„Gdyby nie aktorstwo, byłbym psychologiem zwierzęcym” – II część wywiadu z Wojciechem Medyńskim

Byłbyś w stanie wziąć rolę, która nie do końca Ci się podoba, jest nawet niszowa, ale dobrze dzięki niej zarobisz?

Pierwsza zasada – nigdy nie mów nigdy. Nie wiadomo, czy nie będę miał kiedyś sytuacji, że naprawdę nie będę miał co robić. Jak każdy mam kredyty, co miesiąc robię opłaty i muszę myśleć o tym, jak na to zarobić. To jest jedna rzecz, a druga to kwestia podejścia. Ja wychodzę z założenia, że każdą rolę jesteś w stanie wybronić. Możliwe, że będzie wymagała większego nakładu pracy, żeby uwiarygodnić postać. Nie zawsze jednak dobra rola przekłada się na dobry serial czy film. To wypadkowa pracy wielu ludzi. Mogę być odpowiedzialny tylko i wyłącznie za to, co sam robię. Kocham swoją pracę i wiem, że daję z siebie najwięcej, ile mogę, czy to wychodząc na scenę, czy pracując przed kamerą.

A chałtury?

Chałtura jest wg mnie wtedy, kiedy ty tak traktujesz powierzoną ci pracę. Czy jeśli śpiewam piosenki w supermarkecie, tylko dlatego, że robię to dla ludzi, którzy przyszli na zakupy, mam to robić byle jak? To ode mnie zależy, na ile profesjonalnie do tego podejdę. Pracuję w branży rozrywkowej, raz rozrywka może być na wysokim poziomie artystycznym, ale czasem chodzi tylko o to, by było miło, przyjemnie i zabawnie. Jest szeroki wachlarz możliwości w tym zawodzie, nie tylko teatr czy film, ale też udział w teledyskach, pokazach mody, prowadzenie imprez, itd. Ważne, by do każdego zadania podchodzić profesjonalnie i być przygotowanym „do roli”.

Dlatego też wybrałeś aktorstwo, a nie taniec?

Dokładnie tak. W dzieciństwie tańczyłem w zespole, brałem udział w spektaklach tanecznych i bardzo mi się to podobało. Przed wyborem szkoły teatralnej i aktorstwa myślałem o zawodzie tancerza. W drugiej klasie jednak miałem kontuzję, skręciłem nogę i miałem problem z kolanem… Wówczas uświadomiłem sobie, że jedna, nawet mała kontuzja może przekreślić całą moją karierę i już nigdy nie zatańczę. Pozostanie mi tylko uczyć tańca. Było to zbyt ryzykowne, z kolei w aktorstwie jestem w stanie połączyć wszystkie rzeczy, które lubię robić.

Walczyłeś kiedyś o role kinowe?

Tak, do „Quo Vadis” (śmiech) To miała być rola Winicjusza, którą dostał Paweł Deląg.

Czyli główna…

(śmiech)

Oj, Paweł Deląg Cię wygryzł?

(Śmiech) Tak lubią to przedstawiać tabloidy, ale to po prostu prawidła rynku. Paweł Deląg już wtedy był znany, miał nazwisko. Przy tego typu produkcjach, rzadko który producent zaryzykuje i weźmie kogoś, kogo ludzie nie znają.

Umówmy się „Quo Vadis” był wieki temu. A teraz?

Miałem propozycję głównej roli w bollywoodzkim filmie, tylko, że to się okazało wkrętką do programu „Na językach”. A tak serio – produkcji nie jest zbyt wiele, oczywiście kiedy jestem zapraszany, chodzę na castingi, jednak najwięcej czasu poświęcam teatrowi. Uważam, że jeśli jest mi pisana rola w filmie czy serialu, to po prostu ją dostanę.

Czyli albo dostaje się zaproszenie na casting, albo te główne role gdzieś tam… uciekają?

Jak już mówiłem wcześniej, główne role proponuje się aktorom, którzy są już popularni. To wydaje z punktu widzenia producenta bezpieczniejsze, ale też powoduje, że w polskich filmach widzowie oglądają w sumie ciągle te same twarze. Nie można mieć do nich pretensji – trudno, żeby nie przyjmowali propozycji, skoro je dostają.

W jaki sposób nowi aktorzy mają mieć nadzieję na główne role?

Są różne sposoby (śmiech). A tak na serio – nie ma na to recepty. Zdolnych aktorów jest więcej niż głównych ról. Potrzebny jest też łut szczęścia, czasem to kwestia przypadku, sprzyjającego zbiegu okoliczności. Nie zmienia to faktu, że trzeba ciężko pracować i robić to się kocha, najlepiej jak się potrafi, wierząc, że reżyserzy czy producenci w pewnym momencie to dostrzegą. Nie zapominajmy też, że nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych, gdzie produkuje się kilkaset filmów i seriali rocznie.

A promowanie się np. poprzez bywanie na salonach?

Ja swego czasu, jakieś 4-5 lat temu jeszcze chodziłem na imprezy, ale nigdy nie potrafiłem podchodzić na nich do osób, które mogły potencjalnie dać mi pracę. Wciskanie komuś mojej wizytówki, której nota bene do tej pory nie mam, nie leży w moim charakterze. Możliwe, że te imprezy komuś coś przynoszą – mnie nie. Ja wolę robić swoje i mam nadzieję, że z czasem to zaprocentuje i nawet przez przypadek, jedna, druga, trzecia osoba, zobaczy mnie na scenie i może komuś przyjdzie do głowy – a spróbujmy. Ale bez ciśnienia. Teatr zawsze był, jest i będzie najważniejszy dla mnie. I póki mogę w nim funkcjonować, daje mi on to, że mogę spokojnie kłaść się spać i wiedzieć, że mam rano na przysłowiowy chleb, to ja więcej nie potrzebuję. Owszem mam apetyt na granie, ale nie za wszelką cenę.

Oglądasz telewizję?

Od 7 lat sporadycznie. Mam telewizor, ale oglądam na nim głównie filmy i seriale, i to najczęściej na DVD. Telewizja mnie zmęczyła, zwłaszcza natłok tematów politycznych, dyskusji, debat, z których nic konkretnego nie wynika. Nie chce się denerwować i tracić czasu na słuchanie ciągłych przepychanek osób, którzy nie mają nic konstruktywnego do powiedzenia, za to mają ogromne parcie na szkło. Fakt, że ludzie to oglądają, tylko ich utwierdza w przekonaniu, że postępują słusznie. Przez taką politykę stałem się całkowicie apolityczny. Poza tym, uważam, że jest wiele innych, fascynujących zajęć niż siedzenie przed telewizorem. Wolę iść na 8 godzin prób improwizacji.

Jesteś totalnie atelewizyjny i apolityczny.

Staram się unikać powodów do zdenerwowania (śmiech).

Jak się odnosisz do programów jak Taniec z Gwiazdami, Jak Oni Śpiewają. Sam brałeś w nich udział. Oglądałeś je?

Wielu może uważać, że te programy są miałkie i mają niski poziom artystyczny, ale ja tak nie myślę. Nie można generalizować. Najczęściej zresztą twierdzą tak ci, którzy nigdy w nich nie wystąpili. Nie można potępiać w czambuł. Trzeba przyznać, że te programy mają też pozytywny przekaz. Pokazują ludziom, że warto podążać za marzeniami, ćwiczyć, trenować, pracować nad sobą. Pokazują, że mamy w Polsce wiele zdolnych osób. Dla mnie, aktora, udział w „Jak oni śpiewają” był jak egzamin ze śpiewania. Poza tym byłem ciekaw, jak poradzę sobie ze stresem, mając świadomość, że ogląda mnie 5 milionów osób i wiedząc, że jest to program live, w którym nie ma szansy na powtórkę, jak coś mi nie pójdzie. Wystawienie się na krytykę, czasem miażdżącą, to jest ryzyko, które każdy uczestnik podejmuje. Tak się zdarzyło na przykład jednej z koleżanek z branży w Opolu i wyobrażam sobie, jak ogromny musiał być to dla niej stres.

Ale też wiedziała, na co się pisze…

Teoretycznie tak. Ja też to wiedziałem. Pamiętam adrenalinę i ogromny stres, jaki mi się udzielił w tym programie. Na pewno było to dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Niezależnie jak mój udział w „Jak oni śpiewają” komentowali niektórzy, nie mam sobie nic do zarzucenia. Generalny wydźwięk był dla mnie pozytywny i uważam, że był to program na poziomie. Takie formaty mają jednak określony czas życia i w pewnym momencie trzeba znaleźć inną formułę.

Ale przecież takie programy są też dzisiaj… Każdy chyba znajdzie coś dla siebie.

Na pewno. Wszystko jest rzeczą gustu, a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Moja droga zawodowa ułożyła się jednak tak, że teraz więcej angażuje się w teatr. Nie śledzę tego typu produkcji. Może czasem coś obejrzę w internecie. Jest dużo rzeczy, którymi karmią nas media i trzeba świadomie to selekcjonować. Nie chce, żeby ktoś „czesał” mi mózg swoją wersją zdarzeń. Wolę weryfikować to na swój sposób, drogami, które sam znajdę. Jeśli popełnię błąd, to będzie to mój błąd. Tak wolę.

Gdyby jednak nie aktorstwo, to co byś robił?

Behawioryzm zwierząt. Mówię serio. Psycholog zwierzęcy.

A z tego da się w ogóle żyć?

Nie wiem. A z aktorstwa się da? (śmiech). W żadnej profesji nie ma gwarancji. Psycholog zwierzęcy to zawód bardziej popularny zagranicą niż w Polsce, ale mam nadzieję, że i u nas się rozwinie. Coraz więcej osób ma zwierzęta, a niewiele ma odpowiednią wiedzę, przez co nieświadomie popełnia wiele błędów. Stąd potem zachowania zwierząt, które mogą być kłopotliwe. Zwierzęta też trzeba wychowywać, umiejętnie się zachowywać, reagować, zapewnić odpowiednie warunki. Np. nie każdy ma świadomość, że mając kota, trzeba zorganizować mu miejsce, gdzie nikt nie będzie mu przeszkadzał, łaził nad jego miską, bo to powoduje u niego stres. Psu z kolei to już nie przeszkadza. Takie małe rzeczy wpływają na to, czy to zwierze jest rozdrażnione czy nie. Zaobserwowałem np. taką sytuację u moich znajomych: mieli kota, spodziewali się dziecka i uznali, że kot nie będzie już wchodził do ich sypialni. Tak źle znosił zamykanie mu drzwi przed nosem, że wylądował u weterynarza – bardzo poważnie podupadł na zdrowiu. To wszystko jest kwestią świadomości, z jaki zwierzakiem mamy do czynienia. Każde zwierzę, tak jak człowiek, ma inną wrażliwość i charakter. W takich sytuacjach jest potrzebny właśnie behawioryzm, czyli umiejętność czytania zachowania zwierząt.

Ty się jakoś zagłębiasz w tę wiedzę?

Nie jestem ekspertem, ale od dziecka mnie to kręci. Mogę godzinami oglądać programy o zwierzętach. Uwielbiam filmy o rekinach, lwach… właściwie o wszystkich gatunkach. Jak zobaczyłem faceta, który żyje z lwami… to poczułem zazdrość! Pomyślałem nawet, że gdybym mógł się z nim zamienić, to z chęcią bym to zrobił.

Zastanawia mnie co Cię tak w tym kręci?

(śmiech) Zawsze tak miałem. Świadomość, że możesz pomóc zwierzakowi, bo potrafisz odczytać jego zachowanie, zrozumieć co może czuć i myśleć… To jest niesamowite, a do tego możesz dać kilka wskazówek właścicielowi, co robić a, czego nie, żeby poprawić sytuację, a przynajmniej jej nie pogarszać. Jeśli chodzi o koty, mam nawet swoją teorię – możliwe, że zostanie niebawem obalona (śmiech), ale ja nie wierzę w ich złośliwość. Uważam, że to zwierzęta, które mają rozumienie i emocje, ale te podstawowe i głównie kierują się instynktami. Złośliwość to złożona cecha i jest typowo ludzka. Nie wierzę, że kot siedzi w domu i kombinuje: „nie ma go, miał być pół godziny temu, wciąż go nie ma”. Po pierwsze zwierzęta nie znają się na zegarku, nie wiedzą, czy wracasz po godzinie, po pół czy po 3, dlatego za każdym razem cieszą się tak samo. Nie ma myślenia, że „jak nasikam mu do kapcia, to będzie zły”. Zwierzę moim zdaniem tak nie rozumuje. Jeśli ono sika do kapcia, to tylko dlatego, że powoduje nim jakiś instynkt, a my powinniśmy umieć to odczytać. To tak, jakby zwierzę chciało ci coś przekazać, np. że coś go boli, albo zmieniłeś coś w jego otoczeniu, co zaburzyło jego świat, jego poczucie bezpieczeństwa.

Nie myślałeś by się zajmować i aktorstwem i tym, tak żeby zarabiać? Czemu tego nie wykorzystać skoro tak Cię to interesuje?

Po pierwsze nie mam za bardzo czasu. Aktorstwo wymaga jednak dużego zaangażowania. Poza tym, nie wiem czy „rynek” jest już na to gotowy. Najczęściej w Polsce wygląda to tak, że właściciele zwierząt idą do weterynarza i oczekują szybkiego rozwiązania, typu zastrzyk czy pigułka. Niewiele osób zastanawia się nad psychologią. Zresztą nie tylko w odniesieniu do zwierząt, ale i do samych siebie. Nawet kiedy symptomy są bardzo widoczne – permanentnie zły nastrój, płaczliwość, zmęczenie, senność… Mało komu przyjdzie do głowy, że to może być depresja. Przyznanie się przed sobą do „takiej” choroby i zwrócenie się o pomoc do psychologa dla niektórych jest nie do przyjęcia. Myślą „Przecież nie jestem wariatem!”. Tym trudniej przyjąć do wiadomości, że depresję czy nerwicę może mieć zwierzak.

A Ty masz zwierzęta?

Miałem dwa koty, a teraz została tylko kotka. Wcześniej miałem też psa, ale odszedł. Znalazłem go w szkole i przez pierwszy miesiąc – dwa studiów chodził ze mną na zajęcia. Potem został z moimi rodzicami. Teraz, przy moim trybie życia – wyjazdach praktycznie w każdy weekend, a nierzadko i w ciągu tygodnia, posiadanie psa nie wchodzi w grę. Za to kot jest dobrą opcją. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez zwierząt. Nie ma nic fajniejszego od kota, który mruczy ci na kolanach albo psa, który patrzy tymi swoimi wielkimi oczami, delikatnie machając ogonem, czekając na twój jeden ruch albo uśmiech.

Angażujesz się w jakieś fundacje dla zwierzaków?

Z własnej inicjatywy – przyznaję się bez bicia – nie, ale chętnie służę pomocą, gdy tylko ktoś o to poprosi. Większość czasu spędzam poza domem, albo w trasie ze spektaklem, albo na próbach, a po drodze się pojawiają jeszcze inne rzeczy, więc na razie nie mogę zaangażować się w stałą działalność na rzecz zwierząt. Jestem natomiast otwarty na propozycje i zawsze z przyjemnością włączę się w projekt pro bono, jeśli tylko moje wsparcie przyniosłoby pożytek zwierzakom.

Jakie są Twoje plany zawodowe?

Coś się kroi, ale za wcześnie by o tym mówić. Nie zapeszajmy (śmiech).