„Noc Walpurgi”, czyli walka z demonami przeszłości.

Fot. Materiały prasowe

Noc z 30 kwietnia na 1 maja. Szwajcaria. Garderoba teatralna, a w niej śpiewaczka operowa, diwa Nora Sedler (Małgorzata Zajączkowska). Pod masywnymi, drewnianymi drzwiami przypominającymi wejście do komnaty czeka prawie 30 lat młodszy, przystojny blondyn Robert (Philippe Tłokiński). Zdradza widzowi, że marzy o zrobieniu wywiadu z artystką, ta jednak mu odmawia nie wiedząc jeszcze, że zmieniając za chwilę swą decyzję na zawsze odmieni ich życie…

 Nigdy bym nie przypuszczała, że będzie mi kiedykolwiek dane pójść na wielką premierę filmu, w którym w jedną z wiodących ról wcielał się będzie mój znajomy. Kiedy jadąc tramwajem mijałam warszawskie ulice ozdobione plakatami, na których widnieje jego twarz, nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę on. Od tego momentu obgryzając paznokcie wyczekiwałam tego wielkiego dnia, jakim była premiera filmu. Choć nigdy nie wątpiłam w jego talent (w końcu widziałam go już na deskach teatru i w serialach) zupełnie nie spodziewałam się co mnie spotka kiedy zasiądę w kinowej sali i zacznie się projekcja. Tym bardziej, że zwiastun (jak również opowieści Philippe o filmie) sugerowały, że do najłatwiejszych w swym gatunku  to on na pewno należał nie będzie.

Fot. Robert Jaworski

Akcja „Nocy Walpurgi” rozgrywa się praktycznie cały czas w garderobie teatralnej pomiędzy dwoma bohaterami – diwą Norą Sadler a dziennikarzem Robertem. Obraz skąpany jest w biało-czarnych barwach. Te trzy elementy, na które składają się: miejsce, dwójka aktorów i kolor filmu zwiastowały jak dla mnie brak akcji, monotonię i jakąś taką… melancholię. Czyli coś za czym raczej nie przepadam jako widz. Jakże bardzo się myliłam!Od momentu kiedy Robert przekroczył próg garderoby, siedziałam do samego końca filmu jak na szpilkach. Nie zabrakło w nim absolutnie niczego. Począwszy od psychodelicznej akcji, erotycznego napięcia sukcesywnie budowanego przez obie postaci, poprzez niebanalne, starannie według mnie wyselekcjonowane dialogi przeplatane w piękny sposób  wierszem, tańcem i muzyką. Film został zrobiony w stu procentowo artystyczny sposób, który pokazał niezwykłą duszę obojga bohaterów, którzy usilnie próbują zdemaskować wszystkie swoje demony przeszłości.

Fot. Robert Jaworski

„Noc Walpurgi” niezwykle mnie zaskoczyła, tym bardziej, że kiedy w połowie filmu próbowałam odgadnąć jakie będzie zakończenie, ono okazało się być zupełnie inne i ostatecznie pozostawiło mnie wbitą w fotel ze słowem (przepraszam) „o ku*wa”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego co zobaczyłam i bez wazeliny, czy koleżeńskiego klepania po plecach przyznam, że to jeden z najciekawszych, najdziwniejszych (w pozytywnym znaczeniu) i najbardziej intrygujących filmów jakie było mi dane kiedykolwiek zobaczyć. Jest to teatralny wytwór przypominający mi spektakle Krzysztofa Warlikowskiego. Nie żałuję ani minuty seansu i nie mogę się doczekać kiedy powrócę do tego dzieła, bo tak według mnie powinno się mianować ten film.

Fot. Kuba Laskowski

Ściągam z głowy czapkę i składam pokłony w kierunku reżysera Marcina Bortkiewicza, niesamowitej Małgorzaty Zajączkowskiej i debiutującego w głównej roli na wielkim ekranie, naszego zdolnego kolegi Philippe Tłokińskiego. „Noc Walpurgi” to kunsztowna produkcja, która pomimo czarno – białych barw, w piękny sposób koloruje drzemiącą w każdym z nas artystyczną duszę.

Fot. Materiały prasowe/ Aurora Films

Fot. Materialy prasowe/ Aurora Films

Fot. Materiały prasowe/ Aurora Films

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>