„Nie wiem jak przeżyłam X Factor! Strach mnie paraliżował!” – wywiad z Adą Szulc

Finalistka pierwszej edycji programu X Factor. Na castingu zachwyciła jurorów, a podczas występów na żywo wzruszała ponad 6 milionów widzów. Chociaż program bardzo jej pomógł w karierze muzycznej, dopiero 2 lata po jego zakończeniu odnalazła swoją muzyczną ścieżkę. Wraz z DJ’em Adamusem wydała krążek 100 miejsc, dzięki któremu powstały teledyski nagrane w Hawanie, Tokio oraz na Islandii! Dlaczego wokalistka wybiera tak odległe zakątki? Jak wspomina udział w najbardziej popularnym talent show w Polsce? Kto pracuje nad jej wyglądem?

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Adą Szulc!


Photo: Julia Kuczyńska

Ada, przyznaj się, jak często zaglądasz na nasz blog ?

Generalnie nie mam zbyt wiele czasu, żeby regularnie wchodzić na blogi i wszystko śledzić, ale wasz blog świetnie znam! Zawsze tam, gdzie jestem, na jakikolwiek pokaz nie pójdę, to wy też tam jesteście i robimy sobie zawsze razem foty (śmiech). Potem je oglądam i mówię: „No nie! Znowu wyszłam okropnie!” (śmiech).

Twój ostatni teledysk powstał na Islandii. Zastanawia nas, dlaczego Islandia i czemu kręcicie swoje teledyski w tak nietypowych i odległych krajach?

Taki jest zamysł projektu „1000 miejsc”, który opiera się właśnie na tym, żeby zwiedzać różne miejsca. „1000 places to see before you die” zgodnie z którym, chcemy odwiedzić tysiąc pięknych miejsc, w których nigdy nie byliśmy. Najpierw była Hawana, potem Tokio i teraz ta Islandia, która nam się marzyła od samego początku, więc nie mogło być inaczej!

Ile już macie zaliczonych miejsc?

3 odhaczyliśmy (śmiech). Jesteśmy dopiero na samym początku drogi (śmiech).

To jeszcze trochę Wam zostało… (śmiech).

Trochę jeszcze zostało (śmiech). Myślę, że na pewno wykorzystamy też nasze piękne, polskie miejsca!

Śpiewałaś kiedyś w zespole Chillitoy. Dlaczego przerzuciłaś się z rockowego gatunku na stonowane, bardziej elektroniczne brzmienia?

Zgadza się, Chillitoy to była zupełnie inna muzyka. Tak jak się zmieniamy, dorastamy, dojrzewamy, słuchamy różnej muzyki,  tak samo artyści tworzą różną muzykę na przestrzeni lat. Może nie jestem aż taka stara (śmiech), ale generalnie wszystko się zmienia i jakoś ewoluuje. Spróbowałam czegoś innego, szukałam własnej drogi i właśnie z Dj Adamusem się to udało! Ten nasz projekt sam się właściwie stworzył.

Tak się Tobie właśnie przyglądamy i zastanawiamy, jak się czujesz rozmawiając z dwoma blondynkami, kiedy sama jesteś szatynką! (śmiech)

Fatalnie! Zaraz idę do fryzjera i farbuję się na blond!

Musimy się solidaryzować!

Dokładnie! Przydałaby się tutaj flaszka Finlandii na stole z tej okazji (śmiech)

Idealnie się tutaj nadaje! Aż nam się przypomniał moment i miejsce, w którym się poznałyśmy. Toalety zbliżają! (śmiech).

Nie pamiętam! (śmiech).

My też nie do końca (śmiech) W zasadzie, nie wiemy dlaczego rozmawiamy teraz w restauracji, a nie w toalecie!

No właśnie?! (śmiech). Kogo my chcemy oszukać?! (śmiech).

Wracając do Twojej kariery…Wkrótce wyruszasz w trasę koncertową. Jak ona będzie wyglądała? Masz na nią jakiś szczególny pomysł?

Planujemy trasę na wiosnę. Wtedy zaczyna się sezon koncertowy – tak jak kwiatki wychodzą z ziemi, tak my też pączkujemy i koncertujemy (śmiech).  Będzie kilka wielkich miast w Polsce, być może będziemy też występować z różnymi zespołami, jak się wszystko dobrze poukłada. Działamy! Gramy, imprezujemy, koncertujemy i się bawimy!


Photo: Dorota Deka

Zagracie też za granicą?

Planujemy! Rozmawiałam dzisiaj nawet o tym z Adamem. Wprawdzie nie lubimy mówić o rzeczach, które nie są w stu procentach pewne, ale mamy plan by  koncertować trochę na Islandii i tamtejszych klubach. Niekoniecznie po to, żeby zarobić jakieś duże pieniądze, bo to nie o to tutaj chodzi, tylko żeby móc też zwiedzić Islandię wzdłuż i wszerz, sporo zobaczyć i poznać nowych ludzi.

Zostaliście tam docenieni, byliście nawet w islandzkiej prasie!

Tak! Był wywiad w islandzkiej prasie i podobno ma być jeszcze jeden, także bardzo fajnie! Jestem z tego bardzo dumna, bo podobno ta gazeta jest tam jak New York Times w Stanach! Jest bardzo popularna, więc super! Nie mamy jakiegoś dużego ciśnienia, by robić karierę na zachodzie, bo to nie o to chodzi, ale jeśli mamy szansę coś zwiedzić i poznać jakiś ludzi, to chcemy ją w 100% wykorzystać.

A czy planujecie jakieś atrakcje podczas koncertów? Wiesz o co chodzi… huśtawki, helikoptery, wjazd na scenę po gigantycznym języku i te sprawy (śmiech).

Ja się spuszczę na linach! (śmiech). Ale inspirujecie mnie swoimi pomysłami, inspirujecie!

Niektórzy mówią, że niepotrzebnie urozmaicać, że najważniejszy na koncercie jest wokal, z kolei inni uważają, że koncert to show, na którym musi się sporo dziać!

Dla mnie, to musi być performance. Nie każda muzyka też się nadaje do tego, żeby zrobić na koncercie nie wiadomo jaki show.  Nasza jest dość spokojna, bardziej chillout’owa, jest po to, żeby się relaksować, więc tutaj te helikoptery chyba nie miałyby racji bytu (śmiech). Aczkolwiek brakuje mi w ogóle w Polsce tego typu koncertów. Może to wynika z tego, że zbyt rzadko chodzimy na takie koncerty. Ja dopiero co kupiłam bilet na koncert Justina Timberlake’a! Jestem totalnie podjarana! Ale tak szczerze mówiąc, raczej nie chodzimy na koncerty polskich gwiazd, nie wydaje wam się? Jedynie przy okazji, ale sami od siebie raczej tego nie robimy.

Masz rację. Ogromnym plusem jest jednak to, że ostatnimi czasy przyjeżdża do nas wiele zagranicznych gwiazd, co się bardzo zmieniło na przestrzeni lat.

Tak! To jest super sprawa! Ja będę miałą tego roku istne szaleństwo! Timberlake, Open’er, Orange…

A na koncert naszych ukochanych 30 Seconds To Mars jedziesz?

Koleżanka mnie uparcie namawia! Nigdy wcześniej nie byłam na ich koncercie….

To koniecznie musisz pojechać! Oni robią fantastyczne show!

Wyobrażam sobie! Jared ma w ogóle świetny wokal, więc to już jest chociażby dla mnie powód, by usłyszeć ich na żywo! Wyciąga mnie przyjaciółka, która ma w ogóle bzika na ich punkcie! Chyba jej nie odmówię… Przez was będę musiała pojechać! (śmiech).

Czyje i jakie koncerty najbardziej lubisz?

Uwielbiam festiwale! Dlatego, że mogę posłuchać przeróżnej muzy i dodatkowo usłyszeć za jednym razem mnóstwo znanych zespołów. Ale uwielbiam też je za to, że mam szansę poznać nowych artystów, których nie miałam nigdy wcześniej okazji nigdzie usłyszeć. To jest dla mnie mega inspirujące, jak wychodzi np. jakiś chłopczyk na scenę, który śpiewa tak, że mam ciary na całym ciele, a nigdy wcześniej nie byłam na jego koncercie. Problemem jest tylko, jak jest kilka koncertów w tym samym czasie na różnych scenach i tak się lata między jedną, a drugą sceną (śmiech).

Korzystasz z porad stylistów, czy sama z pracujesz nad swoim wyglądem?

Nie mam żadnego stylisty. Szczerze mówiąc przydałby mi się jakiś (śmiech).

Głupie pytanie! Naszym zdaniem Ty nie potrzebujesz żadnego stylisty!

Nie potrzebuję? Naprawdę? Na razie staram się sama sobie radzić, ale czasem brakuje mi czasu na ogarnianie tego typu tematów. Na pewno to musi być bardzo wygodne, jeśli ktoś o ciebie zadba od stóp do głów.

Teraz wyglądasz jednak nieco inaczej, niż za czasów X Factora. Ta metamorfoza to również Twoja zasługa?

Tak, sama do tego doszłam. Podziwiam w sobie tą odwagę, że ścięłam włosy, bo to jest jednak spore wyzwanie. Obie macie długie włosy, więc wyobraźcie sobie, jakbyście miały je teraz ściąć. Ale teraz znowu zapuszczam! (śmiech). Marzy mi się kolejna zmiana…Mówiąc wcześniej o blond włosach wcale nie żartowałam! Chciałabym mieć kolor włosów jak  Jennifer Aniston.

W X-Factorze byłaś też chyba trochę …grzeczniejsza? (śmiech).

Byłam totalną sierotą! Wyobraźcie sobie – dziewczyna pochodzi z jakiegoś małego miasta, nagle jest postawiona na wielkiej scenie, podczas programu, który ogląda 6 mln ludzi! Ja byłam sparaliżowana strachem! Nie wiem jak ja to przeżyłam! Nawet przed programem, jak grałam gdzieś z zespołem, czasem dla 10 osób, to byłam przerażona, więc nie do końca rozumiem, jak udało mi się pokonać tą drogę i strach na scenie X-Factora! Do tej pory jest to dla mnie czarna magia. Kompletnie nie byłam wtedy na to przygotowana. Może dlatego, że pochodziłam z małego miasta, nie wiedziałam jakim rytmem to się toczy. W końcu program się skończył i pozostałam sama sobie. Najważniejsze było dla mnie, by nie utonąć, lecz pozostać na powierzchni.

Wzięłabyś udział drugi raz w tego typu programie? Czy on pomaga uczestnikom?

Bardzo pomaga! Wiadomo, że są dwie strony medalu – jest wiele plusów, ale i minusów. Prawda jest jednak taka, że dzięki X-Factorowi, robię to, co robię. Wprawdzie gdzieś tam mam już tą łatę przyklejoną, że jestem „Adą z X-Factora” i pewnie będzie tak jeszcze przez najbliższe 10 lat! Ale jeśli dzięki temu mogę nagrywać płytę, robić swoją muzę, poznawać fantastycznych ludzi, to każdemu to polecam!

Kiedyś na pewno się uwolnisz od tej łatki. Robisz bardzo oryginalną muzykę, jak Monika Brodka, która przestała być już kojarzona z Idolem.

Mam nadzieję, chociaż to nie jest aż taka duża popularność, jak w przypadku Moniki. My nie mamy aż takiego zasięgu. Teraz  też planuję jakieś swoje solowe projekty i one chyba będą bardziej do przełknięcia, aczkolwiek nadal w moim klimacie!

Trzymamy mocno kciuki, dziękujemy za rozmowę i czekamy na teledysk nagrany na przykład… na Marsie!


Nieszczęścia chodzą parami?

Teatr Kamienica świętował wczoraj swoje 5 urodziny! Z tej okazji odbyła się premiera sztuki „ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia” w reżyserii właściciela Teatru – Emiliana Kamińskiego!

Istnieje polskie przysłowie, które mówi, że nieszczęścia chodzą parami. Sama nie mogę się z tym nie zgodzić, jednak główny bohater sztuki „ZUS…” chyba ma zdecydowanie odmienne zdanie na ten temat. Choć może nie tak do końca… ?

Tytułowy Słoń /Sambor Czarnota/ (choć w trakcie można się pogubić, czy aby na pewno na nazwisko ma Słoń) traci pewnego dnia pracę. Z miłości do swej ukochanej /Katarzyna Pakosińska/, postanawia zataić przed nią ten fakt. Jest mu bowiem wstyd, że został bezrobotny. Za jakiś czas, zupełnie przypadkiem na jego konto zaczynają spływać wszelkiego rodzaju darowizny i zapomogi. Słoń staje się coraz bardziej kreatywny, zaczyna kombinować i wykorzystywać tę sytuację, co prowadzi do tego, że udaje mu się uzyskać renty dla wdów, odszkodowania dla inwalidów, czy też nawet zasiłki macierzyńskie!

Jego desperacka pomysłowość prowadzi do tego, że zaczyna „zarabiać” ok. 15 tys. miesięcznie. Żyć nie umierać!

Co jeśli, jednak w jego przychody zacznie ingerować państwo? Co jeśli przyjdzie miły pan z urzędu ze stertą papierków do podpisania, sugerując, iż za oszukiwanie można dostać do 10 lat pozbawienia wolności? A jeśli pewnego dnia zapuka do drzwi jakaś pani z zakładu pogrzebowego, szukając pewnego nieboszczyka w jego mieszkaniu? Albo żona pana Słonia dowie się, że jest on być może… transwestytą?! I przede wszystkim… co jeśli okaże się, że wszystkie osoby przebywające w jego mieszkaniu, uważające go za pana Tomasza, dowiedzą się, że tak naprawdę nazywa się on Słoń?

No właśnie… Jedna niewinna próba oszukania urzędu, pociągnęła za sobą kolejne. Jak to mówią: dać palec, to weźmie całą rękę - choć przecież nasz bohater pewnie się wybroni – zapomogi właściwie same spływały na jego konto, a on im tylko otwierał drzwi.

„ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia”, to błyskotliwa, niebanalna komedia, przedstawiająca perypetie i rozterki  dorosłego mężczyzny, który nie potrafił się przyznać przed ukochaną, że został bezrobotny. Oszukał on urząd skarbowy i połowę swojej rodziny. Całkowicie się zatracił w swojej osobowości, w co wciągnął również innych. Ostatecznie, każda postać miała dzięki Słoniowi po dwie, a czasem nawet więcej twarzy :)

Wszystko na szczęście ma słodki finał, co można zawdzięczać „zalotnemu uśmiechowi Słonia”:) Jego błyskotliwość zachwyciła odpowiednią osobę i nasz bohater ponownie mógł wyjść na prostą. Droga ku temu, trzeba przyznać, była niesamowicie kręta!

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej sztuki! Po raz kolejny wyszłam z Teatru Kamienica z bolącą od śmiechu żuchwą! Wszyscy goście przez cały spektakl ocierali łzy ze śmiechu, a później gratulowali artystom  ich niezwykłych, przezabawnych i barwnych ról. Muszę od siebie dodać, jak fenomenalny był w tym spektaklu Emilian Kamiński! Wcielił się on na kilka chwil w postać Marylin Monroe! Do teraz uśmiech nie schodzi z mej twarzy, jak tylko przypomnę sobie widok Emiliana na scenie, podskakującego w czerwonych szpileczkach, z niezwykłą gracją i lekkością! Widok bezcenny, zatem marsz do Kamienicy!

Jak Emilian Kamiński rzecze: „Jak wam się podobało, to zaproście przyjaciół. Jak wam się nie podobało, to zaproście wrogów!”

Mnie się bardzo podobało, zatem zapraszam wszystkich! Bez wyjątku!

Zaraz po spektaklu, zapytałam odtwórcę głównej roli i jego teatralną żonę, o to, czy rzeczywiście nieszczęścia chodzą parami, czy może jest odwrotnie? Może właśnie szczęście ciągnie za sobą pozytywny sznur?

Sambor Czarnota /Słoń/

„Mówi się czasami, że jest np. czarny rok, ale czy ja wiem? Ja wierzę, że wszystko jest gdzieś tam zapisane. Czy w gwiazdach, czy whatever – gdziekolwiek! Nie ma przypadków w życiu, natomiast trzeba pomagać szczęściu i się nie poddawać. Ja chcę wierzyć, że ja temu szczęściu też pomagam.  Wiele razy też miałem sytuacje, że jak coś mi nie wychodziło, to w tym najważniejszym momencie się nie zdarzyło. Tak się ogólnie dzieje, chociażby na Olimpiadzie, że wszystko jest ok, a nagle coś się nie udaje i zaczyna sypać, mimo że było przygotowywane perfekcyjne. To są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Musimy robić wszystko i tak być przygotowanym do tego, żeby mieć czyste sumienie, że zrobiliśmy wszystko, żeby to było na najwyższym poziomie”

Katarzyna Pakosińska /żona/

Szczęścia chodzą parami! I mam nadzieję, że to dzisiejszego wieczoru przekazaliśmy naszym spektaklem!  Jest on bardzo zakręcony, przygotowywaliśmy go sporo czasu i tak naprawdę dopiero po 3 miesiącach pracy, zdaliśmy sobie sprawę o czym ta sztuka jest, bo tekst był nawet dla nas niezwykle pokręcony! Ciężko było odgadnąć, kto jest kim dla kogo, kto kim jest teraz (śmiech). Pytając, o czym jest ta sztuka – muszę się chwilę zastanowić (śmiech)”

 

Kończąc, zapraszam Was wszystkich na spektakl „ZUS…”. Nie pożałujecie! ;) A Kamienicy raz jeszcze, z tego miejsca, składam najpiękniejsze życzenia! Rozbawiajcie nas tak dalej przez kolejne lata! :)

„Czasem jestem bardzo kobieca, a czasem zakładam spodnie” – II część wywiadu z Omeną Mensah

Czy Pani kiedyś doznała negatywnego aspektu popularności?

Jasne! Mnóstwo razy! Bycie kolorową dziewczyną w kraju blondynek jest swego rodzaju sztuką (śmiech). Obecnie raczej nic złego mnie nie spotyka, kiedyś było na pewno więcej takich niemiłych sytuacji. Wydaję mi się, że Polska otwiera się na Świat. Dowodem na to są kolorowe osoby, takie jak ja, które gdzieś w tych mediach funkcjonują i to jest fajne. W ogóle wydaje mi się, że każde kolejne pokolenie, to będzie pokolenie uśmiechniętych ludzi. Ja się uwielbiam śmiać i wygłupiać (śmiech). Jestem mega pozytywna i zawsze mnie dziwi, dlaczego ludzie w Polsce są tacy ponurzy.

Jak Pani myśli, dlaczego tak jest?

To wynika trochę z takiego doświadczenia – były czasy komuny, szarości, walki o to, żeby zdobyć towar  i nie było powodów do uśmiechu. Oczywiście zdarzały się wyjątki np. moja mama, która jest pozytywna. Ale dopiero kolejne pokolenia są o wiele bardziej uśmiechnięte. Ja myślę, że za ileś lat, gdzieś się spotkamy i będą te statystyki zupełnie inne, ale obecnie jesteśmy ponurym narodem. Narzekanie jest na porządku dziennym. Zawsze się śmieję, jak ktoś mnie za granicą pyta: how are you, to mówię better than you! (śmiech). Ludzie są w szoku, bo to jest zupełnie niepolskie!

Ludzie są po prostu bardzo zazdrośni i zawistni

I to jest coś,  czego ja zupełnie nie rozumiem! Nie wiem z czego to wynika. Patrzymy pod siebie, a nie na zespół. Ja trenowałam koszykówkę i to jest też fajny sposób, żeby nauczyć się pracy w zespole. Nauczyło mnie to pracy nad trofeum wszystkich. Nie, że ty sama robisz dla siebie, tylko każdy musi dać z siebie wszystko, bo chcemy zdobyć puchar. To jest fajna sprawa!

Pani nie pojawia się zbyt często na celebryckich imprezach. Dlaczego?

Szczerze mówiąc chodzę na te imprezy, ale teraz mam tak dużo pracy, że nie mam na to po prostu czasu. Wiecie ile to wymaga przygotowania? Zosia musi przyjechać, musi mi wybrać ciuchy, coś wypożyczyć, coś kupić… To są 2-3 godziny. Jak mam je poświęcić na takie wyjście, to ja wolę teraz się skupić nad swoją książką, albo egzaminami, które właśnie zaczęłam zdawać.

Pani też projektuje meble!

Tak! Mam nawet swoją markę! Indywidualizm – taka jest misja i ideologia. Ammadora to jest moje dziecko, taka moja druga natura, która się przerodziła w biznes. Bardzo się w tym realizuję, mam swoją grupę ludzi, która te meble tworzy i tutaj a propos talentów, zapraszam wszystkich chętnych do współpracy. Dostaję fajną satysfakcję od zadowolonych klientów, którzy też uczestniczą w tworzeniu tych rzeczy, bo mówią, czego oczekują. To są meble inspirowane sztuką. Ja bardzo lubię sztukę, interesuję się nią, oglądam – to jest taki mój konik. To jest w sferze moich zainteresowań, poza amatorskim robieniem zdjęć.

Pani robi bardzo dużo rzeczy!

Tak, bo ja jestem ashanti (śmiech). A propos mojego pochodzenia – imię Omena, oznacza kobietę bardzo przedsiębiorczą, zorganizowaną (śmiech).

To wszystko jasne! Nieprzypadkowe imię!

Nieprzypadkowe (śmiech). Ja taka zawsze byłam. Ja w ogóle uważam, że kobiety takie są. Zauważcie jedną rzecz – kobieta najlepiej odczytuje komunikaty niewerbalne. Wie jak się do nich ustosunkować, ma świetnie rozwiniętą inteligencję emocjonalną, potrafi współodczuwać to, co inni odczuwają, dzięki czemu potrafią się odpowiednio zachować. Nawet jak pracuję z kobietami, to dla mnie kobiety są lepsze.

Woli Pani pracować z kobietami?

Szczerze? Nie chciałabym panów w żaden sposób obrazić (śmiech), są oczywiście cudowni, fajni, ale jak trzeba wynieść śmieci, to trzeba wynieść śmieci, ale nie można według nich, oprócz tego po drodze zobaczyć, czy trawa dobrze skoszona, czy drzewka dobrze rosną itd. Jak mają do wykonania jedno zadanie, to jest to jedno zadanie, natomiast kobieta po drodze idąc ze śmieciami, zobaczy, że można by było zrobić mnóstwo innych rzeczy. Kobiety potrafią zdywersyfikować swoją pracę i mają podzielną uwagę. Posiadają niesamowitą siłę, którą trzeba wykorzystywać  (śmiech).

Kobiety też bardzo często ze sobą konkurują

To zależy, bo jeżeli kobiety tworzą fajny, zgrany team i mają cel, który trzeba zrealizować, to one  ten cel zrealizują. Nie bez powodu się mówi, że kobiety idą po trupach do celu. Jeśli jest grupa, drużyna, to kobiety naprawdę są w stanie świetnie ze sobą współpracować. Każda wie, która w czym jest dobra i którą do czego może zaangażować. Z mężczyznami jest tak, że są oni bardziej analityczni i konkretni, natomiast my we wszelkiego rodzaju pracach jesteśmy kreatywniejsze i bardziej zorganizowane, a do tego przebojowe! Lepiej się odnajdujemy w rożnych sytuacjach.

Pani nie konkuruje ze swoimi koleżankami z branży?

Kompletnie! Ja jestem tak od nich różna, a one ode mnie… Zresztą ja sama sobie moją ścieżkę wymyśliłam oraz to, co robię i się na tym skupiam. Nie za bardzo mnie interesuje to, co robią moje koleżanki, byleby czyniły dobrze! (śmiech). Nie mam potrzeby konkurowania. Może jakby posadzili obok mnie same mulatki, to może wtedy (śmiech). Zobaczcie, nawet specjalnie dla was upięłam dzisiaj włosy (śmiech).

Bardzo nam miło (śmiech)! Czyli stawia Pani na kobiety!

To też nie jest tak. Mój ulubiony fryzjer, to mężczyzna. Uważam, że mężczyźni są w tym świetni. Jest kilka profesji, w których oczywiście uważam, że faceci – akurat, jeśli chodzi o mnie i moje doświadczenia – lepiej się odnajdują. Ale jeśli chodzi o współpracę, to zdecydowanie wolę kobiety. Teraz pracuję nad takim projektem odnośnie tolerancji, edukacji i pracuję z grupą kobiet. Wszystko zależy od zadania. Fachowcy, którzy pracują przy moich meblach są świetni, ale wiecie ile kosztuje mnie czasem wytłumaczenie im różnych rzeczy?(śmiech).

Nie potrafią odczytać Pani wizji? (śmiech)

To jest dość trudne (śmiech). Dla nich taka estetyka na najwyższym poziomie jest trudna. Najważniejsze, że ma być zrobione dobrze i poprawnie, a jeśli ja wymagam jeszcze czegoś, co nie jest zwyczajne, to nie zawsze się to wiąże od razu z akceptacją.

Z jednej strony Pani zarządza, a z drugiej ma Pani duszę artystyczną!

Każda kobieta ma w sobie taką duszę artystyczną. Wszystkie lubimy piękną biżuterię, ładnie się ubrać… Jesteśmy kobietami. Ja w jednej sferze jestem bardzo kobieca, a w drugiej trzeba włożyć spodnie (śmiech).

Pani była kiedyś modelką. Mówi się, że modeling to seks, narkotyki itp. Czy Pani też się kiedykolwiek o coś takiego otarła?

Nie, szczerze mówiąc nigdy (śmiech). Pewnie, że coś takiego jest, pytanie, czy podchodzimy do tego rozsądnie. Wszystko jest dla ludzi, trzeba siebie znać. Jeżeli ktoś jest słaby, to niech lepiej nie próbuje – takie jest moje zdanie. Niech lepiej nawet nie próbuje alkoholu, bo można po jednym łyku zostać alkoholikiem. Jeśli ktoś ma do tego jakąś swoją ideologię i swoje zasady, to raczej nie zostanie wciągnięty w to zło.

Nie myślała Pani nigdy o tym, aby poważnie zająć się modelingiem?

Nie. Ja byłam wychowywana w przekonaniu, że uroda jest fajna i pomaga, ale przemija. Często  pracuję wykorzystując swój wygląd. Praca w telewizji, to nie jest tylko fonia, to raczej jest wizja. 90% przekazu jest niewerbalne, tylko 7% przekazu to jest słowo. Zróbcie sobie kiedyś test w domu, włączcie coś i wyłączcie dźwięk. Zobaczycie jak wiele można wyczytać z tego, jak się ktoś porusza, zachowuje itd. Kobiety mają to na najwyższym poziomie rozwinięte. Chociażby mamy…Przecież dziecko nie mówi prawie do 3ciego roku życia! Mama jednak wie, kiedy dziecko chce mleko, kiedy zrobiło kupkę, kiedy siku (śmiech) Mama wszystko wie!

Nie boi się Pani o swoją posadę? Tego, że przyjdzie ktoś młody, zdolny

Dlatego robię tak wiele rzeczy! (śmiech). Po to kończę studia doktoranckie, żeby w mojej karierze zajmować się właśnie edukowaniem. Po to też zajmuje się szkoleniami. Nie można zakładać, że przez całe życie będzie się robić to samo. Te czasy minęły, żebyśmy zaczynali pracę w jednej firmie i byśmy do 50tki, czy 60tki w niej siedzieli.

Jak wygląda Pani standardowy dzień?

Muszę wstać chwilę po 5tej, przygotować się do tego, co się dzisiaj wydarzy, przyjechać szybciutko do TVN, porozmawiać z synoptykiem, wziąć od niego dane i wejść na pierwsze spotkanie z prowadzącym poranek, czyli np. z Jarkiem Kuźniarem albo Marcinem Żebrowskim. Podczas takiego dyżuru, który trwa mniej więcej do 13-14, tych spotkań jest sporo i za każdym razem rozmawiamy na tematy pogodowe w Polsce. Prognoza pogody jest bardzo popularna, ludzie bardzo lubią oglądać pogodę, lubią wiedzieć, co się wydarzy. Oprócz tego, że prowadzę pogodę robiłam też swojego czasu mnóstwo magazynów sportowych i podróżniczych. Także tych różnych formatów poza pogodą i telewizją było bardzo dużo. Doświadczenie mam spore (śmiech) Teraz też pracuję nad kolejnym formatem, zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale na razie nic nie mogę wam zdradzić! (śmiech)

Czy są jeszcze jakieś rzeczy, których Pani nie zrobiła?

No pewnie! Mnóstwo! Na razie jednak, wstydem by było, gdybym powiedziała, że jestem niezadowolona. Wręcz przeciwnie – ja bardzo świadomie buduję swój wizerunek, świadomie aktywizuję się w jakieś działania, bo to są rzeczy, które są zgodne ze mną, które są dla mnie wyzwaniami, wymagają ode mnie pracy nad sobą. I przede wszystkim zawsze mają przynieść wymierne korzyści, a ja jestem po ekonomii! (śmiech) Jakkolwiek na te rzeczy, które robię nie patrzeć, to jednak tę praktykę i racjonalizm można znaleźć, jak chociażby w Ammadorze. Wiadomo, że to jest coś, co ja bardzo kocham, ale nagle się okazuje, że z czegoś takiego można zrobić fajny biznes. Myślę, że podchodząc tak do wszystkiego w życiu jest fajnie, bo oczywiście można wydać pieniądze na swoje pasje i nic z tego nie mieć, ale można też z tej pasji uczynić fajną formę pracy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nie czuję, że pracuję, bo tak tę swoją pracę lubię, tak się w niej realizuje, że ja nie czuję zmęczenia i to jest coś, czego życzę wszystkim.

Ma Pani jakieś takie hobby, o którym nikt nie wie? Np. słucha Pani ciężkiego metalu?(śmiech)

Bardzo się interesuję muzyką. Ostatnio mam taką zajawkę na muzykę niszową, polskie kapele np. Kamp. To grupa z Łodzi – rewelacyjne chłopaki! Teraz też np. byłam z Olivierem Janiakiem w górach, robiliśmy materiał i mi pokazał fajną muzykę polską – Fismol! Bardzo mi się spodobał klimat, ale ogólnie Kamp, naprawdę polecam! W ogóle nie brzmią po polsku, ale byłam na ich koncercie, kupiłam płytę i są super!

Koncertuje Pani?

Jasne, dużo! Chciałam iść na Backstreet Boys, ale miałam sesję zdjęciową do mojej książki, więc się nie wyrobiłam. Ale taki był plan żeby iść i powspominać stare, dobre czasy (śmiech) Byłam też ostatnio z córką na Macklemore, bo ona uwielbia jeździć na koncerty. Ma nawet założony zeszyt, w którym odznacza te, na których już była. Byłam też na koncercie Selah Sue, na Openerze, na koncercie Madonny w Berlinie, chociaż on mi się akurat nie podobał. Byłam też na koncertach jazzowych w Berlinie. Niedawno, gdy robiliśmy Projekt Zima, pojechaliśmy do knajpy pod Szczawnicą – takie miejsce, że nawet nie sądziłam, że może istnieć! Była to mała knajpa, w klimacie, w górach – przyjechała do niej grupa bałkańska! To było coś zupełnie innego, bo to się rzadko ogląda i to było dla mnie bardzo fajne doznanie artystyczne. Z polskiej muzyki bardzo lubię też klimaty Edyty Bartosiewicz, stare Varius Manx. Ostatnio też kupiłam płytę Dawida Podsiadło.

Będzie Pani chroniła córkę przed medialnym światem?

Moją córkę angażuję czasem w swoje różne zawodowe działania, bo ona jest dość ambitna. Zbiera na różne rzeczy, a w domu wychodzę z założenia, że jak jej dam na tacy, to jej nie zmotywuję do żadnych działań.

Kręci ją świat telewizji?

Chyba jak każdą nastolatkę. Wiele rzeczy jej się podoba, aczkolwiek ona bardzo fajnie do tego podchodzi. Nie chce być prezenterką, ona chce być chirurgiem urazowym. Mój tata jest kardiochirurgiem, więc cieszy mnie to bardzo. Oby w tym swoim postanowieniu gdzieś tam wytrwała. Zawsze się śmieję, że przez nią wszyscy będą chcieli chorować. Jest taka piękna, że każdy będzie się chciał u niej leczyć (śmiech).

Niewiarygodne, że ma Pani nastoletnią córkę!

Ja sama w to nie wierzę! Vanessę rodziłam na 5 roku studiów. Większość osób mówiła, że gdzie ja te studia ukończę, że nie ma takiej opcji, a ja się zaparłam. Stwierdziłam, że muszę mieć wyższe wykształcenie, że co ja mam dziecku powiedzieć, że nie skończyłam studiów?! To było tylko dla mnie motywacją do ciężkiej pracy. A czy ją będę chronić przed światem telewizji? Ja ją aktywizuję w różnego rodzaju działania, czasem nawet w akcje charytatywne, albo jakieś sesje zdjęciowe. Ona chce, ale podchodzi do tego bardzo praktycznie. Zdaje sobie sprawę, że ma urodę, która jej pomoże, ale to nie jest coś, co jest na zawsze. Wszystko w życiu kiedyś się kończy, więc trzeba mieć alternatywę chociażby w postaci świetnego wykształcenia, pomysłu na siebie – bez tego ani rusz!

Pani cały czas jest w formie!

(Śmiech) ja po prostu jestem szczęśliwą kobietą! Gdybym powiedziała, że jest inaczej, to bym po prostu skłamała.

Niewiele jest osób, które podchodzą do życia w tak pozytywny sposób jak Pani.

Ja lubię sobie żartować, lubię chodzić do teatru, a jak do teatru, to tylko na komedie. Słucham wiele opowieści, że ktoś był na ambitnej sztuce… Dla mnie życie jest tak ambitne, tak trudne, smutne i przykre czasami, że jeśli ja mam się jeszcze męczyć, to dajcie spokój! Np. w Teatrze Kwadrat, to ja już wszystkie sztuki obejrzałam. Nawet do mnie dzwonią i mówią, że nie ma już nic nowego (śmiech), ewentualnie coś, co nie jest komedią, ale ja wtedy odpowiadam, że tylko komedyjki i nic więcej! (śmiech) Dobry spektakl, który polecam, to Burdel Szopka. Dobry motyw bo, porusza temat gender. To jest trochę teatr, trochę kabaret i komentuje aktualne tematy związane z Warszawą. Ja ostatnio byłam i był pan gender, ubrany w rajstopy i sukienkę! Płakałam ze śmiechu! (śmiechu) A co do gender, przyszła do mnie ostatnio moja koleżanka rehabilitantka i opowiedziała mi taką sytuację… Jej klientka opowiadała, że zepsuł jej się komin i poszła go naprawić. Naprawiała, czyściła, umęczyła się 1,5h i idzie do kuchni, a tam jej facet stoi w fartuchu przy zlewie, gotuje obiad. Mówi mu, że super, że gotuje, ale że mógł jej pomóc z tym kominem, a on do niej się odwraca i mówi – „no co? Gender!” (śmiech).

” W ogóle nie marzyłam o tym, aby pracować w telewizji” – I część wywiadu z Omeną Mensah

Jest ekonomistką, byłą fotomodelką, napisała książkę, prowadzi szkolenia, uczy samoakceptacji, autoprezentacji, projektuje meble, a od lat, niemal każdego dnia, zapowiada prognozę pogody. I kto by pomyślał, że dawniej miała kłopoty z dykcją, a swoją telewizyjną przygodę rozpoczęła prowadząc program o zabarwieniu erotycznym? Prawie zapomniałyśmy… Od kilkunastu lat spełnia się w jeszcze jednej, najważniejszej dla Niej roli – roli Mamy.

O trudnych początkach, życiowym szczęściu, różnorodnych zainteresowaniach, pracy w telewizji i wielu innych, rozmawiałyśmy z najbardziej kolorową osobowością, jaką miałyśmy przyjemność poznać – Omeną Mensah.

Ukończyła Pani Akademię Ekonomiczną

Tak, teraz to już się nazywa Uniwersytet Ekonomiczny (śmiech) Po wejściu do Unii Europejskiej wszystkie akademie przemianowano na Uniwersytety. Obecnie jestem na studiach doktoranckich na SGH w Warszawie, na kierunku ekonomiczno-społecznym. Jako, że na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu ukończyłam zarządzanie, to idę dalej w tym kierunku. Oczywiście te zarządzanie będzie zahaczało o bazę mediów, w których siedzę od 11 lat.

Dlaczego zarządzanie? Interesował Panią ten kierunek?

To był najbardziej humanistyczny kierunek ze studiów ekonomicznych, jaki był możliwy (śmiech). Odnalazłam się w zarządzaniu, co wynikało z tego, że będąc w liceum uczono mnie tak naprawdę głównie praktyki i tylko trochę wiedzy merytorycznej. Pamiętam, że mieliśmy założoną taką firmę w liceum, gdzie każdy miał szansę startować do różnych jej działów. To było ćwiczenie, które trwało kilka miesięcy i każdy mógł zobaczyć w czym jest dobry, a w czym nie. Ja do dzisiaj wspominam, że to liceum mnie bardzo dużo nauczyło. Pokazało mi, że na pewno księgową nie będę, bo to za trudne dla mnie (śmiech). Natomiast pokazało mi też, że jak siedziałam w marketingu, to wymyślałam fajne strategie w tej naszej fikcyjnej firmie. Potrafiłam zarządzać ludźmi, potrafiłam się w tym świecie kreacji lepiej odnaleźć. Stąd też taka decyzja, żeby iść dalej w tym kierunku zarządzania, organizacji, marketingu. Dalej już na uczelni wybrałam europeistykę. Teoretycznie powinnam być dzisiaj dyplomatą, chociaż nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa! (śmiech)

Kiedy podjęła Pani studia ekonomiczne, myślała Pani, że przydadzą się one w pracy w telewizji? Co było najpierw marzenie o pracy w telewizji, czy ekonomia?

W ogóle nie było marzenia o pracy w telewizji, bo w życiu jest tak, że zazwyczaj rządzi nim przypadek. Jeśli my się do tego przypadku odpowiednio ustosunkujemy i odnajdziemy w tej sytuacji, bądź włożymy bardzo dużo pracy, to może nam się to spodobać. Stwierdziłam wtedy, że to jest fajny pomysł, że tak naprawdę chcę się dalej w tym kierunku rozwijać. A studia zarządzania mi w tym wszystkim pomogły. Po pierwsze, to jest nauka zarządzania, organizacji, współpracy z innymi, a to jest podstawa. Ogólnie studia, to jest świetna sprawa! Uczą nas systematyczności, zmuszają nas do czytania książek, których nie mamy ochoty. Wierzcie mi dziewczyny, że teraz z perspektywy lat, widzę jak bardzo mocno to wpływa na osobę pracującą w telewizji. Wiem, jakimi tematami z pogranicza charytatywności się zajmować. Większość znanych osób w Polsce zajmuje się tematami osób chorych, biednych, potrzebujących. Ja w swojej działalności chcę się skupić na ludziach, którym trzeba pomóc się edukować i rozwijać. Odnajdywać nawet nowe talenty, podnosić świadomość tolerancji w kraju, pokazywać, że to, że świat jest różny i każdy jest inny, nie znaczy, że jest zły.

W jaki sposób Pani pomaga?

Dokonałam ostatnio adopcji serca, czyli zaadoptowałam dziecko z kraju Trzeciego Świata! Czekam z utęsknieniem aż dostanę zdjęcie tej osoby. Wybrałam taką formę, bo tym tematem bardzo mało osób się zajmuje w Polsce. Wszyscy się skupiają na tym, co jest tak naprawdę medialne, umówmy się – bo to fajnie wygląda, jak się pomaga kiedy dziecko jest chore. Mało jest osób, które zajmują się tymi zdrowymi, zdolnymi, chętnymi do zmiany, które później będą leczyć te chore dzieci, będą leczyć nas, będą dla nas pracować. Ja w tym kontekście myślę bardziej globalnie. Może jestem mało polityczna… No ale cóż (śmiech)

Zastanawia nas jak się Pani znalazła w telewizji. Powiedziała Pani wcześniej, że to była kwestia przypadku. Jak wyglądała droga do TVN’u?

Pracowałam kiedyś jako fotomodelka. Byłam już na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i tak naprawdę  swoją karierę zawodową wiązałam raczej z pracą gdzieś w Unii Europejskiej – w jakiejś korporacji, czymś związanym z managementem, marketingem. Ale oczywiście jako otwarta dziewczyna prowadziłam swój pierwszy biznes – robiłam warkoczyki, dredy (śmiech). Miałam 3 Afrykanki, które były przeszkolone, jeździły po kilku salonach w Polsce i czesały dziewczyny. To była dla mnie fajna forma odnalezienia siebie. Później za zarobione pieniądze kupiłam klub w Poznaniu z dyskoteką i prowadziłam go przez dwa lata. Pojechałam pewnego dnia wraz z koleżankami na pokaz bielizny do Szczecina i wtedy ze strony mojej serdecznej koleżanki, z którą notabene współpracowałam, ponieważ miała ona też agencję modelek, powstała propozycja, czy nie chciałabym wziąć udziału w castingu do telewizji. Był problem, bo prowadziłam ten swój klub w Poznaniu i musiałam w weekendy siedzieć i pilnować pracowników. Na szczęście moja mama powiedziała, że będzie mnie wspierać – dwa tygodnie posiedzi tam ona, dwa tygodnie ja. Zdecydowałam się więc pójść na ten casting. Prawdę mówiąc, dopiero lądując tutaj w Warszawie, dowiedziałam się o co tak naprawdę chodzi w tym całym castingu i jaki to jest program.

Co to takiego było?

To był program o zabarwieniu erotycznym. Pamiętam, że to była najtrudniejszy lekcja autoprezentacji , jaką  przeżyłam przez ten rok czasu. Studentka, grzecznie ułożona dziewczyna, przyjeżdża do Warszawy, siada na kanapie i ma rozmawiać o miłości, seksie itd.

Czyli Pani dopiero siadając na kanapie dowiedziała się o czym będzie program?

Tak, dosłownie!

Nie chciała Pani uciec?

(Śmiech) Nie, zadzwoniłam do swojego chłopaka i powiedziałam: słuchaj…w tym programie chodzi o 0 700 i te sprawy… (śmiech) W życiu też jest ważne żeby otaczać się ludźmi, którzy mają trochę więcej doświadczenia od nas, od nich się uczyć i brać z nich to, co najlepsze. Pamiętam, że mój chłopak wtedy powiedział: ty się niczym nie martw, może to jest dopiero początek czegoś fajnego. Jak cię wybiorą, będziesz się martwiła. Tak też zrobiłam. Przyjechałam, usiadłam i tak się akurat zdarzyło, że poznałam wtedy żonę Liroya – Asię Krochmalską. Siedziałyśmy razem na kanapie i zaczęłyśmy normalnie rozmawiać jak dwie koleżanki – widząc się po raz pierwszy! Ogólnie znalazłam się w grupie 3 dziewczyn, które przeszły ten casting – dziewczyny się zjeżdżały z całej Polski, a ja byłam tak naprawdę najsłabsza. Najgorzej mówiłam, ale postanowiłam sobie, że będę nad sobą ciężko pracować, więc uczyłam się języka, czytałam bardzo dużo książek dotyczących tematyki psychologii człowieka, trochę erotyki itd. W tym programie było tak, że przychodziły do nas znane osoby – pamiętam, że pojawiła się Doda, Andrzej Nejman, Ania Przybylska… Każdy przychodził, siadał i rozmawiał na temat miłości, seksu, lekkiej erotyki itp. Dla mnie to była tak trudna szkoła. Po pierwszym roku pracy wiedziałam, że to na pewno nie jest coś, czym chcę się zajmować do końca swojego życia. Po tym roku pracy, poznałam starszego, bardzo sympatycznego pana, który podszedł do mnie i spytał, czy byłam na castingach do prowadzenia pogody.

Brzmi jak film!

Dokładnie, to było jak film! (śmiech) Zaświeciła mi się taka żaróweczka! O! To jest coś, co będę mogła robić wiele lat, to jest coś fajnego, co pozwoli mi zakończyć temat tego programu. Tak też się stało. Poszłam na ten casting i się okazało, że tym sympatycznym panem był Mariusz Walter – mój mentor, człowiek, który mnie wielu rzeczy nauczył jeśli chodzi o pracę w telewizji. Mogę być mu wdzięczna za wszystkie rozmowy, wszystkie nauki, słowa krytyki i pochwały dotyczące mojej pracy i całego rozwoju zawodowego.

Jak ten casting wyglądał? Nie miała Pani wtedy już problemów z dykcją i mówieniem?

Ależ oczywiście, że miałam (śmiech) Ja miałam ten problem dalej przez 3 lata i się zastanawiałam, jak to się stało, że teraz jestem tutaj, gdzie jestem (śmiech). Słuchajcie, te 11 lat mojej pracy w telewizji minęło jak pstryknięcie palcami! Dosłownie! Życzę wszystkim osobom, studentom, żeby w życiu mieli szanse spróbować czegoś, co wyda im się bardzo trudne, ale będą pewni, że ten trud się opłaca. Bo ta pewność dla mnie wtedy, że to jest coś fajnego, coś w czym mogę się rozwijać, coś w co chcę zainwestować swój czas, jest cenniejsza niż tysiąc innych super propozycji pracy. Ta pewność, to jest ta droga, którą powinniśmy kroczyć i tego naprawdę wam dziewczyny też życzę – żebyście w tej swojej drodze do dziennikarstwa, wiedziały w jakim kierunku chcecie iść. Dziennikarstwo to jest bardzo szeroka dziedzina, to jest lifestyle, to są poważne tematy, tematy związane ze sportem. Tutaj tak naprawdę zaczęła się ciężka harówka, bo prezenter pogody w 90% przypadków występuje na żywo. Nie ma miejsca na pomyłki, nie używamy promptera. Musimy też mieć orientację w terenie, znać się na geografii.

Czy Pani idąc na casting miała tę orientację w terenie? Znała się Pani na geografii?

Tak, dlatego że prowadząc życie modelki, musiałam często podróżować z mapą, co było bardzo praktyczną wiedzą – wierzcie mi (śmiech). Nawet jeżdżąc samochodem po Polsce, docierałam do różnych miejsc, w których później prowadziłam ten swój biznes z warkoczykami. Kiedyś nie było nawigacji, nie było telefonów, żeby sobie szybko trasę wklepać. No i tutaj zaczęła się ciężka praca nad sobą, nad autoprezentacją, nad wystąpieniami i nad stresem – to było najważniejsze.

Na początku był stres?

Stres jest zawsze. Nawet dzisiaj. Tylko, że to jest inny poziom stresu niż kiedyś. Przypuśćmy, że mamy skalę  od 1 do 10. Teraz jest na poziomie 1-2 przy pracy w telewizji, z kolei inny przy wystąpieniach publicznych. O tym też m.in. piszę teraz w swojej książce. Piszę odnośnie autoprezentacji, wystąpień publicznych, interpretacji człowieka, całej tej otoczki związanej z tym, że musimy każdego dnia się w jakiś sposób prezentować.

Dlaczego zdecydowała się Pani napisać książkę?

Ponieważ robię z tego szkolenia. Te 10 lat doświadczenia pozwoliło mi na to, żeby tak dużo wiedzieć na ten temat, być w tak różnych sytuacjach, w których konieczne było się odnaleźć, że myślę, że to jest wiedza, którą trzeba się podzielić, szczególnie z młodymi osobami. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że niestety żyją w XXI wieku i to jak się prezentujemy, w jaki sposób mówimy, jacy jesteśmy w stosunku do innych ludzi, jakie budujemy z nimi relacje, jest w 90% clue naszego bycia na tej planecie i naszego sukcesu. Jeżeli my się zamkniemy na świat, na innych ludzi, to niestety nigdy nie będziemy w stanie z tymi ludźmi współpracować.

Do kogo kieruje Pani swoje szkolenia?

Kieruję je głównie do kobiet. Teraz zaczęłam jeszcze współpracę z taką organizacją, której beneficjentki chcą coś w swoim życiu zmienić, albo np. w ogóle zdobyć pracę. Uczę tego, jak się do tego przygotować, bo to jest ciężka praca. Trzeba najpierw siebie polubić, siebie poznać, dowiedzieć się jakim jest się typem osobowości, co się lubi, jak rozpoznać po drugiej osobie, jaki jest jej typ osobowości, co ona lubi oraz jak czytać mowę ciała drugiej osoby. To jest niesamowita wiedza, która bardzo potrafi pomóc.

Pani jest także psychologiem!

Nie (śmiech), to jest czysta praktyka. To jest to, że ja bardzo lubię ludzi. Lubię ich obserwować, lubię z nimi pracować.

Czy ma Pani czasem takie momenty, że za chwilkę musi wyjść na wizję i uświadamia sobie, że nie jest wystarczająco przygotowana?

Po tylu latach, jak spojrzę na mapę to już wszystko wiem. To jest kwestia doświadczenia. 10 lat pracuję z synoptykiem, to są informację meteorologiczne, wiem co z czego wynika, wiem czym są dane sytuacje podyktowane. Oczywiście, to jest tak, że taka rozmowa z synoptykiem, który to przygotowuje jest konieczna, lecz nawet jeśli by się zdarzyło, że tego synoptyka nie ma, a ja mam jakiekolwiek dane np. z internetu – jestem w stanie je sama odpowiednio zinterpretować na tyle dobrze, żeby przekazać widzowi wiedzę konkretną, merytoryczną.

Pamięta Pani swoje pierwsze wystąpienie jako pogodynka?

Tak (śmiech) Przygotowywałam się do niego 3 miesiące, robiłam wiele prób. Pamiętam, że uczył mnie świętej pamięci prof. Młynarczyk, który uczył wtedy wszystkich prezenterów w Polsce od Lisa, przez Pochanke, Werner itd. Mówił mi zawsze, żebym się nie bała być sobą, że ten człowiek, w tym szklanym okienku ma prawo się pomylić. I nawet dobrze jeśli się czasem pomyli, bo wtedy widz wie, że to nie jest gadająca głowa, tylko człowiek. Akurat to mnie pocieszało, bo ja się wiecznie myliłam (śmiech)

Jak wypadł ten Pani pierwszy raz?

Jak teraz oglądam zdjęcia, to widzę, że byłam na maksa zestresowana i zastanawiam się, jakim cudem wpuścili to w ogóle na antenę (śmiech). To jest dowód na to, że naprawdę z takiej zakompleksionej, spokojnej dziewczyny, przez takie wyzwania można poznać siebie i przekraczać jakieś granice, które nam budują życie, albo my je sobie budujemy poprzez to, że nie chcemy czegoś zrobić, bo się tego boimy. Wszystko co nowe, jest dla nas czymś niedostępnym, nie wiemy jakiego kluczyka użyć, żeby otworzyć te wrota i wejść do tego pięknego pokoju.

Czy rozpoczynając pracę w telewizji zdawała sobie Pani sprawę, że będzie osobą publiczną?

Nie, ja szczerze mówiąc wtedy kompletnie o tym nie myślałam. Byłam tak skupiona na tym, żeby poprawić swoją autoprezentację, że w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Taki „boom” przyszedł po Tańcu z Gwiazdami. Ja jestem kolorową dziewczyną mieszkającą w kraju blondynek (śmiech) Jest jeszcze kilka innych kolorowych dziewczyn, lecz tak naprawdę od kilkunastu lat jestem konsekwentnie przy stacji TVN i lojalnie wykonuję swoją pracę, oprócz tego oczywiście rozwijam się też na innych polach zawodowych. Prowadzę swój własny biznes, robię szkolenia. Ale szczerze wymiar tej popularności, jaki daje telewizja  jest niesamowity. Teraz to jest kwestia tego, czy nam odwali palma, czy też jesteśmy przygotowani na to. Ja teraz piszę w swojej książce o wszystkich dzieciach talent show. To jest problem. To są osoby, które w ciągu kilku tygodni stają się bożyszczami społeczeństwa, wszyscy ich uwielbiają, kochają, dostają niesamowity zastrzyk adrenaliny, pożądania i uwielbienia, po czym ktoś z nich te powietrze spuszcza i zostają z niczym. O tym się nie mówi w kontekście telewizji, ale zobaczcie ile jest takich osób, które pamiętacie, które brały udział w takich programach? Jest ich niewiele, a brały udział dziesiątki. Co się teraz z nimi dzieje? To nie są kariery budowane latami, rok po roku. Są szczęśliwcy, którzy potrafią tę szansę wykorzystać, potrafią odnaleźć się w tym wszystkim i wiedzą,  jak dalej sobą pokierować. Natomiast jak czasami w życiu nie spotkamy odpowiednich osób, które nam wskażą drogę, albo nie posłuchamy mądrzejszych od nas, nie zamkniemy za przeproszeniem ryja, nie posłuchamy tego co mają do powiedzenia od nas lepsi, to nie ma szansy na to. Ja mówię, że ja się uczę zawsze od lepszych. Zawsze ktoś jest lepszy ode mnie, ktoś jest mądrzejszy, kto ma większe doświadczenie i może mnie czegoś nauczyć i ja zawsze to wykorzystuję.

Często osoby, które wygrywają talent show nie potrafią unieść tego ciężaru…

Dokładnie. To jest trochę tak, że są osoby stworzone do posiadania pieniędzy, są do nich przyzwyczajone, a są też osoby, które nigdy nic nie miały, nagle dostają nie wiadomo ile, ale i tak te pieniądze stracą. A to dlatego, że to nie jest nic zbudowanego konsekwentnie. Dlatego ja zawsze powtarzam wszystkim osobom, żeby budowały konsekwentnie swoje kariery, żeby miały z tyłu głowy informację – co będzie, jeśli byśmy stracili, to co teraz mamy? To jest też bardzo ważne.

Myśli Pani, że takie talent show są dla wszystkich, czy jednak są osoby, które nie powinny brać udziału w takich programach?

Wydaje mi się, że każdy talent się jakoś obroni, ale w życiu niestety poza talentem, ważniejsza jest ciężka praca nad sobą i szczęście. Zobaczcie jak wiele jest osób, które mają wielki talent, ile jest pięknych modelek, a tylko kilka robi wielką karierę. Ile też jest prezenterów, prezenterek, a tylko kilku coś sobą reprezentuje, coś robi. I tak jest w każdej dziedzinie.

„Kamienie na szaniec” – wywiady z bohaterkami filmu, Magdaleną Koleśnik i Sandrą Staniszewską

„Kamieni na szaniec” ciąg dalszy! :) Tym razem zapraszamy do przeczytania wywiadów, z tą drugą – żeńską połówką filmu, czyli Magdaleną Koleśnik (Monią) oraz Sandrą Staniszewską (Halą).

Magdalena Koleśnik – Monia

Foto: materiały prasowe                                                                               

Wcieliłaś się w „Kamieniach na szaniec” w postać Moni…

Zgadza się. Ten film opiera się jednak bardziej na chłopakach, niż na kobietach. Jest o ich męskim szaro-szeregowym świecie. Wydaje mi się , że w tym prawdziwym świecie, kobiety jednak odgrywały bardzo ważną rolę. Nie czuję się pominięta, nie czuję mniejszej roli z racji tego, że nie jestem główną osią wydarzeń. Zawsze miałam poczucie, że Monia jest bardzo potrzebna Rudemu, że przynosi mu słońce. Tak jak za oknem są wybuchy, umierają ludzie, tak Monia jest taką oazą. Faktem jest, że Monia to dziewczyna – wulkan, ale Rudemu jest przy niej dobrze.

Czyli Twoja postać jest po to, aby wspierać Rudego?

Tak myślę. Można walczyć zbrojnie , można walczyć też wspierając drugą osobę – to bardzo waleczne zadanie.

Jak się przygotowywałaś do tej roli? Chyba jako jedyna miałaś najmniej dokumentów i materiałów na temat swojej bohaterki…

Tak, rzeczywiście nie ma za wiele dokumentów o Marynie, chociaż jak się dobrze poszuka, to można coś znaleźć. Monia wydawała mi się niezwykle ciekawa, elektryzująca. Była akurat brunetką, ale myślę, że kolor włosów jest tutaj najmniej istotny. Z racji, że nie było tak dużo tych materiałów, mogłam puścić wodze fantazji. Moja postać była świetnie napisana w scenariuszu, więc wystarczyło tylko dodać coś od siebie i ją ożywić.

Pokazałaś na ekranie bardzo wiele emocji – płacz, cierpienie… Zastanawiam się, czy był moment, w którym nie grałaś, lecz były prawdziwe łzy i prawdziwy ból?

Miałam trochę czasu, od momentu, kiedy dowiedziałam się, że mam do zagrania Monię, żeby zrobić research, zdobyć informacje, przetrawić to. Ja tak buduję rolę, że filtruję materiał, a później filtruję wszystko przez siebie. Nie jestem w stanie tego zakłamać, bo ja to będę wykonywać. Te emocje zawsze są prawdziwe. Produkuje się w głowie okoliczności, posługuje się wyobraźnią. Wtedy człowiek na prawdę jest w stanie przenieść się w tamte realia. Do tego scenografia, charakteryzacja, to jak Rudy był zrobiony, a był totalnie zmasakrowany, to wszystko działało na wyobraźnię i wystarczyło tylko z tego skorzystać. Płakałam, krzyczałam, bo to się naturalnie pojawiało. Ta postać się we mnie zakorzeniła.

Ale miłość była już udawana…

Ja tę miłość akurat udawałam, ale np. wiele czerpałam z życia prywatnego. Jestem szczęściarą, że dotknęłam miłości, więc oczami wyobraźni może widziałam troszeczkę co innego (śmiech)

Jak dostałaś tę rolę?

Kończę teraz Krakowską Szkołę Teatralną, jestem na roku dyplomowym i zaczynam chodzić na castingi. Na ten zostałam zaproszona przez panią Małgosię Adamską, która robiła casting i dostałam tę rolę. Miałam do zagrania te ekstremalne sceny – z Halą i Zośką, kiedy go szantażowałam, że musi odbić Rudego. Miałam też scenę z pistoletem, kiedy zdecydowałam, że to ja zabiję tych wszystkich, którzy go katowali. Więc na dzień dobry były to rzeczy ekstremalne. Ale stawka była wysoka, a ja wierzę w to, że kiedy człowiek czuje, że to jest dla niego praca, to zadanie, to daje z siebie wszystko. Ja czułam, że ona czeka na mnie, więc warto było walczyć. To nie był tylko krzyk i darcie łacha (śmiech) Było też wiele przyjemnych emocji.

Jak Ci się podoba efekt końcowy „Kamieni…”?

Ja na to patrzę trochę jak na laboratorium. Porównuje swoje marzenie, swoje wyobrażenie z tym, co udało mi się uzyskać. Nie jestem obiektywna i nie potrafię powiedzieć, czy mi się podoba czy nie. Patrzę na to bardzo analitycznie, jestem za bardzo emocjonalna. Ciągle myślałam, że tutaj mogłam więcej, a tutaj mniej. Nigdy nie może być mowy o takim pełnym zadowoleniu z siebie na ekranie, ale polubiłam Monię i od momentu, kiedy mnie zafascynowała czytając scenariusz, nadal ją lubię. Zostałyśmy kumpelami (śmiech)

Myślisz, że młodzież byłaby w stanie zachować się dziś równie bohatersko, jak bohaterowie „Kamieni…”?

Ciężko mi stwierdzić, czy tak czy nie. Ja się urodziłam w ’90 roku, w wolnej Polsce. Nigdy na własnej skórze nie przeżyłam ekstremalnych, wojennych wydarzeń. Ciężko mi powiedzieć co by było. Chcę wierzyć, że zachowalibyśmy się godnie. Wychowujemy się w cieplarnianych warunkach, nie wiem czy nie byłoby tak, że mielibyśmy dwie lewe ręce. A może byśmy się zebrali, byli solidarni, udałoby się nam odzyskać wolność? Mam nadzieję, że się nie dowiemy, czy byśmy podołali czy nie. To, co się dzieje u sąsiadów jest dla mnie totalną abstrakcją i egzotyką. Dopóki nie zapuka to do naszych drzwi, to zawsze będziemy to wypierać. Wojna jest przerażająca…

Jakie są Twoje obecne plany?

Grałam epizod sanitariuszki Klary w „Mieście 44”, która będzie miała swoją premierę w sierpniu. Oprócz tego robię teraz dyplomy – jestem w trakcie przygotowania „Murzynów”, także zapraszam na mój dyplom do Krakowa. Oprócz tego gram akrobatkę, wnuczkę dyrektora cyrku, w teatrze Ateneum w Warszawie.

 
Sandra Staniszewska – Hala

Foto: materiały prasowe

Postać Hali, w którą się wcieliłaś była Twoim debiutem. Jak Ci się oglądało siebie po raz pierwszy na wielkim ekranie?

Teraz już dobrze, ale jeszcze przed premierą trochę się stresowałam. Teraz już czuję, że zrobiliśmy z chłopakami kawał dobrej roboty, że mamy świetną pamiątkę.. To jest film młodych ludzi, czyli tak naprawdę nasz film. I to jest super, że nawet jeśli się zadebiutuje jakimś małym epizodem, albo rolą drugoplanową, to jest to jakaś nasza wspólna, fajna praca, która pozostanie Polakom w pamięci na bardzo długo i pozostawi jakiś materiał wychowawczy.

Jak Ci się podoba efekt końcowy?

Ciężko jest mi go ocenić, bo pierwszy raz go oglądałam i bardzo emocjonalnie do tego podeszłam, ale mogę powiedzieć, że ten film trafia do bardzo różnego grona odbiorców. Podczas emisji miałam przyjemność siedzieć pomiędzy 70-letnią kobietą, a 14-letnią dziewczynką. Wszystkie trzy wyszłyśmy zapłakane z kina i bardzo przeżywałyśmy wszystkie sceny podczas seansu. Często podobnie reagowałyśmy, więc cieszę się, bo od tego zależy, czy dzieło artystyczne ma sens. Trafia ten film do odbiorcy i ewidentnie do każdego pokolenia, więc jestem z tego bardzo zadowolona.                                            

Jak się przygotowywałaś do swojej roli? Była ona bardzo emocjonalna…

Hala cały czas gdzieś walczyła… Dla mnie najważniejszym punktem było to, żeby nie wystraszyć Zośki. Gdybym była kobietą, która była bardzo emocjonalna, bardzo kochliwa, bardzo zaborcza, to on by się ze mną w życiu nie zadał. Ja byłam na poziomie chłopaków, kiedy byłam twarda, pozwalałam mu chodzić na te akcje, kiedy go wspierałam i towarzyszyłam mu podczas zadań, to wtedy był blisko. Na tym mi zależało, żeby dopuścić do jakiejś kwestii przyjaźni, rozmowy z drugim człowiekiem, na poziomie kumpla, a nie kochanki bądź nieświadomej dziewczyny. To była bardzo świadoma kobieta, lojalna, wyrozumiała, wspierająca i niezwykle wrażliwa.

Czy były takie momenty, kiedy te Twoje emocje były prawdziwe, niekoniecznie zagrane?

Wszystko było prawdziwe. Jak weszłam w rolę Hali, nie miałam problemu, jeśli chodzi o kwestię prawdy. Bardzo łatwo było to sobie wyobrazić, przez to, że tworzyliśmy wspólnie klimat tego filmu. Na planie była odpowiednia muzyka, scenografia i reżyser, który bardzo fajnie się odnosił do tamtych czasów i jeżeli chodzi o kwestię prawdy, to nie czuliśmy żadnych zakłamań. Były trudne emocje do wydobycia…

Bardzo to widać, że są prawdziwe…

My tego nie odgrywaliśmy. Te emocje się działy. Miałam scenę, kiedy mój chłopak chciał popełnić samobójstwo. Weszłam do łazienki, gdzie siedział z pistoletem… Jeżeli spotyka Cię coś takiego naprawdę, to jest to niezwykle emocjonalny moment w życiu. Nie jesteś w stanie sobie tych emocji wyobrazić. One po prostu się wydarzały, tam nie było nic reżyserowane. Nie było tak, że reżyser mówił, że tam mam płakać. Nie – po prostu miałam reagować, tak jak Hala by zareagowała w tym momencie…

Jaka jest rola kobiet w tym filmie?

Bardzo duża. W książce jest skupiona na chłopakach. Jeżeli by popatrzeć szerzej, mówi się o „Powstańcach”, a nie „Powstankach”. To jest kojarzone z rodzajem męskim, co jest interesujące, bo kobiety miały bardzo duży udział w Powstaniu. To one przekazują tę historię dalej, to one tak naprawdę w tym momencie, we wszystkich wspomnieniach opowiadają tę historię. Cudowne jest to, że żadna nie przedstawia siebie w roli bohaterki, tylko swoją koleżankę. To jest bardzo interesujące że one były na tyle skromne, na tyle szczęśliwe, że przeżyły, na tyle wspierały się na wzajemnie, że niosą tę historię. Pomagały organizować chłopakom akcje, przekazywały informacje, dbały o ich mundury, przyszywały im guziki, gotowały im obiady. Kamuflowały tajne akcje swym wyglądem. W momencie przygotowywania się do filmu, znalazłyśmy z Magdą (filmową Monią), bardzo dużo inspiracji, kim były te kobiety. Film niestety trwa ile trwa, a reżyser zrobił ten film o mężczyznach, a kobiety były po to, by ich wspierać, były przy nich cały czas.

Jak Ci się współpracowało z całą ekipą?

Bardzo dobrze, bardzo się zżyliśmy na planie. Jesteśmy w podobnym wieku, przyjaźnimy się. Mówimy do siebie pseudonimami z filmu, więc to też gdzieś zapadło w naszych sercach. Z reżyserem i operatorem też była świetna atmosfera, to samo z całą ekipą techniczną. Na prawdę, nie było ani jednej sytuacji, z której mogłabym być dzisiaj niezadowolona albo mogłabym mieć o coś żal. Wszystko było bardzo profesjonalne.

W okresie kręcenia filmu, nie raz musiałaś z planu jechać prosto na uczelnię i na odwrót. Jak Ci się udawało „wyjść” z tej roli?

Siedziała ta postać cały czas w mojej głowie… Gorzej było z moim ciałem, musiałam je później rozedrgać. Często przed jakąś sceną krzyczałam, albo prowadziłam monologi wewnętrzne, żeby uruchomić ciało na zasadzie jakiejś kwestii niebezpieczeństwa, czy krótkiego spięcia.

Teraz już chyba wyszłaś z roli Hali?

Wczoraj się to we mnie obudziło, bo obejrzałam film i mi się wszystko przypomniało. Ukłuło mnie to jeszcze i myślę, że dziś też będę jeszcze „nosić Halę ze sobą”. Ta Hala będzie jeszcze ze mną, ale na pewno to nie jestem ja, więc czas też ponownie wrócić do Sandry, która jest zupełnie inna od mojej bohaterki. Ale bardzo się cieszę, że miałam przyjemność zapoznania się z taką postacią i zaprzyjaźnienia się z nią wewnętrznie.