Niezwykła podróż do świata „Frankensteina” w reż. Bogusława Lindy

Fot. Krzysztof Bieliński

Fot. Krzysztof Bieliński

Jestem w szoku. Jestem w absolutnym szoku przez to, co zobaczyłam. Od dzieciaka byłam zauroczona Bogusławem Lindą lecz teraz mogę powiedzieć, że go naprawdę kocham. Sztuka „Frankenstein” w jego reżyserii, która miała ostatnio swą premierę to absolutne dzieło. Przez prawie trzy godziny siedziałam z otwartą paszczą, a moje ciało pokryte było gęsią skórką od stóp aż po sam czubek głowy. Były momenty przerażenia, czasem robiło mi się nawet niedobrze, ostatecznie jednak wyszłam ze łzami w oczach, tak wiele było w niej wzruszających momentów…

 Historii Frankensteina chyba nie muszę przedstawiać. Każdy na pewno czytał, widział, albo chociaż o niej słyszał. Szalony naukowiec postanawia z martwych ludzkich szczątków stworzyć człowieka. Niestety jego dzieło jest niezgodne z jego oczekiwaniami – jak sam twierdzi stworzył potwora, przed którym ostatecznie ucieka. Problem w tym, że potworem tak naprawdę jest… on sam. Postać, której dał życie okazuje się, że jest tak samo jak my – zwyczajni ludzie, wrażliwa na wszystkie zmysły oraz ma duszę i uczucia. Nieustannie szuka miłości, jednak przez swój odrażający wygląd jest szykanowana, bita, wypędzana. Każdy widząc ten twór ucieka z wrzaskiem. Każdy, oprócz pewnego ślepego starca (Jerzy Radziwiłowicz), który dostrzega w nim dobrego człowieka i postanawia mu pomóc. Tłumaczy funkcjonowanie świata, uczy mówić i czytać. Dzięki niemu postać zaczyna myśleć i być niezwykle inteligentna. Prowadzi to do jego zemsty nad Victorem Frankensteinem, któremu zabija dwóch członków rodziny. Wszystko to spowodowane jest nienawiścią, jaką darzyli go wszyscy ludzie, oraz tym że naukowiec – ktoś kto go stworzył, kogo mógłby nazwać swoim ojcem, z obrzydzenia i przerażenia go zostawił.

Fot. Krzysztof Bieliński

Pierwsza scena powaliła mnie na kolana. Scenografia na miarę porządnego horroru, na scenie wielki stelaż jak do tortur, a do niego przywiązana za ręce i nogi, pół naga, cała w bliznach i krwi wijąca się postać. Do tego muzyka – dudniące bębny, momentami uderzenia piorunów połączone z dźwiękiem szarpiącego i jęczącego potwora, któremu ledwo co udaje się uwolnić  jedną rękę. Tuż po tym zaczyna się on kręcić wokół własnej osi, a na jego głowę spływa fontanna krwi. Walą pioruny, gasną światła, zapalają się, gasną i znów się zapalają – postać leży na ziemi. Zaczyna się nieudolnie czołgać w kierunku widowni, a na mojej twarzy maluje się coraz większe przerażenie. Nie sądziłam, że będzie mi dane kiedykolwiek oglądać takie rzeczy na żywo. Uwierzyłam w stu procentach, że to nie jest żadna fikcja i dosłownie zaczęłam się bać wmawiając sobie w kółko, że to tylko spektakl, a potwór to tylko Eryk Lubos. Na marne. Aktor zrobił kawał tak doskonałej roboty, że chętnie wręczyłabym mu wszystkie statuetki rozdanych ostatnio Oscarów.

Fot. Krzysztof Bieliński

W trakcie sztuki, potwór etapami przechodził metamorfozę. Obserwowaliśmy go jak niczym małe dziecko stawia pierwsze kroki, wymawia pierwsze słowa i staje się coraz bardziej podobny do nas samych. Co za tym idzie – coraz bardziej potrzebuje uwolnić się od samotności i poczuć miłość. Lecz kiedy wokół niego krąży jedynie ludzka nienawiść i strach, powoduje to, że i on sam przestaje szukać uczuć u ludzi. Zaczyna się przed nimi ukrywać i nie chce by na niego patrzyli. Tych, którzy zaszli mu za skórę – zabija. Do Frankensteina udał się w tym samym celu. Chciał pomścić jego odejście. Poprosił go jednak najpierw by ten stworzył mu kobietę. Taką jak on. Tak samo straszną, z którą będzie mógł opuścić kraj i zaszyć się gdzieś w lesie rzucając się w wir miłości. Victor go jednak oszukał i spełniwszy jego prośbę, odebrał mu ukochaną. Ostatecznie postać pełna nadziei znów została sama.

Fot. Krzysztof Bieliński

W rolę szalonego naukowca wcielił się Wojciech Zieliński. Osoba idealnie dobrana, niesamowicie wiarygodna i co ciekawe – tuż po premierze, podczas bankietu podsłuchałam, jak zdradza komuś, że wciąż nie może wyjść z roli. To właśnie on ostatecznie okazuje się być prawdziwym potworem. Zaniedbał rodzinę, swą przyszłą żonę, nie przejawiał żadnych ludzkich uczuć. Jego serce było z lodu, a w oczach miał obłęd skupiający się na eksperymentach i coraz to nowszych odkryciach. To on zniszczył życie, któremu dał początek. To właśnie przez niego, zginęło tak wiele ludzkich istnień.

Fot. Krzysztof Bieliński

Moje serce zdobyły również role kobiece. Niesamowicie odważne, niejednokrotnie nagie, prezentujące swoje wdzięki wyginając swe ciało na scenie. W spektaklu nie brakowało też motywu seksu przyszłej żony Victora (Katarzyna Zawadzka) z potworem. Było to bardzo mocne, w szczególności, że nie był to zwykły seks lecz gwałt zakończony zabójstwem. Wszystko, co widziałam w sztuce było  niezwykle realistyczne i musiało wymagać od aktorów ogromnych nakładöw pracy. W tym również rola Katarzyny Zielonki, która zagrała stworzoną dla monstrum kobietę. Opleciona stalowymi łańcuchami, została uniesiona ku górze, gdzie wiła się nieudolnie próbując się uwolnić. Wyglądało to boleśnie i nie zdziwi mnie jeśli takie też właśnie było. Oprócz tego typu efektów specjalnych, mogłam również zobaczyć latającego Eryka Lubosa, który przyczepiony do lin wyskoczył wysoko do góry i przeleciał przez całą scenę. Włosy stawały mi dęba i zastanawiałam się co będzie dalej.

Fot. Krzysztof Bieliński

Fajnym elementem było też wprowadzenie prawdziwych pochodni. Aktorzy wymachując ogniem momentami zbliżali się z nimi do siebie, co wyglądało bardzo niebezpiecznie. Dodatkowo realizm sztuki podkręcały zapachy. Nie wiem, czy to był efekt placebo, przez to co się dzieje na scenie, czy rzeczywiście Linda zadbał o to, żeby poruszyć prawie wszystkie ludzkie zmysły. Czułam jednak zapach palonego drewna, burzy, smród potwora, a kiedy w sztuce był okres zimy i sypał śnieg, autentycznie robiło mi się chłodniej. To była niezwykła podróż, która poruszyła całym moim ciałem i umysłem. Nigdy dotąd nie przeżyłam czegoś podobnego.

To nie jest zwykła sztuka, to niezwykłe dzieło. Podczas niego jest się przerażonym, obrzydzonym, złym, a później smutnym. Choć początkowo trudno w to uwierzyć, samotność i ból monstrum tak chwyta za serce, że ma się ochotę momentami wejść na tą scenę i go po prostu przytulić. To było piękne, prawdziwe i z przesłaniem. W dzisiejszych czasach postać potwora może być idealnym symbolem ludzi pokrzywdzonych przez okrutne choroby, którzy być może niejednokrotnie czuli się dokładnie tak samo jak on. Na miłość zasługuje każdy. Bez względu na to jaką ma płeć, czy jest zwierzęciem, czy istotą ludzką, czy jest piękny, czy brzydki, zdrowy czy chory. Każde pragnące miłości istnienie zasługuje na to by być kochanym. I myślę, że każdy po obejrzeniu tej sztuki, spojrzy nieco inaczej na otaczającą go rzeczywistość.

Fot. Krzysztof Bieliński

Wielkie brawa i ukłon dla Bogusława Lindy za stworzenie czegoś tak niezwykłego. Wielkie brawa też dla Eryka Lubosa za wykreowanie tak skomplikowanej i trudnej postaci, a także dla całej reszty obsady za doskonałą grę, która pozwoliła wprowadzić mnie w ten niesamowity świat głównego bohatera.

Idźcie na „Frankensteina” do Tatru Syrena. Naprawdę warto.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>