“Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego, na wysokim poziomie“ – I część wywiadu z Pawłem Domagałą

Młody, zdolny, przystojny… Gra w filmach, teatrze, śpiewa piosenki, których sam jest autorem. Planuje również zmienić polskie kino i zacząć robić filmy. Człowiek orkiestra! Jest odkryciem 2014 roku, a przede wszystkim odkryciem polskiego, komediowego kina. Po premierze filmu “Wkręceni”, gdzie zagrał główną rolę u boku Bartosza Opanii i Piotra Adamczyka, jego skrzynka mailowa pęka w szwach, a krytycy są zdumieni jego talentem. Kto widział najnowszą komedię Piotra Wereśniaka, ten doskonale wie, o czym mowa. Postać Szyi, w którą się wcielił totalnie oczarowała widzów i zdobyła serca tysięcy Polaków. Paweł Domagała z hukiem wkroczył na wielki ekran polskiego kina i wszystko wskazuje na to, że prędko z niego nie zniknie. Na nasze szczęście.

Jak zdobyłeś rolę w komedii „Wkręceni”?

Moja agentka powiedziała mi o zdjęciach próbnych, a ja na nie poszedłem. Potem krok po kroku przechodziłem do następnych etapów castingu. Byłem przesłuchiwany mnóstwo razy, próbowałem do różnych ról, z różnymi aktorami. W ostatnim etapie spotkaliśmy się z Piotrkiem Adamczykiem i Bartkiem Opanią i tak już zostało.

Pojechałeś nad morze i dostałeś telefon…

Tak, byłem na wakacjach… Już o wszystkim zapomniałem, byłem przekonany, że gdyby mnie chcieli to już bym o tym wiedział. Ale niespodziewanie dostałem telefon, że reżyser jeszcze raz zaprasza mnie na zdjęcia próbne (śmiech). Co miałem robić? Wróciłem na dzień do Warszawy, a potem z powrotem nad morze, nocnym, najtańszym pociągiem. I to była podróż mojego życia (śmiech). W pociągu było chyba milion osób, bardzo ciekawe doświadczenie. Koniecznie musisz się przejechać takim pociągiem. A przy okazji pozdrawiam Wojtka Solarza (śmiech)

Z Piotrkiem Wereśniakiem znałeś się już wcześniej.

Tak, poznaliśmy się w pracy, na planie serialu „Wszystko przed nami”.

Skoro znaliście się już wcześniej, nie miałeś większej pewności, że dostaniesz rolę Szyi?

Ale Piotrek zna wszystkich (śmiech). Każdy z aktorów mógłby tak myśleć.

Jak Ci się współpracowało z Piotrem Adamczykiem i Bartoszem Opanią. Znaliście się wcześniej?

Tak naprawdę poznaliśmy się na planie. We “Wkręconych” gramy trójkę przyjaciół i prywatnie też się zaprzyjaźniliśmy, co bardzo nam ułatwiło pracę. Bardzo dobrze się rozumieliśmy, i fajnie nam się razem improwizowało. Dużo się od nich nauczyłem. To naprawdę wspaniali aktorzy. Na początku trochę się bałem, bo chłopaki są jednak już doświadczeni , a ja dopiero zaczynam. Zależało mi na tym, żeby na planie czuć się swobodnie, nie bać się czasem pomylić, zrobić coś żenującego i nie być za to ocenianym przez kolegów. Moje obawy okazały się absolutnie bezpodstawne, a chłopaki bardzo mi pomagali.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Znalazłeś się pośród dwóch świetnie wszystkim znanych aktorów, dostałeś główną rolę tuż obok nich… Nie miałeś przeświadczenia, że będziesz musiał dać z siebie dwa razy więcej, bo jesteś od nich mniej znany?

Zawsze daje z siebie dwa razy więcej (śmiech). A poza tym, tak szczerze to nie zastanawiałem się nad tym. Cieszyłem się, że mam takich partnerów i że gram w tym filmie i że codziennie uczę się czegoś nowego.

Łączy cię coś z postacią Szyi?

Wygląd (śmiech), głos i czasem niestety poziom inteligencji (śmiech)

Ty musisz mieć ogromne poczucie humoru. Zagrałeś tak zabawną postać, a poza tym tworzysz również kabaret…

Ma Pan poczucie humoru?”, “Tak mam” – to tak cytując klasyka (śmiech). Ale poważnie… Wydaje mi się, że w byciu aktorem dystans i poczucie humoru to podstawa. W moim przekonaniu, bez poczucia humoru i naturalności nie ma aktorstwa. Nawet rola dramatyczna, tragiczna zagrana zupełnie bez humoru, dystansu, będzie nie do oglądania, przynajmniej dla mnie. Nie do końca przekonuje mnie aktorstwo “na bebechach”, to nie moja estetyka, ale co ja tam wiem (śmiech), być może nie mam racji.

Jak się przygotowywałeś do roli Szyi?

W kółko czytałem scenariusz i starałem sobie wyobrazić jaki ten Szyja jest – czy mam wśród znajomych kogoś z kim mi się kojarzy, jaki to typ człowieka, jak mówi, jak chodzi. Jak już “złapałem Szyję”, to mogłem się nim trochę pobawić, poimprowizować i to było bardzo przyjemne.

Trochę scen zostało jednak wyciętych… Sam Bartosz Opania zdradził mi, że film mógł być trochę mocniejszy.

Pierwszy układ montażowy trwał 3 godziny, więc trzeba było coś wyciąć i poleciały te “mocniejsze” sceny, ale tu zaznaczam mocniejsze nie znaczy wulgarne… Chodzi tu bardziej o sceny abstrakcyjne. Wypadła np, scena którą z chłopakami uwielbialiśmy (śmiech) naszego słowiańskiego, stepowego śpiewu (śmiech), nam aktorom zawsze żal wyciętych scen… Ale myślę, że przyjdzie czas i we trójkę z Piotrkiem i Bartkiem, zagramy w odważnie abstrakcyjnej komedii (śmiech). A Piotrek Wereśniak wyreżyseruje.

Taki jest Wasz osobisty plan?

Taki jest plan. A plany są po to, żeby je realizować.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Jak się czujesz z tym, że zagrałeś główną rolę we „Wkręconych”?

Bardzo dobrze się czuję. To moja pierwsza tak duża rola w komercyjnym filmie. Cieszę się, bo wydaje mi się że naprawdę rzetelnie wykonałem swoją pracę. Ale przede wszystkim była to dla mnie ogromna przyjemność i nauka. Jestem zadowolony z siebie i z efektu końcowego. Myślę, że “Wkręceni” to bardzo pogodny film, brakuje takich filmów. Ludzie są mile zaskoczeni po obejrzeniu “Wkręconych”. Teraz po premierze jest ogromne szaleństwo, na facebooku mnóstwo osób pisze do nie, że myśleli, że to kolejna beznadziejna polska komedia i że miło się zaskoczyli. Bardzo mnie to cieszy. Nie ma się co oszukiwać, że w ostatnim czasie z polskimi komediami było naprawdę źle i widz niestety stracił do nich zaufanie. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej w polskich komediach, przynajmniej tych z moim udziałem (śmiech).

Musisz być z siebie bardzo dumny.

Jasne, jestem bardzo dumny z siebie, ale też z całej ekipy. Jestem strasznie zadowolony i szczęśliwy, że tak to wszystko wyszło.

Stresowałeś się oglądając go po raz pierwszy?

Widzieliśmy wszyscy ten film na premierze w Zamościu i tak się złożyło, że zobaczyliśmy premierę – nie z zaproszonymi gośćmi, tylko z ludźmi, którzy kupili bilety. Zastanawiałem się, czy się będą bawić czy nie. Ale ludzie naprawdę się bawili, naprawdę się śmiali i wyszli zadowoleni. Także myślę, że w swoim gatunku ten film spełnił wszystkie oczekiwania, bo ludzie fajnie, miło spędzają czas. My ich nie skłaniamy do przemyślenia swoich decyzji życiowych. Nie edukujemy ich – czym jest Polska, kim są Polacy, tak jak to jest ostatnio w kinach, ale dajemy im sto minut pogody, uśmiechu i radości. I z tego właśnie jestem bardzo zadowolony i bardzo dumny, że brałem udział w takim projekcie, że ludzie naprawdę dobrze się przy nim bawią i na 100 min mogą zapomnieć o tym kto, gdzie zginął i o tym całym syfie, który nas ciągle atakuje.

Czytałam na filmweb negatywną recenzję odnośnie „Wkręconych” i trochę mnie to zirytowało, bo krytyk chyba zbyt wiele wymagał od tego filmu.

Na filmwebie to chyba raczej nie recenzent (śmiech)… Co mam powiedzieć, każdy ma prawo pisać to co naprawdę uważa i bardzo dobrze. Jeżeli ktoś idzie na “Wkręconych” i oczekuje Almodovara, albo tego, że będzie to film typu “Wilk z Wall Street” to rzeczywiście się rozczaruje, ale jeśli chce dobrze się bawić i nie oczekuje, że film zmieni jego życie to na pewno wyjdzie zadowolony. Ja się nie wychowałem na jakiś prze ambitnych filmach, tylko na komediach Bena Stillera czy Adama Sandlera, a ich filmy nigdy nie mają dobrych recenzji (śmiech). Zresztą najlepiej zobaczyć samemu i ocenić (śmiech).

Potrafisz się zrelaksować oglądając filmy ze swoim udziałem?

To zależy jaki film z sobą oglądam ( śmiech). Na “Wkręconych” się zrelaksowałem. Zawsze staram się oglądać filmy, w których zagrałem nawet po kilkanaście razy. Robię to po to, by zobaczyć dlaczego coś, o czym myślałem, że działa – np. nie działa. Próbuję to później przeanalizować. Zresztą jak jest jakiś film, który wybitnie mi się podoba, to też go oglądam kilkanaście razy i staram się analizować, co ten aktor takiego zrobił, że mi się to tak podoba. Albo odwrotnie – co jest takiego złego w tym filmie, że aż mnie odrzuca. Ja całkiem poważnie podchodzę do tych tematów. Na “Wkręconych” byłem parę razy w kinie (śmiech). Kupiłem bilet, usiadłem z tyłu i oglądałem. Podobało mi się, bo publiczność się śmiała i fajnie reagowała, więc byłem zadowolony.

Inspirujesz się innymi aktorami? Uczysz się oglądając ich na ekranie?

No pewnie, że się uczę i inspiruję. Ben Stiller, Adam Sandler, Bogumił Kobiela, Tadeusz Fijewski to dla mnie mistrzowie, bardzo mnie inspirują. Zresztą mnie inspirują prawie wszyscy, ja buduję swoją karierę na talencie innych (śmiech). Ilu jest wspaniałych aktorów, z którymi pracuję w teatrze, nawet nie sposób ich wymienić. Każdy z nich ma w sobie coś innego, niepowtarzalnego, coś czego nie mam ja. Uczę się od nich innej niż moja wrażliwości, innego poczucia humoru, czerpie z nich garściami, wykorzystuję ich talent do rozwijania mojego (śmiech) i tak to chyba działa. Jest tylu wspaniałych aktorów, aktorek dookoła mnie, że aż mnie to przeraża. Oczywiście uwielbiam DiCaprio, Nortona, Boże mógłbym wymieniać bez końca. Ja praktycznie od dziecka nie robię nic innego jak oglądam filmy, także naprawdę tych inspiracji mam mnóstwo. Ale muszę tu wymienić jeszcze Mela Gibsona, bo do niego mam największy sentyment (śmiech), to ukochany aktor mojego dzieciństwa, a “Braveheart” widziałem już chyba 500 razy.

Chcesz też być reżyserem?

Tak, chcę być reżyserem i producentem, to taki mój plan na najbliższe 20 lat.

Czemu tak późno? Jest przecież cała masa młodszych od Ciebie reżyserów, którzy robią genialne filmy.

Najpierw muszę pograć (śmiech). Muszę się wiele nauczyć, poobserwować jak to wszystko działa, krok po kroczku, nie mam zamiaru robić siary (śmiech), 20 lat to optymalny czas, chyba że stwierdzę, że mogę zaryzykować wcześniej i pokaże ludziom taki produkt jaki sam bym chciał zobaczyć.

Jaki jest Twój aktorski cel?

Ja po prostu chcę grać. Chcę grać we wszystkim będzie miało dla mnie jakąś wartość. Mogę Ci mówić banały, że najbardziej to bym chciał grać skomplikowane psychologicznie postacie, wymagające, trudne role – i chciałbym, pewnie. Ale bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym mógł grać w komediach, filmach familijnych, na które przychodziłoby do kina 5mln osób, dobrze się bawiło i zapominało o wszystkich problemach. Żeby po takich filmach ojcowie bardziej kochali dzieci itp, żeby ludziom chciało się żyć (śmiech), żeby te moje rola dawały im nadzieję. Uwielbiam film z Adamem Sandlerem – “Click” – o w takich filmach chciałbym grać (śmiech).

O czym marzysz?

O pokoju na świecie (śmiech). Tak jak mówiłem. Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego na wysokim poziomie. Według mnie Polacy są tak fantastycznym narodem, z tak fantastycznym poczuciem humoru, że zasługują na fantastyczne komedie, które dorosną do ich poziomu. Teraz większość komedii nie dorasta do poziomu inteligencji i poczucia humoru widza. Tak uważam. Marzy mi się, żeby wprowadzić taki styl, gatunek filmów komercyjnych, które dorosną do poziomu widza.

Przyjąłbyś rolę filmową głównie dla pieniędzy?

To zależy ile w danym momencie miałbym pieniędzy (śmiech). Jakbym miał pieniądze, żeby sobie spokojnie żyć, to bym nie przyjął, a jakbym ledwo wiązał koniec z końcem to bym przyjął. Ja zresztą nie mam wysokich wymagań. Nie muszę mieć domu o wielkości 200 m2 i samochodu za 500 tys zł. Takie coś mnie nie kręci.

Grasz też w serialach. A karierę zacząłeś od… ?

Zacząłem od teatru. Ja w ogóle więcej gram w teatrze niż w filmie. Ale pojawiam się też często w serialach, zgadza się. Są telenowele, które mają z milion odcinków i nie za fajnie się w nich gra, ale czasem trzeba. Trzeba to robić, nie tylko dla pieniędzy, ale też po to, żeby ktoś cię zauważył. Wszędzie można się czegoś nauczyć. Ale są też 13 odcinkowe seriale i uważam, że to są bardzo fajne produkcje! Co więcej – w Stanach więcej pieniędzy idzie na takie seriale niż na filmy. Nie widzę powodu, dla którego miałbym odmawiać gry w serialu, a gdybym dostał rolę w 13 odcinkowym serialu, to bym się bardzo z tego ucieszył.

Może teraz po Twoim dużym debiucie posypią propozycje?

Nie zapeszam, ale póki co nie jest źle (śmiech). Teraz zależy mi na tym, żeby nie brać wszystkiego co mi proponują, tylko wybierać te propozycję w których będę mógł się czegoś nauczyć i które przybliżą mnie do celu jaki sobie postawiłem. Zresztą w serialu też można zagrać genialnie, nawet w telenoweli. Niezależnie od tego w czym się gra, trzeba mieć odpowiednie podejście. Jeżeli grasz w “M jak miłość”, które ogląda 5 mln osób, a nie podchodzisz do tego poważnie i nie robisz tego dobrze, to jest to jakaś totalna amatorszczyzna.

Niestety często, te seriale szufladkują.

Wolę być aktorem “zaszufladkowanym”, ale grającym, niż “niezaszufladkowanym” grzejącym ławę (śmiech). Aktor jest od tego, żeby grać.

Większość Twoich ról jest komediowych. Granie postaci innej niż komediowej, jest dla Ciebie wyzwaniem?

Ja po prostu lubię grać i nie zastanawiam się jaki to gatunek, jeżeli czuję, że mogę coś zrobić dobrze, albo dużo się nauczyć to wchodzę w to na sto procent. Teraz gram np. Berengera w “Nosorożcu”, w Teatrze Dramatycznym i praca nad tą rolę bardzo mnie rozwinęła jako aktora. Pracowałem z aktorami od których mogłem się wiele nauczyć, którzy pokazali mi drogi, którymi wcześniej nie chodziłem i myślę, że to zaowocuje w przyszłości. Jak już jednak wcześniej mówiłem, zawsze staram się “wpuścić trochę powietrza” w postacie które gram. Ważne dla mnie jest również to, żeby nie bać się porażek, nie bać się, że jakąś rolę położę, że się nie spodobam, jeśli zrozumiem dlaczego coś “skopałem” to jest to bezcenna lekcja. Myślę o tym, żeby być w zawodzie przez 50 lat, a nie przez 5. To jest dla mnie najważniejsze.

„Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! ” – wywiad z Bartoszem Opanią

To już kilka lat, kiedy nie widać go na wielkim ekranie. Obsadził się z kolei na długi, długi czas w serialu „Na dobre i na złe”. Dr Latoszka z Leśnej Góry, chyba nie trzeba przedstawiać. W tym znanym przez wszystkich aktorze z rodu Opania, drzemie również komediowa dusza, którą znamy z filmu „Zakochani”. To właśnie przy tej produkcji pracował po raz pierwszy z Piotrem Wereśniakiem. Drugi raz – przy jego najnowszym filmie „Wkręceni”. Wraca na ekran komediowym krokiem, wcielając się w postać nadpobudliwego zawadiaki Fikoła! Z Bartoszem Opanią, bo oczywiście o nim mowa, porozmawiałam tuż po premierze wyżej wspomnianej komedii.

 

Wszędzie teraz trąbią w mediach, że słynny dr Latoszek z „Na dobre i na złe”, zagrał po latach w komedii…

Nie, nie. Nie jestem słynnym dr Latoszkiem. Dr Latoszek został w Leśnej Górze w tej chwili (śmiech) Teraz jestem aktorem Bartoszem Opanią (śmiech) Zdarzyła mi się przygoda, by zagrać w filmie „Wkręceni” i jestem w sumie zadowolony z ostatecznego efektu, chociaż jestem jeszcze w szoku, bo to jest dopiero drugi raz, kiedy oglądam ten film.

Co się Panu najbardziej podobało w graniu postaci Fikoła?

Fajne było to, że mogłem zagrać dwie postaci w jednej. Grałem Fikoła i Hitlera… Tzn Fikoła, który udaje hitlerowca… tzn. Niemca (śmiech)

Czytałam, że nie ogląda Pan produkcji ze swoim udziałem.

Wie Pani, bywa tak. Nie lubię tego robić. Kiedyś dostawałem kasety vhs, czy też dvd, żeby zobaczyć to, na co jestem skazany na premierze. Premierę muszę zobaczyć, bo po prostu taki jest wymóg producenta, chociaż po to, żebyśmy teraz rozmawiali. Nie jest to przyjemne doświadczenie, kiedy jestem zaskoczony tym, co zobaczę na ekranie. Wczoraj oglądałem po raz pierwszy z widzami, a wcześniej nie widziałem kompletnie żadnych materiałów. Kiedyś było tak, że dostawało się najpierw materiał do domu. Można było się upić, obejrzeć, popłakać się nad tym, co się zrobiło lub nie, zebrać się do kupy i jakoś to przeżyć. Teraz już tak niestety nie jest…

Stresuje Pana oglądanie siebie na ekranie?

Tak. Każda scena, każdy dubel jest dla wrażliwego człowieka jak jego dziecko. To jest coś, co się rodzi. Zastanawia się nad tym w nocy, kombinuję, jak różne rzeczy zagrać… Jeżeli potem niektóre sceny zostaną powycinane, to sobie myślę „ jak to?! Zabrali mi to, o czym myślałem przez dwie noce?!” Ale takie są prawa filmu…

Jest Pan zadowolony z efektu końcowego „Wkręconych”?

Odetchnąłem z ulgą! Myślę, że „Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! Miałem jednak nadzieję, że będzie bardziej niepoprawna, bo jest na to materiał. Nie wiem tylko czy Polacy już do tego dojrzeli. Niepoprawna nie znaczy, że bardziej wulgarna, bo to nie ma nic wspólnego z poprawnością. Były tam fragmenty, w których jechaliśmy sobie równo po utartych ścieżkach, o tym, co wypada mówić, a czego nie wypada, czyli o Niemcach, Unii Europejskiej etc.

Podobno wiele scen było improwizowanych.

Tak, np. te przy samochodzie…

Co było największym wyzwaniem do zagrania postaci Fikoła?

Wszystko, co jest do zagrania w komedii jest wyzwaniem. Wydaje mi się, że to jest jeden z trudniejszych gatunków. Żeby zagrać szlachetnie w komedii, żeby to było dobre, to jest to wyższa szkoła jazdy. Myślę, że akurat wszyscy zdaliśmy egzamin w tej szkole (śmiech)

Ma Pan jakieś cechy wspólne ze swoją postacią?

Żadne, kompletnie.

Kompletnie?

A odnajduje Pani jakieś? (śmiech)

Np. fakt, że założył Pan dokładnie takie same okulary, w jakich można było zobaczyć Fikoła (śmiech)

(Śmiech) Nie, po prostu razi mnie blask fleszy. Poza tym chowam się… Chowam w nich swoją nieśmiałość.

Wkręcił Pan kiedyś kogoś?

Panią (śmiech) Żartuję! Zdarzyło mi się, ale nie chcę o tym mówić. To było bardzo głupie. Wykonałem kiedyś telefon, gdzie bardzo kogoś wkręciłem. Kogoś, kogo nie znałem – pozdrawiam tutaj hejterów. A potem zgubiłem ten telefon i nie mogłem tego odkręcić.

Recenzja filmu „Wkręceni”

fot. facebook, oficjalny fanpage filmu „Wkręceni”

Życie jest małą ściemniarą, francą, wróblicą, cwaniarą, plącze nam nogi i mówi idź…”

To fragment piosenki, którą każdy będzie nucił w kółko po obejrzeniu filmu „Wkręceni”. Jakże jest on trafny! Ta najnowsza produkcja w reżyserii Piotra Wereśniaka opowiada o trzech wkręconych przez życie przyjaciołach ze Śląska – romantycznym Franczesku (Piotr Adamczyk), nadpobudliwym Fikole (Bartosz Opania) i bardzo nierozgarniętym Szyji (Paweł Domagała).

fot. facebook, oficjalny fanpage filmu „Wkręceni”

Przyznam, że obawiałam się tego filmu. W przeciągu ostatnich kilku lat polskie komedie nie spotkały się z pochwałą, co powoduje, że nawet ich nie oglądam po uprzednim przeczytaniu recenzji. Ciągle żyje się w przeświadczeniu, że „kiedyś to były dobre komedie…”. Każdy wraca przykładowo do filmu Miś, Kiler, Chłopaki nie płaczą, Poranek Kojota i narzeka, że dziś już się takich filmów nie kręci. Czy reżyser, Piotr Wereśniak, nie obawiał się, że fala krytyki spłynie również po jego produkcji?

Nie. Ja się nie boję krytyki, ja się boję jedynie widowni. Jeśli robi się komedie słabe, to są one później krytykowane i nie mają widzów w kinach. Nie mam zamiaru kręcić słabych komedii. Chcę robić filmy śmieszne, pełne wdzięku, które widownia będzie kochała. To jest moją ambicją i robię wszystko w tym kierunku, żeby takie te produkcje były. Dzisiaj na premierze ludzie się śmiali, wyszli zadowoleni… Myślę, że udało mi się osiągnąć ten cel i zrobić śmieszną komedię.”

W obecnych produkcjach, daje się zauważyć w kółko pojawiające się te same twarze- a to pana Szyca, a to Karolaka, a to… nawet Piotra Adamczyka (tego Pana akurat obronię zawsze i wszędzie. Powód? Wyjątkowa sympatia? Tak, niech będzie…). Piotr Wereśniak zaryzykował i wziął do swej najnowszej produkcji, oprócz Adamczyka – Bartosza Opanię oraz Pawła Domagałę. Taka obsada raczej się nie zdarza, więc bardzo mnie zaskoczyła i niezwykle zaciekawiła. Tuż po premierze zapytałam reżysera, skąd pomysł na dobór takich właśnie aktorów, a także, czy nie bał się zaryzykować biorąc tak nieczęsto pojawiające się twarze na wielkim ekranie…

Aktorzy, których wybrałem, nieczęsto się pojawiają na wielkim ekranie, to fakt. Ja przede wszystkim szukałem zdolnych komediowych artystów. Potrzebowałem do tej komedii osób posiadających umiejętność improwizacji oraz mających w sobie własny wrodzony wdzięk, który przełoży się na ekran. Po długich poszukiwaniach po prostu doszedłem do tych właśnie aktorów, których zresztą bardzo lubię i znam od lat. Z Bartoszem Opanią znamy się od bardzo dawna, pracowaliśmy razem przy moim debiucie, czyli „Zakochanych”. Absolutnie nie bałem się zaryzykować i wziąć nieczęsto pojawiające się twarze do mojej produkcji.”

fot. MTL Maxfilm

Dzięki temu „ryzyku”, zyskałam szansę na poznanie talentu aktorów dotychczas mi nieznanych od tej strony. Myślę, że słowa Piotra Wereśniaka, powinni wziąć do siebie inni komediowi reżyserzy, bo czasem takie obsadzenie komedii nowymi twarzami może okazać się sporym sukcesem.

Najbardziej charakterystycznym elementem w całym filmie była jak dla mnie ogromna, komiczna, przerysowana infantylność wszystkich panów. Oczywiście z przymrużeniem oka. Jeden drugiego, dosłownie bił na głowę w swej „pomysłowości”. Tutaj wielkie brawa ode mnie, dla Pawła Domagały i jego postaci Szyji. Wcześniej był to aktor, którego jedynie „skądś tam” kojarzyłam. We „Wkręconych”, jego postać zdobyła moje serce. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego talentu i mam nadzieję, że będę mogła niebawem zobaczyć Pawła w kolejnych komediowych produkcjach.

Ponadto zaskoczył mnie bardzo Kacper Kuszewski. Cóż rzec… jest to aktor znany przede wszystkim (a często, tylko i wyłącznie) z „M jak miłość”, dlatego nie mogłam sobie wyobrazić go w jakiejś innej roli. Kacper zagrał nierozgarniętego policjanta Grygalewicza. Miał stosunkowo mało tekstu, więc musiał nadrabiać swoimi minami i ogromnymi przerażonymi oczami. Szczerze? To trzeba po prostu zobaczyć :) Myślę, że po tym filmie ogrom ludzi zmieni zdanie na temat Kuszewskiego i zobaczy, w jak fajny sposób każdy aktor może wyjść ze swojej szufladki.

fot. facebook, oficjalny fanpage filmu „Wkręceni”

Akcja „Wkręconych” toczy się w kilku miejscach, m.in. na Śląsku, w Warszawie i Zamościu. Tytułowa trójca to jak wspomniałam na wstępie- Ślązacy. Z racji tego, że jestem rodowitą Ślązaczką, już pierwsza scena filmu, czyli jadący na rowerze Franczesko, witający po śląsku znajomych, skradła mi serce. I tak już zostało. Śmiałam się przez cały film wraz z całą dopingującą publicznością. W niektórych momentach, zdało mi się słyszeć nawet brawa i piski – nie żartuję! O ile słynna „Kac Wawa” ściągnęła polskie komedie na samo dno, tak „Wkręceni” ponownie wyciągnęła je na ląd :-)

Nie mogłam nie zapytać reżysera, skąd wziął się pomysł na nakręcenie takiej produkcji…

Trudno mi powiedzieć, skąd mi się biorą pomysły… Chciałem zrobić film o trzech chłopakach. O męskiej przyjaźni, facetach, którzy się znają od małego dziecka, którzy się kochają, nienawidzą… Są prawdziwymi przyjaciółmi i przeżywają różne przygody we współczesnej Polsce. Ciężko mi powiedzieć, dlaczego akurat tak (śmiech)”

Wkręceni” to według mnie wbrew pozorom film o nas samych. Stawia trójkę mężczyzn w niespodziewanych sytuacjach i pokazuje (na plus często przerysowane) zachowania, które mogłyby towarzyszyć nawet nam podczas tak ogromnej desperacji. Obrazuje on statystycznego zakompleksionego Polaka, który żyje z dnia na dzień zastanawiając się czy starczy pieniędzy na czynsz i czy jego lodówka nie jest jeszcze pusta. Przedstawia osobę, która pragnie się od tego oderwać chociaż na chwilę, więc jeśli dostaje taką szansę, to nie myśli o konsekwencjach, lecz naiwnie z tej szansy korzysta. Franczesko, Fikoł i Szyja, znajdują się niespodziewanie w takiej właśnie sytuacji. Mogą na chwilę poudawać niemieckich inwestorów. Od zera do bohatera. W sekundę stali się milionerami, poznali piękne kobiety i odmienili (na chwilę) całe swoje życie, dosłownie w jeden dzień. Komu się nie marzy podobna historia? Każdy chciałby tak móc się oderwać czasem od rzeczywistości. A wszystko to zostało przedstawione w komiczny, przezabawny sposób.

fot. facebook, oficjalny fanpage filmu „Wkręceni”

Uważam, że każda osoba, która zagrała w tej produkcji, zasługuje tak naprawdę na ukłon. Najważniejsze w takich filmach nie jest to, by przyjść do domu i się zastanawiać przez następny tydzień nad puentą i głębszym przesłaniem, lecz by wyjść z sali kinowej z szerokim uśmiechem na ustach. Myślę, że każdy, kto będzie chciał spędzić przyjemnie czas i się trochę pośmiać, wyjdzie z kina bardzo zadowolony. I to nie jest żaden wkręt! Mówię to zupełnie szczerze i poważnie :)

Przy okazji, tuż po premierze zapytałam Bartosza Opanię, Kacpra Kuszewskiego i reżysera Piotra Wereśniaka, czy zdarzyło im się kiedyś kogoś wkręcić :)

Bartosz Opania

Panią (śmiech) Żartuję! Zdarzyło mi się, ale nie chcę o tym mówić. To było bardzo głupie. Wykonałem kiedyś telefon, gdzie bardzo kogoś wkręciłem. Kogoś, kogo nie znałem – pozdrawiam tutaj hejterów. A potem zgubiłem ten telefon i nie mogłem tego odkręcić.”

Kacper Kuszewski

Niestety jestem bardzo kiepskim kłamcą… mimo, że jestem aktorem.  Aktorstwo to jest zupełnie inna rzecz. Na scenie potrafiłbym zagrać kłamstwo, w życiu prywatnym bardzo źle mi to wychodzi (śmiech).”

Piotr Wereśniak

Na planie dość często zdarza mi się wkręcać (śmiech). Czasami używam różnych forteli, np. mówię, że kamera poszła, chociaż wcale nie poszła, albo, że kamera idzie, chociaż wcale tak nie jest. Różne rzeczy się zdarzają, a ja, jako reżyser muszę troszkę umieć manipulować ludźmi i czasami muszę ich w coś wkręcać”

A Wam, zdarza się czasem kogoś wkręcać? A może sami padliście ofiarą jakiegoś wkrętu? Czekamy na komentarze i zapraszamy do kin na film „WKRĘCENI”!

Z czystym sumieniem – to będzie najlepsza polska komedia tego roku!

Poniżej kilka zdjęć z premiery: