Kamera! Akcja! Wizyta na planie „Sług Bożych”

Jesień. Stara Praska Drukarnia przypominająca wnętrzem obskurny bunkier. To właśnie m.in. tam rozgrywa się  akcja nowego kryminału w reż. Mariusza Gawrysia „Sługi Boże”.  Miałam ostatnio okazję przekonać się na żywo jak powstaje ten film i przyznam szczerze, że do dziś nie mogę przestać o tym myśleć… Jestem pełna podziwu dla każdej osoby, która pracuje przy tej produkcji. Nigdy bym nie pomyślała, że scenę trwającą zaledwie kilka sekund można kręcić przez niemalże cały dzień…

Czytaj więcej

„Noc Walpurgi”, czyli walka z demonami przeszłości.

Fot. Materiały prasowe

Noc z 30 kwietnia na 1 maja. Szwajcaria. Garderoba teatralna, a w niej śpiewaczka operowa, diwa Nora Sedler (Małgorzata Zajączkowska). Pod masywnymi, drewnianymi drzwiami przypominającymi wejście do komnaty czeka prawie 30 lat młodszy, przystojny blondyn Robert (Philippe Tłokiński). Zdradza widzowi, że marzy o zrobieniu wywiadu z artystką, ta jednak mu odmawia nie wiedząc jeszcze, że zmieniając za chwilę swą decyzję na zawsze odmieni ich życie…

Czytaj więcej

„Jak się za coś zawezmę to nigdy nie odpuszczam” – wywiad z Józefem Pawłowskim

Chociaż w dzieciństwie hucznie przegrywał wszystkie castingi, chociaż nie uważa się za najlepszego, to właśnie on wcielił się w postać głównego bohatera w Mieście44 i to on wzruszył nas i przyczynił do tego, że nieco inaczej postrzegamy Powstanie Warszawskie.

O pracy nad filmem, krytyce i niechęci do fotoreporterów porozmawiałam z aktorem, Józefem Pawłowskim.

fot: http://olagrochowska.com/

fot: http://olagrochowska.com/

Czytaj więcej

„Staram się pielęgnować w sobie dziecięcą percepcję” – wywiad z Adamem Fidusiewiczem

Dwudziestoletnia Kasiu, Basiu i Joasiu, oto 3 fakty z Twojego dzieciństwa: bałaś się Buki, po kilku dniach niby przypadkiem rozwaliłaś swoje wymarzone Tamagotchi, wzdychałaś do Stasia Tarkowskiego, jednocześnie płacząc, że nigdy go nie poznasz . Po kilkunastu latach Buka niezmiennie straszy, Tamagotchi ewoluowało, Stasia jak nie znałaś, tak nie znasz, a mnie… On właśnie udzielił wywiadu.

O aktorskich początkach, showbiznesie, ostatniej roli w Czasie honoru, Mrocznych Kalesonach i popularności porozmawiałam z aktorem, Adamem Fidusiewiczem.

Czytaj więcej

„Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód”

Na ekrany polskich kin trafi niebawem kolejny dramat… Kolejny, ponieważ ostatnio mamy przyjemność obserwować przede wszystkim ten gatunek filmów. Nasi zdolni, rodzimi reżyserzy, coraz częściej unikają tematów łatwych, serwując widzowi sprawy grubszego kalibru. Myślę, że próbują tym samym uciekać od słabych, przeciętnych i z reguły nieśmiesznych komedii, kierując się ku cenionym, nagradzanym, przesyconym emocjami i prawdą, genialnym dramatom obyczajowym.

Tym samym tropem, jak się domyślam, chciał pójść Robert Wichrowski - reżyser i współautor „Francuskiego numeru”, jak i wielu świetnie Wam znanych seriali telewizyjnych („BrzydUla”, „Szpilki na Giewoncie”,”Na Wspólnej”). Jego komedia, o której wcześniej wspomniałam, mimo nominacji do Złotych Lwów, nie spotkała się z przychylną opinią widzów. Być może stąd pomysł, na spróbowanie czegoś innego…

Film „Karuzela”, wokół którego cały czas się kręcę, miałam ostatnio przyjemność zobaczyć przedpremierowo. Dramat ten wejdzie do kin dopiero 23 maja, zatem musicie jeszcze troszeczkę na niego poczekać. Nie jestem natomiast pewna, czy jest to rzeczywiście produkcja, którą warto zobaczyć na dużym ekranie. Prędzej poleciłabym ją w 4 kątach domowego zacisza – najlepiej w okresie letnich deszczy i burz, ewentualnie w czasie nostalgicznej jesieni. Ma ona bowiem bardzo melancholijny klimat…

„Karuzela”, to historia czwórki przyjaciół, którym zadzwonił ostatni dzwonek do wejścia w dorosłe, odpowiedzialne życie. Są to ludzie w wieku 30 lat, których los zmusza do podejmowania często niespodziewanych działań. Kwestią sporną może być tutaj to, którzy bohaterowie pełnią role pierwszoplanowe. W mojej interpretacji całej historii, są nimi Rafał (Mikołaj Roznerski) oraz Piotr (Mateusz Janicki) – dwójka niezwykle bliskich przyjaciół, którzy z wyboru są dla siebie braćmi. Problem się pojawia, kiedy Rafał ląduje w łóżku z Magdą (Karolina Kominek) – dziewczyną swego przyjaciela. Wybucha między nimi ogniste uczucie, które bierze górę nad rozsądkiem i w efekcie końcowym kończy się ciążą. Zostaje to jednak praktycznie do samego końca filmu owiane tajemnicą. Widz od razu domyśla się, że dziecko Magdy należy również do Rafała, natomiast Piotr o niczym nie wie i… nigdy się już nie dowiaduje.

Zaistniała sytuacja, między tą trójką przyjaciół wywołuje w Rafale ogromny lęk i poczucie winy, które prowadzi go do Berlina, gdzie znajduje pracę, a także nową miłość (Maria Pawłowska). Po jakimś czasie przyjaciel odwiedza chłopaka w Niemczech i odnawia z nim kontakty. Mężczyźni znów zaczynają się spotykać i wszystko wraca do normy. Akcja filmu toczy się na wielu płaszczyznach, przez co momentami trudno było mi się połapać, w którym miejscu jesteśmy i jakim czasie jesteśmy.

Zarówno Rafał, jak i Piotr, zachowują się na początku filmu w sposób nie do końca dojrzały (chociaż można polemizować, czy rzeczywiście było to podyktowane niedojrzałością) – pierwszy idzie do łóżka z ukochaną przyjaciela, z kolei drugi pakuje się w bagno długów. Chcąc zapewnić swej przyszłej żonie oraz dziecku dobrobyt,  kombinuje pożyczki i dokonuje zakupu mieszkania oraz samochodu. Sytuacja zmusza go do zarobienia większych pieniędzy, gdyż obecna praca jest praktycznie niewypłacalna. Stąd obaj bracia, solidarnie jadą z kontyngentem wojskowym do Afganistanu.

Tutaj pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie… Sceny w Afganistanie zostały okrojone do kilku sekund, oraz w dziwny sposób wplątane w fabułę filmu. Momentami obraz nie trzymał się kupy. Dosłownie. Mnie, jako zwykłemu widzowi, dość mocno to przeszkadzało, zastanawiałam się cały czas – po jaką cholerę są tutaj te sceny?! Oglądając ten film miałam bardzo, bardzo, bardzo mieszane uczucia. Szczerze przyznam, że nie wiem, czy kiedykolwiek podczas jakiegoś seansu, towarzyszyły mi tak dziwne doznania. Byłam równocześnie znudzona, zirytowana, momentami zawstydzona, ale i ciekawa dalszego rozwoju akcji. To była mieszanka wybuchowa.

Przeszkadzał mi też brak akcji… Za dużo było dialogów i zdjęć ukazujących palącego papierosy Rafała. Nie powiem – zdjęcia były świetne. Na prawdę dobrze się je oglądało, natomiast często były za bardzo przeciągane, trochę jak III część „Władcy Pierścieni”. Nie chcemy przez pół godziny patrzeć, jak Frodo stoi na skałce i patrzy w otchłań. Chcemy akcji, raz, dwa, trzy! Tego w tym filmie niestety nie było. Było za mało dynamiki i niespodziewanych zwrotów, z kolei za dużo niepotrzebnych ujęć przeciągających ten film. Mogło być mocniej i konkretniej, ale też… mniej przewidywalnie. Już na wstępie można ułożyć zakończenie, przez co film nie podtrzymywał mojego ulubionego napięcia. Bardzo mi tego brakowało…

A jak do filmu przygotowywał się główny bohater dramatu? Co zainspirowało samego reżysera do stworzenia filmu o takiej fabule? Zapraszam do przeczytania krótkich wywiadów :)

Mikołaj Roznerski

Jak budowałeś swoją postać?

Zastanawiałem się jak ja, po przeczytaniu scenariusza, chciałbym zobaczyć tego chłopaka. To było tak, że oczywiście  jest to wchodzenie w literaturę scenariusza i sugerowanie się tym, co chce pokazać autor scenariusza i reżyser. Ale ja chciałem pokazać, że moja postać miała dwa okresy w swoim życiu. Okres kiedy jest na emigracji berlińskiej, kiedy w tym Berlinie żyje, hula, pali, przepraszam za wyrażenie – bzyka, dobrze się bawi, szuka jakiegoś sensu w swoim życiu i chce zabić te wspomnienia, które miał w Polsce. A druga część,to jest część mężczyzny, takiego 20/30-paro latka, którego wojsko wyprowadziło na prostą, na człowieka, który stąpa twardo swoimi stopami po naszej Ziemi. To było dla mnie ważne, żeby pokazać różnice, jak on się zmienił podczas tej ucieczki z Berlina i podczas bycia wojskowym. To było dla mnie bardzo ważne.

Jak dostałeś tę rolę? W filmie zagrałeś ze swoim kolegą, Mateuszem 

Mateusza Janickiego znałem już wcześniej, grałem z nim już w filmie „Supermarket”. Wprawdzie mieliśmy tam tylko jedną scenę, ale znamy się już kupę lat tak naprawdę. Poznaliśmy się, gdy Mateusz był na III roku studiów, a ja na I. Jest on ode mnie rocznikowo o 2 lata starszy. Rolę dostałem poprzez casting, który trwał bardzo długo. Robert szukał cały czas aktorów, już miał nawet wybraną obsadę, ale później zmienił zdanie… Jak się dowiedziałem, że Mateusz Janicki dostał rolę Piotra, to się bardzo ucieszyłem, bo wydaje mi się, że w aktorstwie filmowym (odmiennie do teatralnego), jest taki feeling między ludźmi. A my mamy ten feeling jako znajomi, a teraz to już nawet dobrzy znajomi. Mam nadzieję i zresztą z tego co widziałem, to ta nasza sympatia gdzieś tam się przeniosła na ekran. Myślę, że Robert też miał taki zamysł, że nie mogłoby tych ról zagrać dwóch obcych ludzi. Mam nadzieję, że się udało.

Właśnie się zastanawiałam, czy znajomość na planie jest rzeczywiście pomocna…

To wszystko zależy od tego jak rysujesz te postaci. To wszystko zależy od scenariusza, tego jak to wszystko jest prowadzone. Nie ma na to reguły. Może się zdarzyć, że jesteśmy dobrymi kumplami, a na ekranie wyjdzie jeden wielki gniot, ponieważ nie ma chemii między nami. Po obejrzeniu tego filmu po raz pierwszy, uważam, że ta chemia jest.

Patrząc na postać Rafała, odniosłam wrażenie, że jest troszkę podobna do postaci Marcina, którą grasz w „M jak miłość”.

Ciężko jest budować za każdym razem inną postać, ze względu na to, że ja mam taką technikę prowadzenia swojego aktorstwa, że staram się wykorzystać własne ja. Wtedy kino jest takim środkiem, że zagląda w oko i widzi różnice w oku, w charakterze postaci. Moja postać rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, szczególnie w etapie berlińskim, jest takim bawidamkiem, hulajduszą itd. Jest dosyć podobna do tej postaci Marcina z „M jak  miłość”. Ja też chciałem pokazać, że to jest taki uniwersalny typ, że takich kolesi jest sporo. Ta postać, którą buduję w „M…” też jest takim uniwersalnym typem i pewnie dlatego też tak wiele ludzi się z nią utożsamia.

Jakie masz cechy wspólne ze postacią Rafała?

Moje ciało mnie łączy z postacią (śmiech). A tak poważnie, staram się budować postać poprzez siebie, żeby to wszystko było dosyć prawdziwe. Natomiast staram się gdzieś oddzielać od swojej postaci, to jest też bardzo ważne dla budowania postaci, żeby złapać dystans. Ja widziałem projekcję tego filmu, to rzeczywiście nie widziałem siebie, co jest bardzo ważne, bo znaczy, że zbudowałem rolę.

Jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Jestem zadowolony, bo uważam, że zrobiliśmy inteligentne kino, że nie jest to film akcji. Co więcej, wzruszyłem się na nim, rozśmieszyło mnie kilka rzeczy i myślę, że jest to film do myślenia – patrząc na niego jako osoba z zewnątrz, a nie jako ja-realizator. Podoba i nie podoba, to jest pojęcie względne tak naprawdę, bo jednemu się może podobać, że jest film o alkoholikach, a drugiemu się to może nie podobać. Tutaj jest historia, którą podejrzeliśmy i chcieliśmy pokazać, że tak w życiu jest. To jest bardzo uniwersalna historia i lubię to w tym filmie, że od początku do końca byliśmy bardzo szczerzy i prawdziwi. Myślę, że pokazaliśmy pewną historię, która dotyczy wielu ludzi w Polsce i na świecie.

Rola Rafała to Twoja pierwsza duża rola kinowa…

Zgadza się. Wcześniej już grałem u boku Mariana Dziędziela w „Supermarkecie”, natomiast rola w „Karuzeli” to jest taka pierwsza duża moja rola, że jak się zobaczyłem, to jest mnie rzeczywiście dosyć dużo. Cała historia jest opowiedziana przez pryzmat mojej postaci, co mi się bardzo podoba oczywiście. Myślę, że zbudowałem wrażliwego człowieka, który ucieka, ucieka i przez cały ten film ucieka i się wzmaga ze swoimi pragnieniami, obowiązkami, przyjaźnią i przyjacielem, którego traktuje jak swojego brata. I oczywiście kończy się to bardzo dramatycznie, jest to dla niego wewnętrzny dramat, bo pewnie nigdy w życiu jego córka nie dowie się, że on jest jej ojcem i nie zrobi tego wbrew jej matki.

Myślisz, że taka męska, braterska przyjaźń jest w dzisiejszych czasach możliwa?

Oczywiście, że jest możliwa, ja do tej pory mam takiego przyjaciela. Oczywiście, kochałem się też w liceum w dziewczynie, która była dziewczyną mojego przyjaciela (śmiech).

Czyli historia Twojego bohatera nie jest Ci obca?

To znaczy „kochałem się”, to było coś takiego, że byłem zauroczony, bo jak też się można kochać w liceum? (śmiech). Byłem bardzo zauroczony i też ta historia jest mi bliska, bo mój przyjaciel był mi bliski i ta dziewczyna też, ale nigdy w życiu nie przekroczyłem żadnej granicy. Myślę, że przyjaźń męska jest w stanie przetrwać o wiele więcej niż miłość do kobiety.

Robert Wichrowski

Skąd wziął się pomysł na nakręcenie takiego filmu?

Z głowy i trochę z życia. Obserwowałem to, co się dzieje z tym pokoleniem ludzi urodzonych w latach 80, tym jak borykają się z rzeczywistością. Ale też jest to przywołanie kilku cytatów, które zdarzyły się w rzeczywistości. Jest to historia, która jest efektem mojej wyobraźni, wzmocnionej tym, co mogłem zaobserwować.

Czy czerpał Pan inspiracje z własnych doświadczeń, albo doświadczeń bliskich osób?

Oczywiście. Bliskie osoby zawsze są inspiracją, do tego żeby uruchomić myślenie na temat tworzenia jakiejkolwiek historii. Pamiętam jak kiedyś nauczyciele w łódzkiej szkole filmowej opowiadali, że jeżdżąc pociągiem można usłyszeć wiele niesamowitych historii, bo ludzie się otwierają. Te historię mogą posłużyć nam do wymyślenia kolejnych klocków takiego opowiadania. Także, jak najbardziej, jakaś część tego filmu jest zaczerpnięta z rzeczywistości. Poza tym znam wiele osób z pokolenia lat 80, czy też dwudziestoparolatków, absolwentów uczelni. Wiem i obserwuję z jakimi się borykają problemami, pracując na umowy śmieciowe, starając się o bezpłatne staże, często bez efektu. Często wyjeżdżają z kraju, żeby znaleźć gdzieś indziej swoją ziemię obiecaną. Albo też tutaj szukają wiele sposobów, żeby się w tej trudnej rzeczywistości odnaleźć.

Pańskie poprzednie produkcje, raczej były lekkie… to jest Pański pierwszy dramat.

Ja się nie specjalizuję w żadnym gatunku, ale ma pani rację, moje poprzednie produkcje były dość lekkie. Bliżej jest mi jednak do tego filmu, niż do tych, które robiłem dotychczas. Bardzo fajnie jak można się pośmiać na filmie, sam też lubię oglądać nawet po kilka razy, przeróżne klasyczne komedie, natomiast „Karuzela”, jeśli chodzi o temat i o ciężar, jest mi zdecydowanie bliższa niż filmy komediowe.

Będzie Pan teraz kierował się tą ścieżka?

O tym filmie mogę na pewno powiedzieć, że jest mój. Oczywiście chciałbym robić swoje filmy…

W „Karuzeli” było wiele ujęć, których nie do końca rozumiem, nie wiem jaką pełniły funkcję… Dla przykładu, scena tygrysa rozrywającego mięso, która została w dziwny sposób wplątana w akcję.

Oczywiście, ja wiem jaką pełniły funkcję (śmiech). Ten film dzieje się na kilku płaszczyznach i każda z tych płaszczyzn jest dla mnie inna emocjonalnie. Wyobrażam sobie, że jeśli Rafał wyjeżdża, emigruje na jakiś czas do Berlina, nie zapomina nagle o Magdzie i nie zapomina o swym przyjacielu Piotrze, ale żyje na chwilę w zupełnie innym świecie. Tak samo jest, jak chłopcy wyjeżdżają na misję, ta płaszczyzna ich emocjonalna jest zupełnie inna. Scena o której Pani wspomniała – ja ją nazwałem jako „sekwencja śmierci”, bo wychodzę z założenia, że człowiek umiera dopiero wtedy, kiedy ta informacja dociera do jego najbliższych, dlatego ta sekwencja zaczyna się od takich ujęć w zoo, a kończy się już sceną żałoby po pogrzebie.

Dlaczego Pan wybrał do swojego filmu tych właśnie aktorów?

To są przede wszystkim świetni aktorzy i to jest podstawowe kryterium, dlaczego znaleźli się w tym filmie. Można oczywiście pójść tropem bardzo rozpoznawalnych, znnaych nazwisk, które będą być może przyciągać szczególną uwagę np. na plakacie, ale dla mnie wybór Karoliny, Marysi, Mikołaja i Mateusza, był tym najlepszym i najwłaściwszym i wydaje mi się, że gdybym zadał sobie pytanie, kto mógłby zagrać za nich, to sobie odpowiadam – nikt.

Jak się z nimi pracowało?

Bardzo dobrze, tym bardziej, że Mikołaja i Mateusza znałem już dużo wcześniej, pracowaliśmy trochę razem, spotkaliśmy się na zdjęciach próbnych do innych projektów. Natomiast z Karoliną i Marysią współpracowałem po raz pierwszy, Marysia jest debiutantką. Z kolei Karolinę znałem z ekranu, z jej wcześniejszych dokonań, z teatru telewizji, gdzie bardzo mi się podobała. Kiedy aktorzy zaczęli się spotykać w czwórkę, wtedy wszyscy poczuliśmy, że to jest właściwy kierunek, że to są osoby, które powinny kreować te role.

Nie bał się Pan biorąc ich do swej produkcji?

Strach oczywiście jest nieodłączny, kiedy w ogóle próbuje się cokolwiek stworzyć i on był zarówno na etapie przygotowań do filmu, jak i teraz, kiedy już film został skończony, jak on zostanie odebrany. Natomiat absolutnie nie miałem żadnych obaw, co do współpracy z aktorami, bowiem ten wybór był świadomy i odpowiedzialny. Sytuacja była taka, że nawzajem sobie zaufaliśmy i chcieliśmy opowiedzieć tę historię i to jest najważniejsze, że nie było w tej naszej wspólnej pracy żadnego koniunkturalizmu, czy mówienia o tym, że może przydałoby nam isę jeszcze nazwisko aktora X, który jest na wszystkich stronach gazet, bo jest celebrytą. Zagrali prawdziwi, z krwi i kości artyści, aktorzy i to jest najważniejsze.

Do kogo kieruje Pan swój film?

Wydaje mi się, że dzisiaj nie ma filmów dla wszystkich. Poza dobrym, klasycznym filmem familijnym, animacjami, na które może pójść dziadek i wnuczek. Chciałbym oczywiście, żeby wszyscy oglądali ten film, ale wydaje mi się, że to jest taki film dla pokolenia między 20, a 40 rokiem życia, czyli dla ludzi ,którzy albo są przed pewnymi wyborami i wchodzą w dorosłe życie – studiują, albo kończą studia. Ale też dla tych, którzy coś takiego już mają za sobą i pewne doświadczenie, bagaż życiowy, dramaty, już przeżyli.

Czy ma on za zadanie moralizować?

Ja nie mam takich ambicji, żeby mówić o tym, że on ma być moralitetem, albo czegoś uczyć. Absolutnie nie. Ale na pewno będzie nam wszystkim niezwykle miło, jeśli ktoś wyjdzie po seansie i jeszcze przez kilka minut pomyśli o tym, co zobaczył, albo pomyśli o tym, że mógł mieć, albo miał podobną sytuację w życiu.\

Teraz w Polsce jest chyba „moda” na kręcenie dramatów, kiedyś był wysyp komedii, a teraz z kolei same poważne produkcje…

Zgadzam się. Myślę, że komedie są bardzo potrzebne, szczególnie dobre komedie, kiedy ja np. oglądam komedie typu „4 wesela i pogrzeb”, czy „to właśnie miłość”, to za każdym razem patrzę na wiele scen, które są bardzo śmieszne, ale zdarza się, że są bardzo dramatyczne, myślę, że możemy znaleźć tego bardzo dużo w tych filmach. Myślę, że to wszystko wynika też zt ego, że znajdujemy się w miejscu historycznym, taka jest teraz nasza kondycja psychiczna, że szukamy historii trudniejszych, poważniejszych. Wzorcem dla kina takiego i takiego, czyli dramatu, jest kinematografia brytyjska, która robi bardzo dużo dobrych komedii, a równocześnie dużo kina społecznego i tu wystarczy przywołać Kena Law, czy Mike’a Lee. Takie kino jest bardzo potrzebne.

Czy Pan przy tworzeniu „Karuzeli” inspirował się jakimiś innymi produkcjami?

Nie inspirowałem się jakoś szczególnie, ale oczywiście tak jak pewnie dla każdego, pewne filmy są mi bliższe, a pewne odbieram z mniejszym zaciekawieniem. Generalnie bardzo szanuję filmy i twórczość swoich kolegów i mogę powiedzieć, że kocham kino w tym sensie, że bardzo lubię oglądać przeróżne filmy. Tak jak każdy, mam swoje ulubione filmy i twórców.