z gwiazd zasługuje według nich na miano „pięknej”. Sami zobaczcie, jak różnią się wypowiedzi każdej z Pań.

Jak definiują piękno? 

Magdalena Wójcik

„Według mnie można rozróżnić dwa rodzaje piękna – piękno wewnętrzne i zewnętrzne – czyli cielesne, czysto estetyczne. Piękno wewnętrzne jest na pewno bardziej uniwersalne i ma większą wartość, ponieważ nie przemija. Jeżeli ktoś się urodził piękny duchem, to taki też odejdzie. Natomiast piękno cielesne, z czasem przemija. Myślę, że te piękno zewnętrzne jest szalenie ważne zarówno dla mężczyzn jak i dla kobiet. Panowie zaczęli dbać o siebie dużo bardziej niż kiedyś, teraz jest to bardzo dobrze widziane. Każda kobieta chce zachować urodę, stąd też ten pęd, za różnymi operacjami i zabiegami kosmetycznymi. Wydajemy majątek na kosmetyki, bo każda z nas chce zachować piękno jak najdłużej.”

Anna Samusionek

„Piękno to dla mnie poczucie spełnienia i harmonii. Piękna kobieta przedstawiona jest też harmonijnie – jest harmonijnie zbudowana, ma harmonijne rysy twarzy, wszystko jest ładnie połączone z głosem i jej duchem. Ale przede wszystkim liczy się piękno wewnętrzne człowieka. To, co było dzisiaj widać podczas wyborów – nawet patrząc na te kobiety, wyczuwało się, jaki mają charakter, temperament, jakimi są osobowościami. To wszystko niesamowicie się przebija przez wygląd. Nasze piękno zależy przede wszystkim od piękna wewnętrznego.”

Olga Bończyk

„Piękno jest tym, co jest w nas. To, co wypływa przede wszystkim z naszego wnętrza, co jest siłą kobiecości. Piękno, jako takie jest czymś bardzo względnym – to, co się podoba jednym niekoniecznie musi się podobać drugim. Dla jednych jakiś ideał kobiety jest niezwykle piękny, a dla kogoś innego będzie zwykłą przeciętnością. Nie ma takiego uniwersalnego piękna. Myślę, że my kobiety jesteśmy piękne wtedy, kiedy same czujemy się piękne. To jest chyba definicja piękna”

Czy czują się piękne?

Magdalena Wójcik

„Nie… chociaż myślę, że jest nie jest najgorzej (śmiech.) Za jakąś szczególną piękność nigdy siebie nie uważałam, bardzo mi było miło, bo parę razy przeczytałam, że jestem piękną aktorką, nawet jedną z najpiękniejszych, ale podchodzę do tego raczej humorystycznie. Jak się budzę rano i patrzę na siebie w lusterku to… (śmiech)”

Anna Samusionek

„(śmiech) nie będę udawać, że mam jakiś straszną nieprzyjemność patrząc w lustro. Byłam natomiast zawsze pełna kompleksów. Dziwiłam się, kiedy ktoś mówił o mnie w sposób pozytywny albo, kiedy traktował mnie, jako najładniejszą, bo czułam się, jako jedna z ostatnich. Mam świadomość swoich walorów, ale dostrzegam też swoje wady.”

Olga Bończyk

„Tak, czuję się piękna. Staram się w sobie zatrzymać takie poczucie, że bez względu na to, czy wstaję rano i jestem bez makijażu, czy jestem po nieprzespanej nocy, bo wracam z koncertu, jest 5 rano i wyglądam jak „zombie”- czuję się piękna. Mam w sobie taką pogodę ducha i radość z życia, która powoduje, że bez względu na to, co mówi do mnie lustro, widzę w swoich oczach uśmiech i ikrę, co jest tak naprawdę tym, co we mnie buduje poczucie, że jestem fajną babką.”

Jak dbają o swój wygląd?

Magdalena Wójcik

„Staram się przede wszystkim dobrze odżywiać. Nie mówię tutaj o aspekcie dbania o linię, lecz o tym, jak to, co jemy może wpłynąć, na jakość naszej skóry i nasze samopoczucie. Poza tym staram się w miarę regularnie korzystać z zabiegów kosmetycznych. Funduję sobie całe serie delikatnych zabiegów, które polegają na wstrzykiwaniu w głąb skóry różnych specyfików witaminowych i odżywczych.  Kiedyś korzystałam z botoksu, ale teraz już z ręką na sercu – nie robię tego. Trochę się tego boję szczerze mówiąc. Korygowałam kiedyś swoje zmarszczki, bo miałam nawyk marszczenia czoła, który powodował, że pojawiały mi się bruzdy. Dzięki temu, że botoks przez kilka miesięcy w nich działał, odzwyczaiłam się tego nawyku i ta tendencja do marszczenia nie powróciła. Z wiekiem zmarszczki naturalnie się pojawiają. Nigdy nie korzystałam z mocniejszych zabiegów medycyny estetycznej – nie mówię, że nigdy nie skorzystam, jestem otwarta na takie rzeczy, chociaż pokroić się skalpelem bym nie chciała, bo nie jestem na to gotowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę (śmiech) Natomiast popieram różne zabiegi medycyny estetycznej i uważam, że jeżeli kobiety tylko mają na to fundusze, to jak najbardziej. Mezoterapia jest podobno cudowna i szykuję się do niej powolutku. Lasery są też fantastyczne – miałam kilka zabiegów i byłam z nich szalenie zadowolona – gorąco polecam. Nie jest to przyjemne, ale efekty są fantastyczne. Mam niestety skórę skłonną do przebarwień i te lasery właśnie, bardzo mi pomogły.”

Anna Samusionek

„Dbanie o urodę, to dla mnie przede wszystkim sposób na życie, więc nie palę papierosów, od kilkunastu lat nie piję w ogóle alkoholu, od 3 lat nie piję też nawet kawy-jedynie od czasu, do czasu bezkofeinową. Jestem wegetarianką, uprawiam też sport – może nie obsesyjnie, ale jestem osobą aktywną, myślę, że to jest podstawą mojego dbania o siebie. Ale też dbam o skórę poprzez zmywanie makijażu – zmycie całego dnia z siebie. W gabinetach kosmetycznych bywam, ale nie za często.”

Olga Bończyk

„Uśmiecham się. Oczywiście piękno wewnętrzne trzeba również wspomagać tym, co na zewnątrz. Siłą rzeczy też dbam o to, żeby znaleźć trochę czasu dla siebie i dbać o cerę. Ale wydaje mi się, że taki uśmiech wewnętrzny, jest czymś, co dodaje nam kobiecego blasku.”

Która z gwiazd zasługuje na miano „pięknej”?

Magdalena Wójcik

„Według mnie taką osobą jest Jennifer Aniston. Myślę, że ma strasznie fajną osobowość, która przebija się przez ekran. Uważam że, na co dzień musi być równą babką – taką, z którą chciałabym się zaprzyjaźnić. Czy jest przepiękna? Nie wiem, mi się podoba jej piękno – jej słońce wewnętrzne.”

Anna Samusionek

„Ciężko powiedzieć, ponieważ to nie jest dla mnie sama uroda, ale też pewna charyzma. Coś, co gwiazda sobą niesie… W tej chwili jest dla mnie taką gwiazdą Charlize Theron. Jest dla mnie kobietą przez duże K.”

Olga Bończyk

„Nie mam takiego ideału gwiazdy, która byłaby dla mnie wzorem. Nigdy się na tym, nie skupiam, nie jest to dla mnie ważne by zachwycać się tym, co zewnętrzne- bardziej zwracam uwagę na blask wewnętrzny. Powiem może tak – mężczyzna, do którego całą swoją młodość i całe życie wzdychałam to Richard Gere i niech tak zostanie (śmiech) Jest piękny!”

 

„Filmy, które nagrywam opowiadają o człowieku, o jego wnętrzu i połamaniu” – wywiad z Tomaszem Wasilewskim

Łódzka filmówka zamknęła przed nim drzwi. Nie ma dyplomu. Ma za to swój własny, niepowtarzalny, minimalistyczny styl, który zmienił tradycję polskiego kina. Jego produkcje „W sypialni” (nagrodzona Złotym Globem) i „Płynące Wieżowce” (wygrana w konkursie East of the West w Karlowych Warach) sprawiły, że po ich obejrzeniu nie patrzysz już na pewne sprawy tak jak dawniej. I chyba o to mu chodziło. O zmienianie światopoglądu.

Nominowany do tegorocznych Paszportów Polityki w kategorii FILM obok Agaty Kuleszy i Dawida Ogrodnika. Jako że miałam zaszczyt wziąć udział w tej gali, nie mogłam nie wykorzystać szansy rozmowy z moim nowym, ulubionym polskim reżyserem, Tomaszem Wasilewskim. 


fot. Tomasz Tyndyk

Byłeś nominowany do Paszportów Polityki, niestety nie dostałeś tej nagrody. Jakie znaczenie miała dla Ciebie ta nominacja?

Po pierwsze była ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tego, że będę nominowany. To jest ogromna nobilitacja  i zaszczyt. W ogóle bycie nominowanym, to jest coś, co naprawdę trudno wyrazić. Ciężko jest mi znaleźć odpowiednie słowa, by to opisać, bo mam wrażenie, że cokolwiek nie powiem, będzie to błahe. Pokazuje mi to, jako twórcy, że obrałem dobrą drogę. Nominacja w Paszportach Polityki jest dla mnie najważniejsza, ponieważ nie zawsze jest łatwo podążać swoją drogą artystyczną, ale jednak zawsze warto to robić. Paszporty Polityki właśnie to pokazują.

Nie spodziewałeś się nominacji, jednak kiedy już ją dostałeś, liczyłeś na wygraną?

Nie to, że liczyłem. Myślę, że każdy nominowany ma zawsze z tyłu głowy chęć i marzenie wygranej. Wydaje mi się, że taka już jest natura ludzka. Skłamałbym, gdybym powiedział, że o tym nie myślałem. Moim zdaniem trudno porównywać mnie, moją twórczość i wszystko co robię, z pracą Dawida Ogrodnika czy też Agaty Kuleszy. To jest tak naprawdę nie do porównania. Uważam, że Dawid genialnie odegrał swoją rolę, zresztą tak samo jak Agata, więc to była przyjemność z nimi konkurować. Myślę, że to był jedyny raz w życiu, kiedy zdarzyło mi się być z Kuleszą i Ogrodnikiem w jednej kategorii (śmiech)

Czy mimo wszystko czujesz zawód, że nie dostałeś tej nagrody?

Nie… To jest, to co powiedziałem – zawsze jest chęć bycia jeszcze bardziej docenionym, ale to jest natura ludzka. Nie ma co mówić o zawodzie, bardzo się cieszę, że Dawid wygrał.

Przeczytałam kiedyś odnośnie „Płynących Wieżowców”, że nie chciałeś stworzyć filmu o gejach, lecz o relacjach międzyludzkich, poszukiwaniu miłości. Udało się uzyskać zamierzony cel?

Ludzie na pewno patrzą na ten film jak na dramat o homoseksualistach, ale wydaje mi się, że udało mi się uzyskać też zamierzony cel. Dla mnie było bardzo ważne, by opowiedzieć o miłości trudnej, szczególnie w polskich realiach. Najważniejsze było dla mnie, żeby zastanowić się nad emocjami tych ludzi, tych bohaterów i znaleźć jakieś punkty wspólne. Albo nawet nie, to nawet nie chodzi o znalezienie punktów wspólnych – tutaj mówię o miłości między Kubą a Michałem, a o miłości między chłopakiem, a dziewczyną. My od początku wychodziliśmy z założenia, że miłość Michała i Kuby jest taka sama, jak każda inna miłość. Bardzo trudno jest mi odpowiadać na te pytanie, żeby zostało ono dobrze zrozumiane w taki sposób, w jaki my chcieliśmy to opowiedzieć. Wiele osób po pokazach na całym świecie mówiło nam, że dla nich to jest film o miłości. To było najważniejsze. Oczywiście jest to film o miłości homoseksualnej –  nie przeczę. Ale wydaje mi się, że uczucie jakim jest miłość, ból, zranienie, czy wewnętrzne kłamanie, jest uniwersalnym uczuciem, które czuje każdy człowiek – bez względu na wiek, płeć, orientację seksualną czy rasę.

Zastanawia mnie dlaczego zawsze dotykasz w swoich filmach tematu ludzkich uczuć…

Takie rzeczy mnie najbardziej interesują. Ludzkie, rozedrgane, niespokojne, bolesne uczucia. One są dla mnie, jako dla filmowca najciekawsze.

Czy mają jakiś związek z twoimi osobistymi przeżyciami?

Nie, w ogóle nie. Gdy myślę o kinie, to myślę o kinie, które mnie porusza jako widza. Filmy, które oglądam, które nagrywam, to filmy, które opowiadają o człowieku, o jego wnętrzu, połamaniu. A wszystkie wewnętrzne rzeczy są dla mnie najważniejsze – emocjonalne i połamane. Dobieram tylko do tego bohaterów i tło społeczne. O to w moich filmach chodzi tak naprawdę.

Chcesz swoimi filmami wpłynąć jakoś na światopogląd społeczeństwa?

Chcę dotknąć ludzi. A nad tym, czy zmieniam światopogląd, już się nie zastanawiam, to nie jest mój zamiar.

Czy „Płynące wieżowce” mogą zmienić myślenie społeczeństwa na temat homoseksualistów?

Nie wiem tak naprawdę. Wydaje mi się, że tak. Nie myślałem nigdy o tym, a jeśli już o czymś myślałem, to o zrozumieniu. Bo nie robiliśmy tego filmu, żeby przełamywać tabu, czy zmieniać światopogląd innych ludzi. Dążyliśmy do tego, żeby ludzie, którzy oglądają ten film go przeżyli. A jeśli przeżyją, to coś się w nich zmieni.

Zauważyłam, że większość aktorów z twoich filmów pochodzi z obsady „Barw Szczęścia”, których jesteś scenarzystą

To jest przypadek (śmiech) Ja się z tymi ludźmi przyjaźnię, więc w końcu zaczęli u mnie grać. Tak samo np. Kasia Herman, która często się pojawia w moich filmach. Ja Kaśkę uwielbiam, uważam, że jest genialną aktorką, fantastyczną i to jest szczęście, że mogłem z nią wielokrotnie pracować.

„Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby z moim wyglądem obsadzić mnie, jako komendanta policji” – wywiad z Kacprem Kuszewskim

„M jak miłość” to najczęściej i najchętniej oglądany polski serial. Losy słynnej rodziny Mostowiaków mamy okazję śledzić już od ponad 10 lat. Jedną z głównych i najbardziej charakterystycznych postaci jest postać Marka Mostowiaka – niegdyś buntownika, dzisiaj odpowiedzialnego ojca trójki dzieci. W tę rolę niezmiennie, od pierwszego odcinka wciela się Kacper Kuszewski – według nas, aktor kompletny. Nie tylko fenomenalnie gra, ale i śpiewa i tańczy…Nie bez przyczyny został obsadzony w głównej roli w musicalu „Berlin 4 rano”. Po 9 latach aktor powrócił na ekrany kin w zupełnie nowej odsłonie. Tym razem dał poznać się widzom jako policjant i to bardzo…”pierdołowaty” policjant. Czy fenomenalna i przezabawna rola w najnowszej komedii „Wkręceni” otworzy przed nim kolejne drzwi?

 

Postać policjanta Grygalewicza  to Pana pierwsza większa kinowa rola…

Nie. 13 lat temu zagrałem sporą rolę w filmie „Strefa ciszy” Krzysztofa Langa (to jeszcze było przed „M jak miłość”), kilka lat później pojawiłem się u boku Piotra Adamczyka w  filmie „Karol, człowiek, który został papieżem”, ale faktem jest, że  odkąd ruszyło „M jak miłość” zostałem utożsamiony z postacią, którą tam gram.  I to nie tylko przez widzów, ale najwyraźniej również przez producentów i reżyserów. Jeśli chcę ich przekonać,  że mogę zagrać coś jeszcze, to dużo pracy przede mną. Mam nadzieję, że ten film jest  krokiem w tym kierunku. Bardzo się cieszę, że miałem możliwość zagrania postaci zupełnie innej od tej, z którą wszyscy mnie kojarzą. Jest to postać charakterystyczna, komediowa. W dodatku wyglądam zupełnie inaczej,  większość osób pewnie nie rozpoznaje mnie nawet na plakacie. Mogłem też posłużyć  wyrazistymi środkami aktorskimi. To była wielka przyjemność, chociaż przyznaję, że miałem ogromną tremę, bo z komedią jest tak, że o tym czy jest dobra, dowiadujemy się dopiero widząc reakcje widowni w kinie.

Towarzyszyła Panu trema?

Tak! Dzisiaj wieczorem, przed rozpoczęciem! Naprawdę,  byłem pełen obaw. Teraz, po obejrzeniu tego filmu, mogę śmiało powiedzieć, że jest to  dobra, zabawna komedia!

Nagle pojawia się Dominika Kluźniak i krzyczy:

Zajebisty! To jest zajebisty film! (Śmiech)

Kacper Kuszewski, kontynuuje…

To jest Dominika, która też widziała ten film dzisiaj pierwszy raz. Uważam, że była świetna.  Trzej panowie, którzy grali główne role również byli cudowni. Krzysiek Stelmaszczyk, Monika Krzywkowska… właściwie nie ma tu słabej roli.  Myślę, że nie było dawno w Polsce takiej sympatycznej komedii. Na tym filmie się nie rechocze, tylko ogląda się go z  uśmiechem na twarzy.  Cieszę się, że w takim właśnie filmie i w takim towarzystwie udało mi się wystąpić po tak długiej przerwie.

Jak Pan się przygotowywał do tej roli? Było w niej bardzo dużo mimiki…

Czasu na przygotowanie było bardzo mało,  ten film powstawał w zabójczym tempie. Nie było czasu ani na próby, ani na spotkania, musialem improwizować.  Piotr Wereśniak bardzo ufa aktorom, daje im dużo wolności  i jest niezwykle oszczędny w dawaniu wskazówek, więc po pierwsze trzeba wykazać własną inicjatywę, a po drugie trzeba się zdać na własną intuicję. Mam nadzieję, że moja intuicja mnie nie zawiodła (śmiech). Jedyna uwaga, którą dostałem od Piotra Wereśniaka brzmiała: „odważnie!”… No więc grałem odważnie (śmiech)

Jak Pan dostał tę rolę?

Dwa lata temu w Teatrze Roma w Warszawie na małej scenie, odbyła się premiera spektaklu „Berlin 4 rano”, w którym gram z Kasią Zielińską, Anią Głogowską i Rafałem Maserakiem. To jest spektakl muzyczny, w którym śpiewamy piosenki z kabaretów niemieckich z lat 30. Piosenki są oczywiście przetłumaczone na język polski. Aranżacje są unowocześnione, a piosenki są odważne i dosyć perwersyjne (śmiech).  Każda piosenka to inna postać i ja wcielam się tam w kilkanaście różnych postaci, zmieniam kostiumy itd… Producent filmu „Wkręceni” był na tym spektaklu i po premierze podszedł do mnie i powiedział : „Panie Kacprze, ja nie wiedziałem, że Pan ma takie możliwości!”. Dwa lata później dostałem propozycję zagrania w filmie. Nic nie bierze się znikąd (śmiech)

Jaka była Pana reakcja po przeczytaniu scenariusza?

Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że mimo niewielkich rozmiarów ta rola będzie dla mnie wyzwaniem. Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby z moim wyglądem obsadzić mnie, jako komendanta policji.Ja chyba mam szczęście do takich przewrotnych pomysłów, bo z pierwszym filmem, w którym zagrałem – „Strefa Ciszy”-  było podobnie.  Zagrałem tam rolę psychopatycznego, młodego przestępcy – chłopca z marginesu. Wtedy, to już w ogóle wyglądałem jak  słodki, grzeczny 16-latek  ale reżyser chciał, żebym właśnie ja to zagrał. I okazało się, że byłem w tej roli wiarygodny. Teraz jak widać, ponownie mi się udało.

Co było najtrudniejsze do zagrania w tej postaci?

Myślę, że najtrudniejsze było to, żeby z tak niewielkiej ilości materiału stworzyć postać,  którą się zapamiętuje, mimo, że wiele się dzieje w tym filmie i koledzy grają fantastycznie. Mam nadzieję, że ten mój komendant Grygalewicz, gdzieś tam będzie zapamiętywany i ludzie będą mówić: „ O! Kuszewski go zagrał!”.

Będzie się Pan teraz starał o więcej takich kinowych ról?

Bardzo chciałbym pokazywać się publiczności od różnych stron. W zawodzie aktora, najbardziej kręci mnie to, że można grać różne postaci. Na pewno nie chciałbym grać tylko jednej roli już do końca życia.

Jak Pan porównuje granie postaci Marka Mostowiaka, do Policjanta Grygalewicza? To dwie różne role…

To dwie różne role, tak… Ja muszę wspomnieć, że moją profesorką/opiekunką w szkole teatralnej w Warszawie była Anna Seniuk. Była moim mistrzem. Jest to wybitna aktorka komediowa, słynąca z tego, że potrafi korzystać z niezwykle wyrazistych środków zarówno na scenie, jak i w filmie, w bardzo wiarygodny sposób. Przez kolejne 3 lata po szkole, byłem asystentem Anny Seniuk, więc myślę, że dostałem dobrą szkołę. Grając w tym filmie mogłem wykorzystać te umiejętności. Chociaż dla tych, którzy chodzą do teatru, mój udział w tym filmie nie będzie niespodzianką.

Niestety ludzie nie za często chodzą do teatrów…

Myślę, że gdyby ludzie częściej chodzili to teatru, oglądali aktorów w innych rolach, to łatwiej byłoby nam wychodzić z szuflad.

Zdarzyło się Panu kiedyś kogoś wkręcić?

Niestety jestem bardzo kiepskim kłamcą… mimo, że jestem aktorem.  Aktorstwo to jest zupełnie inna rzecz. Na scenie potrafiłbym zagrać kłamstwo, w życiu prywatnym bardzo źle mi to wychodzi (śmiech).