„Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód”

Na ekrany polskich kin trafi niebawem kolejny dramat… Kolejny, ponieważ ostatnio mamy przyjemność obserwować przede wszystkim ten gatunek filmów. Nasi zdolni, rodzimi reżyserzy, coraz częściej unikają tematów łatwych, serwując widzowi sprawy grubszego kalibru. Myślę, że próbują tym samym uciekać od słabych, przeciętnych i z reguły nieśmiesznych komedii, kierując się ku cenionym, nagradzanym, przesyconym emocjami i prawdą, genialnym dramatom obyczajowym.

Tym samym tropem, jak się domyślam, chciał pójść Robert Wichrowski - reżyser i współautor „Francuskiego numeru”, jak i wielu świetnie Wam znanych seriali telewizyjnych („BrzydUla”, „Szpilki na Giewoncie”,”Na Wspólnej”). Jego komedia, o której wcześniej wspomniałam, mimo nominacji do Złotych Lwów, nie spotkała się z przychylną opinią widzów. Być może stąd pomysł, na spróbowanie czegoś innego…

Film „Karuzela”, wokół którego cały czas się kręcę, miałam ostatnio przyjemność zobaczyć przedpremierowo. Dramat ten wejdzie do kin dopiero 23 maja, zatem musicie jeszcze troszeczkę na niego poczekać. Nie jestem natomiast pewna, czy jest to rzeczywiście produkcja, którą warto zobaczyć na dużym ekranie. Prędzej poleciłabym ją w 4 kątach domowego zacisza – najlepiej w okresie letnich deszczy i burz, ewentualnie w czasie nostalgicznej jesieni. Ma ona bowiem bardzo melancholijny klimat…

„Karuzela”, to historia czwórki przyjaciół, którym zadzwonił ostatni dzwonek do wejścia w dorosłe, odpowiedzialne życie. Są to ludzie w wieku 30 lat, których los zmusza do podejmowania często niespodziewanych działań. Kwestią sporną może być tutaj to, którzy bohaterowie pełnią role pierwszoplanowe. W mojej interpretacji całej historii, są nimi Rafał (Mikołaj Roznerski) oraz Piotr (Mateusz Janicki) – dwójka niezwykle bliskich przyjaciół, którzy z wyboru są dla siebie braćmi. Problem się pojawia, kiedy Rafał ląduje w łóżku z Magdą (Karolina Kominek) – dziewczyną swego przyjaciela. Wybucha między nimi ogniste uczucie, które bierze górę nad rozsądkiem i w efekcie końcowym kończy się ciążą. Zostaje to jednak praktycznie do samego końca filmu owiane tajemnicą. Widz od razu domyśla się, że dziecko Magdy należy również do Rafała, natomiast Piotr o niczym nie wie i… nigdy się już nie dowiaduje.

Zaistniała sytuacja, między tą trójką przyjaciół wywołuje w Rafale ogromny lęk i poczucie winy, które prowadzi go do Berlina, gdzie znajduje pracę, a także nową miłość (Maria Pawłowska). Po jakimś czasie przyjaciel odwiedza chłopaka w Niemczech i odnawia z nim kontakty. Mężczyźni znów zaczynają się spotykać i wszystko wraca do normy. Akcja filmu toczy się na wielu płaszczyznach, przez co momentami trudno było mi się połapać, w którym miejscu jesteśmy i jakim czasie jesteśmy.

Zarówno Rafał, jak i Piotr, zachowują się na początku filmu w sposób nie do końca dojrzały (chociaż można polemizować, czy rzeczywiście było to podyktowane niedojrzałością) – pierwszy idzie do łóżka z ukochaną przyjaciela, z kolei drugi pakuje się w bagno długów. Chcąc zapewnić swej przyszłej żonie oraz dziecku dobrobyt,  kombinuje pożyczki i dokonuje zakupu mieszkania oraz samochodu. Sytuacja zmusza go do zarobienia większych pieniędzy, gdyż obecna praca jest praktycznie niewypłacalna. Stąd obaj bracia, solidarnie jadą z kontyngentem wojskowym do Afganistanu.

Tutaj pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie… Sceny w Afganistanie zostały okrojone do kilku sekund, oraz w dziwny sposób wplątane w fabułę filmu. Momentami obraz nie trzymał się kupy. Dosłownie. Mnie, jako zwykłemu widzowi, dość mocno to przeszkadzało, zastanawiałam się cały czas – po jaką cholerę są tutaj te sceny?! Oglądając ten film miałam bardzo, bardzo, bardzo mieszane uczucia. Szczerze przyznam, że nie wiem, czy kiedykolwiek podczas jakiegoś seansu, towarzyszyły mi tak dziwne doznania. Byłam równocześnie znudzona, zirytowana, momentami zawstydzona, ale i ciekawa dalszego rozwoju akcji. To była mieszanka wybuchowa.

Przeszkadzał mi też brak akcji… Za dużo było dialogów i zdjęć ukazujących palącego papierosy Rafała. Nie powiem – zdjęcia były świetne. Na prawdę dobrze się je oglądało, natomiast często były za bardzo przeciągane, trochę jak III część „Władcy Pierścieni”. Nie chcemy przez pół godziny patrzeć, jak Frodo stoi na skałce i patrzy w otchłań. Chcemy akcji, raz, dwa, trzy! Tego w tym filmie niestety nie było. Było za mało dynamiki i niespodziewanych zwrotów, z kolei za dużo niepotrzebnych ujęć przeciągających ten film. Mogło być mocniej i konkretniej, ale też… mniej przewidywalnie. Już na wstępie można ułożyć zakończenie, przez co film nie podtrzymywał mojego ulubionego napięcia. Bardzo mi tego brakowało…

A jak do filmu przygotowywał się główny bohater dramatu? Co zainspirowało samego reżysera do stworzenia filmu o takiej fabule? Zapraszam do przeczytania krótkich wywiadów :)

Mikołaj Roznerski

Jak budowałeś swoją postać?

Zastanawiałem się jak ja, po przeczytaniu scenariusza, chciałbym zobaczyć tego chłopaka. To było tak, że oczywiście  jest to wchodzenie w literaturę scenariusza i sugerowanie się tym, co chce pokazać autor scenariusza i reżyser. Ale ja chciałem pokazać, że moja postać miała dwa okresy w swoim życiu. Okres kiedy jest na emigracji berlińskiej, kiedy w tym Berlinie żyje, hula, pali, przepraszam za wyrażenie – bzyka, dobrze się bawi, szuka jakiegoś sensu w swoim życiu i chce zabić te wspomnienia, które miał w Polsce. A druga część,to jest część mężczyzny, takiego 20/30-paro latka, którego wojsko wyprowadziło na prostą, na człowieka, który stąpa twardo swoimi stopami po naszej Ziemi. To było dla mnie ważne, żeby pokazać różnice, jak on się zmienił podczas tej ucieczki z Berlina i podczas bycia wojskowym. To było dla mnie bardzo ważne.

Jak dostałeś tę rolę? W filmie zagrałeś ze swoim kolegą, Mateuszem 

Mateusza Janickiego znałem już wcześniej, grałem z nim już w filmie „Supermarket”. Wprawdzie mieliśmy tam tylko jedną scenę, ale znamy się już kupę lat tak naprawdę. Poznaliśmy się, gdy Mateusz był na III roku studiów, a ja na I. Jest on ode mnie rocznikowo o 2 lata starszy. Rolę dostałem poprzez casting, który trwał bardzo długo. Robert szukał cały czas aktorów, już miał nawet wybraną obsadę, ale później zmienił zdanie… Jak się dowiedziałem, że Mateusz Janicki dostał rolę Piotra, to się bardzo ucieszyłem, bo wydaje mi się, że w aktorstwie filmowym (odmiennie do teatralnego), jest taki feeling między ludźmi. A my mamy ten feeling jako znajomi, a teraz to już nawet dobrzy znajomi. Mam nadzieję i zresztą z tego co widziałem, to ta nasza sympatia gdzieś tam się przeniosła na ekran. Myślę, że Robert też miał taki zamysł, że nie mogłoby tych ról zagrać dwóch obcych ludzi. Mam nadzieję, że się udało.

Właśnie się zastanawiałam, czy znajomość na planie jest rzeczywiście pomocna…

To wszystko zależy od tego jak rysujesz te postaci. To wszystko zależy od scenariusza, tego jak to wszystko jest prowadzone. Nie ma na to reguły. Może się zdarzyć, że jesteśmy dobrymi kumplami, a na ekranie wyjdzie jeden wielki gniot, ponieważ nie ma chemii między nami. Po obejrzeniu tego filmu po raz pierwszy, uważam, że ta chemia jest.

Patrząc na postać Rafała, odniosłam wrażenie, że jest troszkę podobna do postaci Marcina, którą grasz w „M jak miłość”.

Ciężko jest budować za każdym razem inną postać, ze względu na to, że ja mam taką technikę prowadzenia swojego aktorstwa, że staram się wykorzystać własne ja. Wtedy kino jest takim środkiem, że zagląda w oko i widzi różnice w oku, w charakterze postaci. Moja postać rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, szczególnie w etapie berlińskim, jest takim bawidamkiem, hulajduszą itd. Jest dosyć podobna do tej postaci Marcina z „M jak  miłość”. Ja też chciałem pokazać, że to jest taki uniwersalny typ, że takich kolesi jest sporo. Ta postać, którą buduję w „M…” też jest takim uniwersalnym typem i pewnie dlatego też tak wiele ludzi się z nią utożsamia.

Jakie masz cechy wspólne ze postacią Rafała?

Moje ciało mnie łączy z postacią (śmiech). A tak poważnie, staram się budować postać poprzez siebie, żeby to wszystko było dosyć prawdziwe. Natomiast staram się gdzieś oddzielać od swojej postaci, to jest też bardzo ważne dla budowania postaci, żeby złapać dystans. Ja widziałem projekcję tego filmu, to rzeczywiście nie widziałem siebie, co jest bardzo ważne, bo znaczy, że zbudowałem rolę.

Jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Jestem zadowolony, bo uważam, że zrobiliśmy inteligentne kino, że nie jest to film akcji. Co więcej, wzruszyłem się na nim, rozśmieszyło mnie kilka rzeczy i myślę, że jest to film do myślenia – patrząc na niego jako osoba z zewnątrz, a nie jako ja-realizator. Podoba i nie podoba, to jest pojęcie względne tak naprawdę, bo jednemu się może podobać, że jest film o alkoholikach, a drugiemu się to może nie podobać. Tutaj jest historia, którą podejrzeliśmy i chcieliśmy pokazać, że tak w życiu jest. To jest bardzo uniwersalna historia i lubię to w tym filmie, że od początku do końca byliśmy bardzo szczerzy i prawdziwi. Myślę, że pokazaliśmy pewną historię, która dotyczy wielu ludzi w Polsce i na świecie.

Rola Rafała to Twoja pierwsza duża rola kinowa…

Zgadza się. Wcześniej już grałem u boku Mariana Dziędziela w „Supermarkecie”, natomiast rola w „Karuzeli” to jest taka pierwsza duża moja rola, że jak się zobaczyłem, to jest mnie rzeczywiście dosyć dużo. Cała historia jest opowiedziana przez pryzmat mojej postaci, co mi się bardzo podoba oczywiście. Myślę, że zbudowałem wrażliwego człowieka, który ucieka, ucieka i przez cały ten film ucieka i się wzmaga ze swoimi pragnieniami, obowiązkami, przyjaźnią i przyjacielem, którego traktuje jak swojego brata. I oczywiście kończy się to bardzo dramatycznie, jest to dla niego wewnętrzny dramat, bo pewnie nigdy w życiu jego córka nie dowie się, że on jest jej ojcem i nie zrobi tego wbrew jej matki.

Myślisz, że taka męska, braterska przyjaźń jest w dzisiejszych czasach możliwa?

Oczywiście, że jest możliwa, ja do tej pory mam takiego przyjaciela. Oczywiście, kochałem się też w liceum w dziewczynie, która była dziewczyną mojego przyjaciela (śmiech).

Czyli historia Twojego bohatera nie jest Ci obca?

To znaczy „kochałem się”, to było coś takiego, że byłem zauroczony, bo jak też się można kochać w liceum? (śmiech). Byłem bardzo zauroczony i też ta historia jest mi bliska, bo mój przyjaciel był mi bliski i ta dziewczyna też, ale nigdy w życiu nie przekroczyłem żadnej granicy. Myślę, że przyjaźń męska jest w stanie przetrwać o wiele więcej niż miłość do kobiety.

Robert Wichrowski

Skąd wziął się pomysł na nakręcenie takiego filmu?

Z głowy i trochę z życia. Obserwowałem to, co się dzieje z tym pokoleniem ludzi urodzonych w latach 80, tym jak borykają się z rzeczywistością. Ale też jest to przywołanie kilku cytatów, które zdarzyły się w rzeczywistości. Jest to historia, która jest efektem mojej wyobraźni, wzmocnionej tym, co mogłem zaobserwować.

Czy czerpał Pan inspiracje z własnych doświadczeń, albo doświadczeń bliskich osób?

Oczywiście. Bliskie osoby zawsze są inspiracją, do tego żeby uruchomić myślenie na temat tworzenia jakiejkolwiek historii. Pamiętam jak kiedyś nauczyciele w łódzkiej szkole filmowej opowiadali, że jeżdżąc pociągiem można usłyszeć wiele niesamowitych historii, bo ludzie się otwierają. Te historię mogą posłużyć nam do wymyślenia kolejnych klocków takiego opowiadania. Także, jak najbardziej, jakaś część tego filmu jest zaczerpnięta z rzeczywistości. Poza tym znam wiele osób z pokolenia lat 80, czy też dwudziestoparolatków, absolwentów uczelni. Wiem i obserwuję z jakimi się borykają problemami, pracując na umowy śmieciowe, starając się o bezpłatne staże, często bez efektu. Często wyjeżdżają z kraju, żeby znaleźć gdzieś indziej swoją ziemię obiecaną. Albo też tutaj szukają wiele sposobów, żeby się w tej trudnej rzeczywistości odnaleźć.

Pańskie poprzednie produkcje, raczej były lekkie… to jest Pański pierwszy dramat.

Ja się nie specjalizuję w żadnym gatunku, ale ma pani rację, moje poprzednie produkcje były dość lekkie. Bliżej jest mi jednak do tego filmu, niż do tych, które robiłem dotychczas. Bardzo fajnie jak można się pośmiać na filmie, sam też lubię oglądać nawet po kilka razy, przeróżne klasyczne komedie, natomiast „Karuzela”, jeśli chodzi o temat i o ciężar, jest mi zdecydowanie bliższa niż filmy komediowe.

Będzie Pan teraz kierował się tą ścieżka?

O tym filmie mogę na pewno powiedzieć, że jest mój. Oczywiście chciałbym robić swoje filmy…

W „Karuzeli” było wiele ujęć, których nie do końca rozumiem, nie wiem jaką pełniły funkcję… Dla przykładu, scena tygrysa rozrywającego mięso, która została w dziwny sposób wplątana w akcję.

Oczywiście, ja wiem jaką pełniły funkcję (śmiech). Ten film dzieje się na kilku płaszczyznach i każda z tych płaszczyzn jest dla mnie inna emocjonalnie. Wyobrażam sobie, że jeśli Rafał wyjeżdża, emigruje na jakiś czas do Berlina, nie zapomina nagle o Magdzie i nie zapomina o swym przyjacielu Piotrze, ale żyje na chwilę w zupełnie innym świecie. Tak samo jest, jak chłopcy wyjeżdżają na misję, ta płaszczyzna ich emocjonalna jest zupełnie inna. Scena o której Pani wspomniała – ja ją nazwałem jako „sekwencja śmierci”, bo wychodzę z założenia, że człowiek umiera dopiero wtedy, kiedy ta informacja dociera do jego najbliższych, dlatego ta sekwencja zaczyna się od takich ujęć w zoo, a kończy się już sceną żałoby po pogrzebie.

Dlaczego Pan wybrał do swojego filmu tych właśnie aktorów?

To są przede wszystkim świetni aktorzy i to jest podstawowe kryterium, dlaczego znaleźli się w tym filmie. Można oczywiście pójść tropem bardzo rozpoznawalnych, znnaych nazwisk, które będą być może przyciągać szczególną uwagę np. na plakacie, ale dla mnie wybór Karoliny, Marysi, Mikołaja i Mateusza, był tym najlepszym i najwłaściwszym i wydaje mi się, że gdybym zadał sobie pytanie, kto mógłby zagrać za nich, to sobie odpowiadam – nikt.

Jak się z nimi pracowało?

Bardzo dobrze, tym bardziej, że Mikołaja i Mateusza znałem już dużo wcześniej, pracowaliśmy trochę razem, spotkaliśmy się na zdjęciach próbnych do innych projektów. Natomiast z Karoliną i Marysią współpracowałem po raz pierwszy, Marysia jest debiutantką. Z kolei Karolinę znałem z ekranu, z jej wcześniejszych dokonań, z teatru telewizji, gdzie bardzo mi się podobała. Kiedy aktorzy zaczęli się spotykać w czwórkę, wtedy wszyscy poczuliśmy, że to jest właściwy kierunek, że to są osoby, które powinny kreować te role.

Nie bał się Pan biorąc ich do swej produkcji?

Strach oczywiście jest nieodłączny, kiedy w ogóle próbuje się cokolwiek stworzyć i on był zarówno na etapie przygotowań do filmu, jak i teraz, kiedy już film został skończony, jak on zostanie odebrany. Natomiat absolutnie nie miałem żadnych obaw, co do współpracy z aktorami, bowiem ten wybór był świadomy i odpowiedzialny. Sytuacja była taka, że nawzajem sobie zaufaliśmy i chcieliśmy opowiedzieć tę historię i to jest najważniejsze, że nie było w tej naszej wspólnej pracy żadnego koniunkturalizmu, czy mówienia o tym, że może przydałoby nam isę jeszcze nazwisko aktora X, który jest na wszystkich stronach gazet, bo jest celebrytą. Zagrali prawdziwi, z krwi i kości artyści, aktorzy i to jest najważniejsze.

Do kogo kieruje Pan swój film?

Wydaje mi się, że dzisiaj nie ma filmów dla wszystkich. Poza dobrym, klasycznym filmem familijnym, animacjami, na które może pójść dziadek i wnuczek. Chciałbym oczywiście, żeby wszyscy oglądali ten film, ale wydaje mi się, że to jest taki film dla pokolenia między 20, a 40 rokiem życia, czyli dla ludzi ,którzy albo są przed pewnymi wyborami i wchodzą w dorosłe życie – studiują, albo kończą studia. Ale też dla tych, którzy coś takiego już mają za sobą i pewne doświadczenie, bagaż życiowy, dramaty, już przeżyli.

Czy ma on za zadanie moralizować?

Ja nie mam takich ambicji, żeby mówić o tym, że on ma być moralitetem, albo czegoś uczyć. Absolutnie nie. Ale na pewno będzie nam wszystkim niezwykle miło, jeśli ktoś wyjdzie po seansie i jeszcze przez kilka minut pomyśli o tym, co zobaczył, albo pomyśli o tym, że mógł mieć, albo miał podobną sytuację w życiu.\

Teraz w Polsce jest chyba „moda” na kręcenie dramatów, kiedyś był wysyp komedii, a teraz z kolei same poważne produkcje…

Zgadzam się. Myślę, że komedie są bardzo potrzebne, szczególnie dobre komedie, kiedy ja np. oglądam komedie typu „4 wesela i pogrzeb”, czy „to właśnie miłość”, to za każdym razem patrzę na wiele scen, które są bardzo śmieszne, ale zdarza się, że są bardzo dramatyczne, myślę, że możemy znaleźć tego bardzo dużo w tych filmach. Myślę, że to wszystko wynika też zt ego, że znajdujemy się w miejscu historycznym, taka jest teraz nasza kondycja psychiczna, że szukamy historii trudniejszych, poważniejszych. Wzorcem dla kina takiego i takiego, czyli dramatu, jest kinematografia brytyjska, która robi bardzo dużo dobrych komedii, a równocześnie dużo kina społecznego i tu wystarczy przywołać Kena Law, czy Mike’a Lee. Takie kino jest bardzo potrzebne.

Czy Pan przy tworzeniu „Karuzeli” inspirował się jakimiś innymi produkcjami?

Nie inspirowałem się jakoś szczególnie, ale oczywiście tak jak pewnie dla każdego, pewne filmy są mi bliższe, a pewne odbieram z mniejszym zaciekawieniem. Generalnie bardzo szanuję filmy i twórczość swoich kolegów i mogę powiedzieć, że kocham kino w tym sensie, że bardzo lubię oglądać przeróżne filmy. Tak jak każdy, mam swoje ulubione filmy i twórców.

“Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego, na wysokim poziomie“ – I część wywiadu z Pawłem Domagałą

Młody, zdolny, przystojny… Gra w filmach, teatrze, śpiewa piosenki, których sam jest autorem. Planuje również zmienić polskie kino i zacząć robić filmy. Człowiek orkiestra! Jest odkryciem 2014 roku, a przede wszystkim odkryciem polskiego, komediowego kina. Po premierze filmu “Wkręceni”, gdzie zagrał główną rolę u boku Bartosza Opanii i Piotra Adamczyka, jego skrzynka mailowa pęka w szwach, a krytycy są zdumieni jego talentem. Kto widział najnowszą komedię Piotra Wereśniaka, ten doskonale wie, o czym mowa. Postać Szyi, w którą się wcielił totalnie oczarowała widzów i zdobyła serca tysięcy Polaków. Paweł Domagała z hukiem wkroczył na wielki ekran polskiego kina i wszystko wskazuje na to, że prędko z niego nie zniknie. Na nasze szczęście.

Jak zdobyłeś rolę w komedii „Wkręceni”?

Moja agentka powiedziała mi o zdjęciach próbnych, a ja na nie poszedłem. Potem krok po kroku przechodziłem do następnych etapów castingu. Byłem przesłuchiwany mnóstwo razy, próbowałem do różnych ról, z różnymi aktorami. W ostatnim etapie spotkaliśmy się z Piotrkiem Adamczykiem i Bartkiem Opanią i tak już zostało.

Pojechałeś nad morze i dostałeś telefon…

Tak, byłem na wakacjach… Już o wszystkim zapomniałem, byłem przekonany, że gdyby mnie chcieli to już bym o tym wiedział. Ale niespodziewanie dostałem telefon, że reżyser jeszcze raz zaprasza mnie na zdjęcia próbne (śmiech). Co miałem robić? Wróciłem na dzień do Warszawy, a potem z powrotem nad morze, nocnym, najtańszym pociągiem. I to była podróż mojego życia (śmiech). W pociągu było chyba milion osób, bardzo ciekawe doświadczenie. Koniecznie musisz się przejechać takim pociągiem. A przy okazji pozdrawiam Wojtka Solarza (śmiech)

Z Piotrkiem Wereśniakiem znałeś się już wcześniej.

Tak, poznaliśmy się w pracy, na planie serialu „Wszystko przed nami”.

Skoro znaliście się już wcześniej, nie miałeś większej pewności, że dostaniesz rolę Szyi?

Ale Piotrek zna wszystkich (śmiech). Każdy z aktorów mógłby tak myśleć.

Jak Ci się współpracowało z Piotrem Adamczykiem i Bartoszem Opanią. Znaliście się wcześniej?

Tak naprawdę poznaliśmy się na planie. We “Wkręconych” gramy trójkę przyjaciół i prywatnie też się zaprzyjaźniliśmy, co bardzo nam ułatwiło pracę. Bardzo dobrze się rozumieliśmy, i fajnie nam się razem improwizowało. Dużo się od nich nauczyłem. To naprawdę wspaniali aktorzy. Na początku trochę się bałem, bo chłopaki są jednak już doświadczeni , a ja dopiero zaczynam. Zależało mi na tym, żeby na planie czuć się swobodnie, nie bać się czasem pomylić, zrobić coś żenującego i nie być za to ocenianym przez kolegów. Moje obawy okazały się absolutnie bezpodstawne, a chłopaki bardzo mi pomagali.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Znalazłeś się pośród dwóch świetnie wszystkim znanych aktorów, dostałeś główną rolę tuż obok nich… Nie miałeś przeświadczenia, że będziesz musiał dać z siebie dwa razy więcej, bo jesteś od nich mniej znany?

Zawsze daje z siebie dwa razy więcej (śmiech). A poza tym, tak szczerze to nie zastanawiałem się nad tym. Cieszyłem się, że mam takich partnerów i że gram w tym filmie i że codziennie uczę się czegoś nowego.

Łączy cię coś z postacią Szyi?

Wygląd (śmiech), głos i czasem niestety poziom inteligencji (śmiech)

Ty musisz mieć ogromne poczucie humoru. Zagrałeś tak zabawną postać, a poza tym tworzysz również kabaret…

Ma Pan poczucie humoru?”, “Tak mam” – to tak cytując klasyka (śmiech). Ale poważnie… Wydaje mi się, że w byciu aktorem dystans i poczucie humoru to podstawa. W moim przekonaniu, bez poczucia humoru i naturalności nie ma aktorstwa. Nawet rola dramatyczna, tragiczna zagrana zupełnie bez humoru, dystansu, będzie nie do oglądania, przynajmniej dla mnie. Nie do końca przekonuje mnie aktorstwo “na bebechach”, to nie moja estetyka, ale co ja tam wiem (śmiech), być może nie mam racji.

Jak się przygotowywałeś do roli Szyi?

W kółko czytałem scenariusz i starałem sobie wyobrazić jaki ten Szyja jest – czy mam wśród znajomych kogoś z kim mi się kojarzy, jaki to typ człowieka, jak mówi, jak chodzi. Jak już “złapałem Szyję”, to mogłem się nim trochę pobawić, poimprowizować i to było bardzo przyjemne.

Trochę scen zostało jednak wyciętych… Sam Bartosz Opania zdradził mi, że film mógł być trochę mocniejszy.

Pierwszy układ montażowy trwał 3 godziny, więc trzeba było coś wyciąć i poleciały te “mocniejsze” sceny, ale tu zaznaczam mocniejsze nie znaczy wulgarne… Chodzi tu bardziej o sceny abstrakcyjne. Wypadła np, scena którą z chłopakami uwielbialiśmy (śmiech) naszego słowiańskiego, stepowego śpiewu (śmiech), nam aktorom zawsze żal wyciętych scen… Ale myślę, że przyjdzie czas i we trójkę z Piotrkiem i Bartkiem, zagramy w odważnie abstrakcyjnej komedii (śmiech). A Piotrek Wereśniak wyreżyseruje.

Taki jest Wasz osobisty plan?

Taki jest plan. A plany są po to, żeby je realizować.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Jak się czujesz z tym, że zagrałeś główną rolę we „Wkręconych”?

Bardzo dobrze się czuję. To moja pierwsza tak duża rola w komercyjnym filmie. Cieszę się, bo wydaje mi się że naprawdę rzetelnie wykonałem swoją pracę. Ale przede wszystkim była to dla mnie ogromna przyjemność i nauka. Jestem zadowolony z siebie i z efektu końcowego. Myślę, że “Wkręceni” to bardzo pogodny film, brakuje takich filmów. Ludzie są mile zaskoczeni po obejrzeniu “Wkręconych”. Teraz po premierze jest ogromne szaleństwo, na facebooku mnóstwo osób pisze do nie, że myśleli, że to kolejna beznadziejna polska komedia i że miło się zaskoczyli. Bardzo mnie to cieszy. Nie ma się co oszukiwać, że w ostatnim czasie z polskimi komediami było naprawdę źle i widz niestety stracił do nich zaufanie. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej w polskich komediach, przynajmniej tych z moim udziałem (śmiech).

Musisz być z siebie bardzo dumny.

Jasne, jestem bardzo dumny z siebie, ale też z całej ekipy. Jestem strasznie zadowolony i szczęśliwy, że tak to wszystko wyszło.

Stresowałeś się oglądając go po raz pierwszy?

Widzieliśmy wszyscy ten film na premierze w Zamościu i tak się złożyło, że zobaczyliśmy premierę – nie z zaproszonymi gośćmi, tylko z ludźmi, którzy kupili bilety. Zastanawiałem się, czy się będą bawić czy nie. Ale ludzie naprawdę się bawili, naprawdę się śmiali i wyszli zadowoleni. Także myślę, że w swoim gatunku ten film spełnił wszystkie oczekiwania, bo ludzie fajnie, miło spędzają czas. My ich nie skłaniamy do przemyślenia swoich decyzji życiowych. Nie edukujemy ich – czym jest Polska, kim są Polacy, tak jak to jest ostatnio w kinach, ale dajemy im sto minut pogody, uśmiechu i radości. I z tego właśnie jestem bardzo zadowolony i bardzo dumny, że brałem udział w takim projekcie, że ludzie naprawdę dobrze się przy nim bawią i na 100 min mogą zapomnieć o tym kto, gdzie zginął i o tym całym syfie, który nas ciągle atakuje.

Czytałam na filmweb negatywną recenzję odnośnie „Wkręconych” i trochę mnie to zirytowało, bo krytyk chyba zbyt wiele wymagał od tego filmu.

Na filmwebie to chyba raczej nie recenzent (śmiech)… Co mam powiedzieć, każdy ma prawo pisać to co naprawdę uważa i bardzo dobrze. Jeżeli ktoś idzie na “Wkręconych” i oczekuje Almodovara, albo tego, że będzie to film typu “Wilk z Wall Street” to rzeczywiście się rozczaruje, ale jeśli chce dobrze się bawić i nie oczekuje, że film zmieni jego życie to na pewno wyjdzie zadowolony. Ja się nie wychowałem na jakiś prze ambitnych filmach, tylko na komediach Bena Stillera czy Adama Sandlera, a ich filmy nigdy nie mają dobrych recenzji (śmiech). Zresztą najlepiej zobaczyć samemu i ocenić (śmiech).

Potrafisz się zrelaksować oglądając filmy ze swoim udziałem?

To zależy jaki film z sobą oglądam ( śmiech). Na “Wkręconych” się zrelaksowałem. Zawsze staram się oglądać filmy, w których zagrałem nawet po kilkanaście razy. Robię to po to, by zobaczyć dlaczego coś, o czym myślałem, że działa – np. nie działa. Próbuję to później przeanalizować. Zresztą jak jest jakiś film, który wybitnie mi się podoba, to też go oglądam kilkanaście razy i staram się analizować, co ten aktor takiego zrobił, że mi się to tak podoba. Albo odwrotnie – co jest takiego złego w tym filmie, że aż mnie odrzuca. Ja całkiem poważnie podchodzę do tych tematów. Na “Wkręconych” byłem parę razy w kinie (śmiech). Kupiłem bilet, usiadłem z tyłu i oglądałem. Podobało mi się, bo publiczność się śmiała i fajnie reagowała, więc byłem zadowolony.

Inspirujesz się innymi aktorami? Uczysz się oglądając ich na ekranie?

No pewnie, że się uczę i inspiruję. Ben Stiller, Adam Sandler, Bogumił Kobiela, Tadeusz Fijewski to dla mnie mistrzowie, bardzo mnie inspirują. Zresztą mnie inspirują prawie wszyscy, ja buduję swoją karierę na talencie innych (śmiech). Ilu jest wspaniałych aktorów, z którymi pracuję w teatrze, nawet nie sposób ich wymienić. Każdy z nich ma w sobie coś innego, niepowtarzalnego, coś czego nie mam ja. Uczę się od nich innej niż moja wrażliwości, innego poczucia humoru, czerpie z nich garściami, wykorzystuję ich talent do rozwijania mojego (śmiech) i tak to chyba działa. Jest tylu wspaniałych aktorów, aktorek dookoła mnie, że aż mnie to przeraża. Oczywiście uwielbiam DiCaprio, Nortona, Boże mógłbym wymieniać bez końca. Ja praktycznie od dziecka nie robię nic innego jak oglądam filmy, także naprawdę tych inspiracji mam mnóstwo. Ale muszę tu wymienić jeszcze Mela Gibsona, bo do niego mam największy sentyment (śmiech), to ukochany aktor mojego dzieciństwa, a “Braveheart” widziałem już chyba 500 razy.

Chcesz też być reżyserem?

Tak, chcę być reżyserem i producentem, to taki mój plan na najbliższe 20 lat.

Czemu tak późno? Jest przecież cała masa młodszych od Ciebie reżyserów, którzy robią genialne filmy.

Najpierw muszę pograć (śmiech). Muszę się wiele nauczyć, poobserwować jak to wszystko działa, krok po kroczku, nie mam zamiaru robić siary (śmiech), 20 lat to optymalny czas, chyba że stwierdzę, że mogę zaryzykować wcześniej i pokaże ludziom taki produkt jaki sam bym chciał zobaczyć.

Jaki jest Twój aktorski cel?

Ja po prostu chcę grać. Chcę grać we wszystkim będzie miało dla mnie jakąś wartość. Mogę Ci mówić banały, że najbardziej to bym chciał grać skomplikowane psychologicznie postacie, wymagające, trudne role – i chciałbym, pewnie. Ale bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym mógł grać w komediach, filmach familijnych, na które przychodziłoby do kina 5mln osób, dobrze się bawiło i zapominało o wszystkich problemach. Żeby po takich filmach ojcowie bardziej kochali dzieci itp, żeby ludziom chciało się żyć (śmiech), żeby te moje rola dawały im nadzieję. Uwielbiam film z Adamem Sandlerem – “Click” – o w takich filmach chciałbym grać (śmiech).

O czym marzysz?

O pokoju na świecie (śmiech). Tak jak mówiłem. Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego na wysokim poziomie. Według mnie Polacy są tak fantastycznym narodem, z tak fantastycznym poczuciem humoru, że zasługują na fantastyczne komedie, które dorosną do ich poziomu. Teraz większość komedii nie dorasta do poziomu inteligencji i poczucia humoru widza. Tak uważam. Marzy mi się, żeby wprowadzić taki styl, gatunek filmów komercyjnych, które dorosną do poziomu widza.

Przyjąłbyś rolę filmową głównie dla pieniędzy?

To zależy ile w danym momencie miałbym pieniędzy (śmiech). Jakbym miał pieniądze, żeby sobie spokojnie żyć, to bym nie przyjął, a jakbym ledwo wiązał koniec z końcem to bym przyjął. Ja zresztą nie mam wysokich wymagań. Nie muszę mieć domu o wielkości 200 m2 i samochodu za 500 tys zł. Takie coś mnie nie kręci.

Grasz też w serialach. A karierę zacząłeś od… ?

Zacząłem od teatru. Ja w ogóle więcej gram w teatrze niż w filmie. Ale pojawiam się też często w serialach, zgadza się. Są telenowele, które mają z milion odcinków i nie za fajnie się w nich gra, ale czasem trzeba. Trzeba to robić, nie tylko dla pieniędzy, ale też po to, żeby ktoś cię zauważył. Wszędzie można się czegoś nauczyć. Ale są też 13 odcinkowe seriale i uważam, że to są bardzo fajne produkcje! Co więcej – w Stanach więcej pieniędzy idzie na takie seriale niż na filmy. Nie widzę powodu, dla którego miałbym odmawiać gry w serialu, a gdybym dostał rolę w 13 odcinkowym serialu, to bym się bardzo z tego ucieszył.

Może teraz po Twoim dużym debiucie posypią propozycje?

Nie zapeszam, ale póki co nie jest źle (śmiech). Teraz zależy mi na tym, żeby nie brać wszystkiego co mi proponują, tylko wybierać te propozycję w których będę mógł się czegoś nauczyć i które przybliżą mnie do celu jaki sobie postawiłem. Zresztą w serialu też można zagrać genialnie, nawet w telenoweli. Niezależnie od tego w czym się gra, trzeba mieć odpowiednie podejście. Jeżeli grasz w “M jak miłość”, które ogląda 5 mln osób, a nie podchodzisz do tego poważnie i nie robisz tego dobrze, to jest to jakaś totalna amatorszczyzna.

Niestety często, te seriale szufladkują.

Wolę być aktorem “zaszufladkowanym”, ale grającym, niż “niezaszufladkowanym” grzejącym ławę (śmiech). Aktor jest od tego, żeby grać.

Większość Twoich ról jest komediowych. Granie postaci innej niż komediowej, jest dla Ciebie wyzwaniem?

Ja po prostu lubię grać i nie zastanawiam się jaki to gatunek, jeżeli czuję, że mogę coś zrobić dobrze, albo dużo się nauczyć to wchodzę w to na sto procent. Teraz gram np. Berengera w “Nosorożcu”, w Teatrze Dramatycznym i praca nad tą rolę bardzo mnie rozwinęła jako aktora. Pracowałem z aktorami od których mogłem się wiele nauczyć, którzy pokazali mi drogi, którymi wcześniej nie chodziłem i myślę, że to zaowocuje w przyszłości. Jak już jednak wcześniej mówiłem, zawsze staram się “wpuścić trochę powietrza” w postacie które gram. Ważne dla mnie jest również to, żeby nie bać się porażek, nie bać się, że jakąś rolę położę, że się nie spodobam, jeśli zrozumiem dlaczego coś “skopałem” to jest to bezcenna lekcja. Myślę o tym, żeby być w zawodzie przez 50 lat, a nie przez 5. To jest dla mnie najważniejsze.

„Najtrudniejsze sceny to te, w których nie używaliśmy słów i ważne były tylko spojrzenia” – wywiad z Bartoszem Gelnerem

Swoim talentem zachwycił Krzysztofa Warlikowskiego, a następnie zaczął zachwycać fanów inscenizacji na deskach Nowego Teatru. Na ekrany kin wszedł z mocnym akcentem wcielając się w postać Aleksandra w filmie „Sala samobójców”. Po dwóch latach powraca i to w niebanalnym stylu…

Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Bartoszem Gelnerem.

P: Jak zaczęła się twoja przygoda z filmem „Płynące wieżowce’? Dostałeś propozycję zagrania roli Michała czy poszedłeś na casting?
B: To był normalny casting przeprowadzony przez Tomka Wasilewskiego. W jednym z ostatnich dni castingu pojawiliśmy się z Mateuszem Banasiukiem. Na castingu ja grałem Kubę, którego ostatecznie zagrał Mateusz, a Mateusz Michała. Było zupełnie na odwrót. Tomek nas pozamieniał.

P: Dlaczego was pozamieniał?
B:  Nie wiem, jakaś taka energia się wytworzyła na castingu i Tomek tak chciał spróbować. Ja też w sumie przygotowywałem się bardziej do roli Kuby na casting a później wyszło inaczej, aczkolwiek w rezultacie jesteśmy zadowoleni.

P: Jak Ci się pracowało z Mateuszem Banasiukiem?
B: Super bo my się znamy już bardzo długo. Poznaliśmy się na planie serialu, który kręciliśmy parę lat wcześniej. Bardzo się polubiliśmy , więc współpraca była mega w porządku.

P: Czy tak kontrowersyjne sceny jak te, które mogliśmy oglądać w filmie „Płynące wieżowce” łatwiej zagrać z kimś obcym czy jednak z osobą , którą się zna?
B:  W moim przypadku jest tak, że odegranie z Mateuszem scen bliskości nie było dla mnie problemem. Mateusz jest moim kumplem, znamy się, przebieramy się razem w szatni, kąpiemy pod prysznicami itd. Mam tez swój pogląd seksualny i granie takich scen nie było dla mnie problemem. To jest film, taki jest scenariusz i oboje z Mateuszem mieliśmy świadomość tego jakie wyzwanie podejmujemy. Reżyser Tomek Wasilewski fajnie nami kierował i nie było żadnego problemu, żeby po odegraniu takich scen spojrzeć sobie w oczy.

P: Które sceny były dla ciebie najtrudniejsze do zagrania?
B: Najtrudniejsze sceny to te, w których nie używaliśmy słów i ważne były tylko spojrzenia. To jest tak samo jak w życiu. Czasami możesz na kogoś popatrzeć i wyczuć chemię i wtedy już gitara. Osiągnąć w filmie coś takiego było trudne. Wszystkie te sceny polegające na delikatności były zdecydowanie najtrudniejsze.

P: Jak oceniasz „Płynące wieżowce” z punktu widzenia widza?
B: Jak zobaczyłem go pierwszy raz pomyślałem, że jest to dobre kino europejskie. Ja lubię takie filmy. W filmie interesują mnie emocje.

P: Jak myślisz, jak publiczność zareaguje na tak wiele scen, w których dominuje nagość?
B: Dla kogoś nagość może jest kontrowersją. Ja uważam, że nagość jest super. Może trzeba czasem w niedzielę, w południe wypić kawę nago i do tej nagości się przyzwyczaić. Nagość nie musi być tylko wtedy, gdy jest się w łóżku w sytuacji intymnej. Ciało ludzkie jest piękne. Tomek miał taki pomysł na ten film i ja rozumiem ten zamysł.

P: Niektórzy aktorzy maja swoich dublerów do tego typu scen
B: Ja nie miałem zbyt wiele scen nagości. O nagość chyba lepiej zapytać Mateusza Banasiuka, ale z mojego męskiego punktu widzenia dubler chyba nie był mu potrzebny (śmiech).

P: Powstają jakieś nowe projekty z twoim udziałem?
B: W najbliższym czasie będę grał w spektaklu na festiwalu „Boska Komedia” w Krakowie. „Płynące wieżowce” dopiero wejdą do kin więc może jakieś propozycje filmowe się pojawią. Cały czas gram w serialu „Barwy szczęścia” i ogólnie nie narzekam pomimo jesieni (śmiech).

P: To ja tobie dziękuję za rozmowę i życzę więcej ról jak ta w „Płynących wieżowcach”
B: Takich to już może nie, żeby nie dać się zaszufladkować. Trzeba iść do przodu (śmiech).

„Wszystko jest teraz komercyjne i jest papą!” – wywiad z Jarosławem Jakimowiczem

Polska pokochała go za rolę „Cichego” w filmie „Młode wilki”. Dzisiaj wypowiada się oschle na temat nowych, polskich produkcji filmowych. I chociaż przez najbliższy rok nie zobaczymy go na ekranach kin, aktor nie próżnuje i bardzo chętnie bierze udział w kampaniach… O jakich kampaniach mowa? Przeczytajcie wywiad z Jarosławem Jakimowiczem!

 

P: Czy to prawda, że wziąłeś udział w reklamie leku na potencję? Dlaczego się na to zdecydowałeś?
J:  Dla pieniędzy. Cieszę się, że to właśnie do mnie z tą propozycją się zgłosili bo zarobiłem dzięki temu pieniądze.

P: Dostałeś w gratisie ten lek?
J: Ja nie potrzebuję tego (śmiech). Ta reklama nie mówi „Ja Jarosław Jakimowicz biorę te proszki”. Ta reklama skierowana jest do mężczyzn, przecież ja ten lek reklamuję dla nich. Wszystko dla pieniędzy. Ja uczestniczę na przykład w kampaniach fundacji „Szansa Dzieciom”, w której działam  i to jest zupełnie inna historia, tam działam dla przyjemności… Jeśli ktoś mi opowiada, że występuje w reklamie dla jakiejś innej idei niż pieniądze to bredzi.

P: Możesz opowiedzieć coś więcej na temat twojej współpracy z fundacją „Szansa Dzieciom”?
J: Współpracuję z fundacją z którą kiedyś nawiązałem kontakt dość powierzchowny i z czasem okazało się, że dość poważnie się w to zaangażowałem. Przedstawię to tak: co czwarty wychowanek domu dziecka ma konflikt z prawem, trafia do ośrodka karnego, do więzienia. Domy dziecka są wylęgarnią przestępców, których się nie edukuje, nie przystosowuje do dorosłego życia, w wieku 18 lat się ich zostawia, daje się im pieniądze, rzadko mieszkanie, wypuszcza się na świat kompletnie nie przygotowanych do życia. I dlatego jest fundacja „Szansa Dzieciom”, która zajmuje się edukowaniem dzieci i przygotowywaniem ich do dorosłego życia.

P: A na czym polega twoja pomoc?
J: Ja spotykam się z tymi dziećmi, jeżdżę z nimi na obozy, na szkolenia

P: Ta pomoc przynosi rezultaty?
J:  To się okaże. Spotykając się dzisiaj z dziećmi, które maja ok 10 lat nie wiem co z nimi będzie, gdy wyjdą z domu dziecka. Zobaczymy jaki wpływ będzie miało to, co robimy.

P: Masz na swoim koncie role w dobrych, polskich komediach takich jak „Poranek Kojota”. Te filmy nieco różnią się od tych, które powstają aktualnie. Co sadzisz o najnowszych polskich komediach?
J: Nie oglądam ich, nie interesują mnie te komedie, nie bawią mnie, tym bardziej komedie romantyczne.

P: Ale jak uważasz, dlaczego teraz nie nagrywa się tak dobrych komedii jak dawniej?
J: Wszystko jest teraz komercyjne, jest papą i jest na zasadzie serialu. Powstaje cała masa serialów, w których grają te same osoby itd. Ja się osobiście nie zastanawiam nad tym, nie interesuje mnie to kompletnie. Jeżeli są widzowie, jest zapotrzebowanie, ktoś znajduje pieniądze na to, żeby coś wyprodukować to niech sobie to robi. Jeżeli ja będę miał pieniądze i nagram coś, czego ludzie i tak nie będą oglądać ale będę miał ochotę to zrobić, to to zrobię bo mam do tego prawo.

P: Taką komercyjną papą jest na przykład pseudo komedia „Kac Wawa”
J: Ja podejrzewam, że osoby i aktorzy, które wzięły udział w tym projekcie w momencie zapoznawania się ze scenariuszem nie spodziewały  się, ze coś takiego z tego wyjdzie. Ja nie widziałem tego filmu, wiec nie mogę go oceniać, ale wszystko to, co usłyszałem było masakryczne. Z drugiej strony wiem, że Polska jest takim krajem gdzie jak trzech popluło to reszta też pluje. Nie chcę tego filmu oceniać.

P: Czy ty w ogóle nie oglądasz polskiego kina?
J: Ja oglądam stare polskie filmy, to mnie interesuje. Tych nowych nie chce mi się oglądać to jest kwestia mojego gustu i wyboru. Teraz w kinach pojawi się bardzo fajny film „Płynące wieżowce” opowiadający o parze chlopaków homoseksualistów. Ten film zdobył bardzo dużo nagród. Wiedziałem trailer i myślę, że to będzie dobry film. Fajne, nieznane gęby aktorów, fajnie zagrany, co widać już w zwiastunie i ten film obejrzę z wielką przyjemnością. Wczoraj widziałem film z Panem Janem Himilsbachem. Wszystkie filmy z jego udziałem obejrzałem już po 100 razy i jak jeden z nich widzę w telewizorze to zawsze się zatrzymuję i znowu oglądam.

P: Co ci imponuje w Janie Himilsbachu?
J: Uwielbiam tego człowieka, jego charyzmę, sposób gry, naturalność, jego historię. On jest dla mnie postacią kultową.

P: Słyszałeś, a może nawet widziałeś serial „Miłość na bogato”? Co myślisz o tego typu produkcjach?
J: Takie projekty są na całym świecie. My tych projektów nie wymyślamy, to nie są nasze formaty. To wszystko gdzieś odniosło popularność, zostało przeniesione do nas i u nas ma oglądalność. W Anglii jest „Ekipa z Newcastle” więc w Polsce też coś takiego musiało powstać. Myślę że to ma swoich odbiorców. Myślę też, że my wszyscy mamy władzę, prawo decyzji, decydujemy pilotem, możemy coś włączyć albo wyłączyć. Ja nie muszę tego oglądać i nie będę tego oglądał. Nie interesuje mnie co chłopaki będą robić na siłce, czy będą pić, tańczyć czy dziewczyny będą się wyginać, a wszyscy będą się zastanawiać czy ona mu już to zrobiła, czy jeszcze nie

P: A czy ty działasz jeszcze jako aktor?
J:  Działam. Wystąpiłem w serialu 52, w przyszłym tygodniu będzie emisja. Pojawił się też pomysł, abyśmy jeszcze tego roku zaczęli kręcić trzecią część Wilków, ale ostatecznie zaczynamy kręcić w przyszłym roku.

P: W takim razie niecierpliwie czekam! Dziękuję za rozmowę!