Niezwykła podróż do świata „Frankensteina” w reż. Bogusława Lindy

Fot. Krzysztof Bieliński

Fot. Krzysztof Bieliński

Jestem w szoku. Jestem w absolutnym szoku przez to, co zobaczyłam. Od dzieciaka byłam zauroczona Bogusławem Lindą lecz teraz mogę powiedzieć, że go naprawdę kocham. Sztuka „Frankenstein” w jego reżyserii, która miała ostatnio swą premierę to absolutne dzieło. Przez prawie trzy godziny siedziałam z otwartą paszczą, a moje ciało pokryte było gęsią skórką od stóp aż po sam czubek głowy. Były momenty przerażenia, czasem robiło mi się nawet niedobrze, ostatecznie jednak wyszłam ze łzami w oczach, tak wiele było w niej wzruszających momentów… Czytaj więcej

„Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód”

Na ekrany polskich kin trafi niebawem kolejny dramat… Kolejny, ponieważ ostatnio mamy przyjemność obserwować przede wszystkim ten gatunek filmów. Nasi zdolni, rodzimi reżyserzy, coraz częściej unikają tematów łatwych, serwując widzowi sprawy grubszego kalibru. Myślę, że próbują tym samym uciekać od słabych, przeciętnych i z reguły nieśmiesznych komedii, kierując się ku cenionym, nagradzanym, przesyconym emocjami i prawdą, genialnym dramatom obyczajowym.

Tym samym tropem, jak się domyślam, chciał pójść Robert Wichrowski - reżyser i współautor „Francuskiego numeru”, jak i wielu świetnie Wam znanych seriali telewizyjnych („BrzydUla”, „Szpilki na Giewoncie”,”Na Wspólnej”). Jego komedia, o której wcześniej wspomniałam, mimo nominacji do Złotych Lwów, nie spotkała się z przychylną opinią widzów. Być może stąd pomysł, na spróbowanie czegoś innego…

Film „Karuzela”, wokół którego cały czas się kręcę, miałam ostatnio przyjemność zobaczyć przedpremierowo. Dramat ten wejdzie do kin dopiero 23 maja, zatem musicie jeszcze troszeczkę na niego poczekać. Nie jestem natomiast pewna, czy jest to rzeczywiście produkcja, którą warto zobaczyć na dużym ekranie. Prędzej poleciłabym ją w 4 kątach domowego zacisza – najlepiej w okresie letnich deszczy i burz, ewentualnie w czasie nostalgicznej jesieni. Ma ona bowiem bardzo melancholijny klimat…

„Karuzela”, to historia czwórki przyjaciół, którym zadzwonił ostatni dzwonek do wejścia w dorosłe, odpowiedzialne życie. Są to ludzie w wieku 30 lat, których los zmusza do podejmowania często niespodziewanych działań. Kwestią sporną może być tutaj to, którzy bohaterowie pełnią role pierwszoplanowe. W mojej interpretacji całej historii, są nimi Rafał (Mikołaj Roznerski) oraz Piotr (Mateusz Janicki) – dwójka niezwykle bliskich przyjaciół, którzy z wyboru są dla siebie braćmi. Problem się pojawia, kiedy Rafał ląduje w łóżku z Magdą (Karolina Kominek) – dziewczyną swego przyjaciela. Wybucha między nimi ogniste uczucie, które bierze górę nad rozsądkiem i w efekcie końcowym kończy się ciążą. Zostaje to jednak praktycznie do samego końca filmu owiane tajemnicą. Widz od razu domyśla się, że dziecko Magdy należy również do Rafała, natomiast Piotr o niczym nie wie i… nigdy się już nie dowiaduje.

Zaistniała sytuacja, między tą trójką przyjaciół wywołuje w Rafale ogromny lęk i poczucie winy, które prowadzi go do Berlina, gdzie znajduje pracę, a także nową miłość (Maria Pawłowska). Po jakimś czasie przyjaciel odwiedza chłopaka w Niemczech i odnawia z nim kontakty. Mężczyźni znów zaczynają się spotykać i wszystko wraca do normy. Akcja filmu toczy się na wielu płaszczyznach, przez co momentami trudno było mi się połapać, w którym miejscu jesteśmy i jakim czasie jesteśmy.

Zarówno Rafał, jak i Piotr, zachowują się na początku filmu w sposób nie do końca dojrzały (chociaż można polemizować, czy rzeczywiście było to podyktowane niedojrzałością) – pierwszy idzie do łóżka z ukochaną przyjaciela, z kolei drugi pakuje się w bagno długów. Chcąc zapewnić swej przyszłej żonie oraz dziecku dobrobyt,  kombinuje pożyczki i dokonuje zakupu mieszkania oraz samochodu. Sytuacja zmusza go do zarobienia większych pieniędzy, gdyż obecna praca jest praktycznie niewypłacalna. Stąd obaj bracia, solidarnie jadą z kontyngentem wojskowym do Afganistanu.

Tutaj pojawia się moje pierwsze zastrzeżenie… Sceny w Afganistanie zostały okrojone do kilku sekund, oraz w dziwny sposób wplątane w fabułę filmu. Momentami obraz nie trzymał się kupy. Dosłownie. Mnie, jako zwykłemu widzowi, dość mocno to przeszkadzało, zastanawiałam się cały czas – po jaką cholerę są tutaj te sceny?! Oglądając ten film miałam bardzo, bardzo, bardzo mieszane uczucia. Szczerze przyznam, że nie wiem, czy kiedykolwiek podczas jakiegoś seansu, towarzyszyły mi tak dziwne doznania. Byłam równocześnie znudzona, zirytowana, momentami zawstydzona, ale i ciekawa dalszego rozwoju akcji. To była mieszanka wybuchowa.

Przeszkadzał mi też brak akcji… Za dużo było dialogów i zdjęć ukazujących palącego papierosy Rafała. Nie powiem – zdjęcia były świetne. Na prawdę dobrze się je oglądało, natomiast często były za bardzo przeciągane, trochę jak III część „Władcy Pierścieni”. Nie chcemy przez pół godziny patrzeć, jak Frodo stoi na skałce i patrzy w otchłań. Chcemy akcji, raz, dwa, trzy! Tego w tym filmie niestety nie było. Było za mało dynamiki i niespodziewanych zwrotów, z kolei za dużo niepotrzebnych ujęć przeciągających ten film. Mogło być mocniej i konkretniej, ale też… mniej przewidywalnie. Już na wstępie można ułożyć zakończenie, przez co film nie podtrzymywał mojego ulubionego napięcia. Bardzo mi tego brakowało…

A jak do filmu przygotowywał się główny bohater dramatu? Co zainspirowało samego reżysera do stworzenia filmu o takiej fabule? Zapraszam do przeczytania krótkich wywiadów :)

Mikołaj Roznerski

Jak budowałeś swoją postać?

Zastanawiałem się jak ja, po przeczytaniu scenariusza, chciałbym zobaczyć tego chłopaka. To było tak, że oczywiście  jest to wchodzenie w literaturę scenariusza i sugerowanie się tym, co chce pokazać autor scenariusza i reżyser. Ale ja chciałem pokazać, że moja postać miała dwa okresy w swoim życiu. Okres kiedy jest na emigracji berlińskiej, kiedy w tym Berlinie żyje, hula, pali, przepraszam za wyrażenie – bzyka, dobrze się bawi, szuka jakiegoś sensu w swoim życiu i chce zabić te wspomnienia, które miał w Polsce. A druga część,to jest część mężczyzny, takiego 20/30-paro latka, którego wojsko wyprowadziło na prostą, na człowieka, który stąpa twardo swoimi stopami po naszej Ziemi. To było dla mnie ważne, żeby pokazać różnice, jak on się zmienił podczas tej ucieczki z Berlina i podczas bycia wojskowym. To było dla mnie bardzo ważne.

Jak dostałeś tę rolę? W filmie zagrałeś ze swoim kolegą, Mateuszem 

Mateusza Janickiego znałem już wcześniej, grałem z nim już w filmie „Supermarket”. Wprawdzie mieliśmy tam tylko jedną scenę, ale znamy się już kupę lat tak naprawdę. Poznaliśmy się, gdy Mateusz był na III roku studiów, a ja na I. Jest on ode mnie rocznikowo o 2 lata starszy. Rolę dostałem poprzez casting, który trwał bardzo długo. Robert szukał cały czas aktorów, już miał nawet wybraną obsadę, ale później zmienił zdanie… Jak się dowiedziałem, że Mateusz Janicki dostał rolę Piotra, to się bardzo ucieszyłem, bo wydaje mi się, że w aktorstwie filmowym (odmiennie do teatralnego), jest taki feeling między ludźmi. A my mamy ten feeling jako znajomi, a teraz to już nawet dobrzy znajomi. Mam nadzieję i zresztą z tego co widziałem, to ta nasza sympatia gdzieś tam się przeniosła na ekran. Myślę, że Robert też miał taki zamysł, że nie mogłoby tych ról zagrać dwóch obcych ludzi. Mam nadzieję, że się udało.

Właśnie się zastanawiałam, czy znajomość na planie jest rzeczywiście pomocna…

To wszystko zależy od tego jak rysujesz te postaci. To wszystko zależy od scenariusza, tego jak to wszystko jest prowadzone. Nie ma na to reguły. Może się zdarzyć, że jesteśmy dobrymi kumplami, a na ekranie wyjdzie jeden wielki gniot, ponieważ nie ma chemii między nami. Po obejrzeniu tego filmu po raz pierwszy, uważam, że ta chemia jest.

Patrząc na postać Rafała, odniosłam wrażenie, że jest troszkę podobna do postaci Marcina, którą grasz w „M jak miłość”.

Ciężko jest budować za każdym razem inną postać, ze względu na to, że ja mam taką technikę prowadzenia swojego aktorstwa, że staram się wykorzystać własne ja. Wtedy kino jest takim środkiem, że zagląda w oko i widzi różnice w oku, w charakterze postaci. Moja postać rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, szczególnie w etapie berlińskim, jest takim bawidamkiem, hulajduszą itd. Jest dosyć podobna do tej postaci Marcina z „M jak  miłość”. Ja też chciałem pokazać, że to jest taki uniwersalny typ, że takich kolesi jest sporo. Ta postać, którą buduję w „M…” też jest takim uniwersalnym typem i pewnie dlatego też tak wiele ludzi się z nią utożsamia.

Jakie masz cechy wspólne ze postacią Rafała?

Moje ciało mnie łączy z postacią (śmiech). A tak poważnie, staram się budować postać poprzez siebie, żeby to wszystko było dosyć prawdziwe. Natomiast staram się gdzieś oddzielać od swojej postaci, to jest też bardzo ważne dla budowania postaci, żeby złapać dystans. Ja widziałem projekcję tego filmu, to rzeczywiście nie widziałem siebie, co jest bardzo ważne, bo znaczy, że zbudowałem rolę.

Jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Jestem zadowolony, bo uważam, że zrobiliśmy inteligentne kino, że nie jest to film akcji. Co więcej, wzruszyłem się na nim, rozśmieszyło mnie kilka rzeczy i myślę, że jest to film do myślenia – patrząc na niego jako osoba z zewnątrz, a nie jako ja-realizator. Podoba i nie podoba, to jest pojęcie względne tak naprawdę, bo jednemu się może podobać, że jest film o alkoholikach, a drugiemu się to może nie podobać. Tutaj jest historia, którą podejrzeliśmy i chcieliśmy pokazać, że tak w życiu jest. To jest bardzo uniwersalna historia i lubię to w tym filmie, że od początku do końca byliśmy bardzo szczerzy i prawdziwi. Myślę, że pokazaliśmy pewną historię, która dotyczy wielu ludzi w Polsce i na świecie.

Rola Rafała to Twoja pierwsza duża rola kinowa…

Zgadza się. Wcześniej już grałem u boku Mariana Dziędziela w „Supermarkecie”, natomiast rola w „Karuzeli” to jest taka pierwsza duża moja rola, że jak się zobaczyłem, to jest mnie rzeczywiście dosyć dużo. Cała historia jest opowiedziana przez pryzmat mojej postaci, co mi się bardzo podoba oczywiście. Myślę, że zbudowałem wrażliwego człowieka, który ucieka, ucieka i przez cały ten film ucieka i się wzmaga ze swoimi pragnieniami, obowiązkami, przyjaźnią i przyjacielem, którego traktuje jak swojego brata. I oczywiście kończy się to bardzo dramatycznie, jest to dla niego wewnętrzny dramat, bo pewnie nigdy w życiu jego córka nie dowie się, że on jest jej ojcem i nie zrobi tego wbrew jej matki.

Myślisz, że taka męska, braterska przyjaźń jest w dzisiejszych czasach możliwa?

Oczywiście, że jest możliwa, ja do tej pory mam takiego przyjaciela. Oczywiście, kochałem się też w liceum w dziewczynie, która była dziewczyną mojego przyjaciela (śmiech).

Czyli historia Twojego bohatera nie jest Ci obca?

To znaczy „kochałem się”, to było coś takiego, że byłem zauroczony, bo jak też się można kochać w liceum? (śmiech). Byłem bardzo zauroczony i też ta historia jest mi bliska, bo mój przyjaciel był mi bliski i ta dziewczyna też, ale nigdy w życiu nie przekroczyłem żadnej granicy. Myślę, że przyjaźń męska jest w stanie przetrwać o wiele więcej niż miłość do kobiety.

Robert Wichrowski

Skąd wziął się pomysł na nakręcenie takiego filmu?

Z głowy i trochę z życia. Obserwowałem to, co się dzieje z tym pokoleniem ludzi urodzonych w latach 80, tym jak borykają się z rzeczywistością. Ale też jest to przywołanie kilku cytatów, które zdarzyły się w rzeczywistości. Jest to historia, która jest efektem mojej wyobraźni, wzmocnionej tym, co mogłem zaobserwować.

Czy czerpał Pan inspiracje z własnych doświadczeń, albo doświadczeń bliskich osób?

Oczywiście. Bliskie osoby zawsze są inspiracją, do tego żeby uruchomić myślenie na temat tworzenia jakiejkolwiek historii. Pamiętam jak kiedyś nauczyciele w łódzkiej szkole filmowej opowiadali, że jeżdżąc pociągiem można usłyszeć wiele niesamowitych historii, bo ludzie się otwierają. Te historię mogą posłużyć nam do wymyślenia kolejnych klocków takiego opowiadania. Także, jak najbardziej, jakaś część tego filmu jest zaczerpnięta z rzeczywistości. Poza tym znam wiele osób z pokolenia lat 80, czy też dwudziestoparolatków, absolwentów uczelni. Wiem i obserwuję z jakimi się borykają problemami, pracując na umowy śmieciowe, starając się o bezpłatne staże, często bez efektu. Często wyjeżdżają z kraju, żeby znaleźć gdzieś indziej swoją ziemię obiecaną. Albo też tutaj szukają wiele sposobów, żeby się w tej trudnej rzeczywistości odnaleźć.

Pańskie poprzednie produkcje, raczej były lekkie… to jest Pański pierwszy dramat.

Ja się nie specjalizuję w żadnym gatunku, ale ma pani rację, moje poprzednie produkcje były dość lekkie. Bliżej jest mi jednak do tego filmu, niż do tych, które robiłem dotychczas. Bardzo fajnie jak można się pośmiać na filmie, sam też lubię oglądać nawet po kilka razy, przeróżne klasyczne komedie, natomiast „Karuzela”, jeśli chodzi o temat i o ciężar, jest mi zdecydowanie bliższa niż filmy komediowe.

Będzie Pan teraz kierował się tą ścieżka?

O tym filmie mogę na pewno powiedzieć, że jest mój. Oczywiście chciałbym robić swoje filmy…

W „Karuzeli” było wiele ujęć, których nie do końca rozumiem, nie wiem jaką pełniły funkcję… Dla przykładu, scena tygrysa rozrywającego mięso, która została w dziwny sposób wplątana w akcję.

Oczywiście, ja wiem jaką pełniły funkcję (śmiech). Ten film dzieje się na kilku płaszczyznach i każda z tych płaszczyzn jest dla mnie inna emocjonalnie. Wyobrażam sobie, że jeśli Rafał wyjeżdża, emigruje na jakiś czas do Berlina, nie zapomina nagle o Magdzie i nie zapomina o swym przyjacielu Piotrze, ale żyje na chwilę w zupełnie innym świecie. Tak samo jest, jak chłopcy wyjeżdżają na misję, ta płaszczyzna ich emocjonalna jest zupełnie inna. Scena o której Pani wspomniała – ja ją nazwałem jako „sekwencja śmierci”, bo wychodzę z założenia, że człowiek umiera dopiero wtedy, kiedy ta informacja dociera do jego najbliższych, dlatego ta sekwencja zaczyna się od takich ujęć w zoo, a kończy się już sceną żałoby po pogrzebie.

Dlaczego Pan wybrał do swojego filmu tych właśnie aktorów?

To są przede wszystkim świetni aktorzy i to jest podstawowe kryterium, dlaczego znaleźli się w tym filmie. Można oczywiście pójść tropem bardzo rozpoznawalnych, znnaych nazwisk, które będą być może przyciągać szczególną uwagę np. na plakacie, ale dla mnie wybór Karoliny, Marysi, Mikołaja i Mateusza, był tym najlepszym i najwłaściwszym i wydaje mi się, że gdybym zadał sobie pytanie, kto mógłby zagrać za nich, to sobie odpowiadam – nikt.

Jak się z nimi pracowało?

Bardzo dobrze, tym bardziej, że Mikołaja i Mateusza znałem już dużo wcześniej, pracowaliśmy trochę razem, spotkaliśmy się na zdjęciach próbnych do innych projektów. Natomiast z Karoliną i Marysią współpracowałem po raz pierwszy, Marysia jest debiutantką. Z kolei Karolinę znałem z ekranu, z jej wcześniejszych dokonań, z teatru telewizji, gdzie bardzo mi się podobała. Kiedy aktorzy zaczęli się spotykać w czwórkę, wtedy wszyscy poczuliśmy, że to jest właściwy kierunek, że to są osoby, które powinny kreować te role.

Nie bał się Pan biorąc ich do swej produkcji?

Strach oczywiście jest nieodłączny, kiedy w ogóle próbuje się cokolwiek stworzyć i on był zarówno na etapie przygotowań do filmu, jak i teraz, kiedy już film został skończony, jak on zostanie odebrany. Natomiat absolutnie nie miałem żadnych obaw, co do współpracy z aktorami, bowiem ten wybór był świadomy i odpowiedzialny. Sytuacja była taka, że nawzajem sobie zaufaliśmy i chcieliśmy opowiedzieć tę historię i to jest najważniejsze, że nie było w tej naszej wspólnej pracy żadnego koniunkturalizmu, czy mówienia o tym, że może przydałoby nam isę jeszcze nazwisko aktora X, który jest na wszystkich stronach gazet, bo jest celebrytą. Zagrali prawdziwi, z krwi i kości artyści, aktorzy i to jest najważniejsze.

Do kogo kieruje Pan swój film?

Wydaje mi się, że dzisiaj nie ma filmów dla wszystkich. Poza dobrym, klasycznym filmem familijnym, animacjami, na które może pójść dziadek i wnuczek. Chciałbym oczywiście, żeby wszyscy oglądali ten film, ale wydaje mi się, że to jest taki film dla pokolenia między 20, a 40 rokiem życia, czyli dla ludzi ,którzy albo są przed pewnymi wyborami i wchodzą w dorosłe życie – studiują, albo kończą studia. Ale też dla tych, którzy coś takiego już mają za sobą i pewne doświadczenie, bagaż życiowy, dramaty, już przeżyli.

Czy ma on za zadanie moralizować?

Ja nie mam takich ambicji, żeby mówić o tym, że on ma być moralitetem, albo czegoś uczyć. Absolutnie nie. Ale na pewno będzie nam wszystkim niezwykle miło, jeśli ktoś wyjdzie po seansie i jeszcze przez kilka minut pomyśli o tym, co zobaczył, albo pomyśli o tym, że mógł mieć, albo miał podobną sytuację w życiu.\

Teraz w Polsce jest chyba „moda” na kręcenie dramatów, kiedyś był wysyp komedii, a teraz z kolei same poważne produkcje…

Zgadzam się. Myślę, że komedie są bardzo potrzebne, szczególnie dobre komedie, kiedy ja np. oglądam komedie typu „4 wesela i pogrzeb”, czy „to właśnie miłość”, to za każdym razem patrzę na wiele scen, które są bardzo śmieszne, ale zdarza się, że są bardzo dramatyczne, myślę, że możemy znaleźć tego bardzo dużo w tych filmach. Myślę, że to wszystko wynika też zt ego, że znajdujemy się w miejscu historycznym, taka jest teraz nasza kondycja psychiczna, że szukamy historii trudniejszych, poważniejszych. Wzorcem dla kina takiego i takiego, czyli dramatu, jest kinematografia brytyjska, która robi bardzo dużo dobrych komedii, a równocześnie dużo kina społecznego i tu wystarczy przywołać Kena Law, czy Mike’a Lee. Takie kino jest bardzo potrzebne.

Czy Pan przy tworzeniu „Karuzeli” inspirował się jakimiś innymi produkcjami?

Nie inspirowałem się jakoś szczególnie, ale oczywiście tak jak pewnie dla każdego, pewne filmy są mi bliższe, a pewne odbieram z mniejszym zaciekawieniem. Generalnie bardzo szanuję filmy i twórczość swoich kolegów i mogę powiedzieć, że kocham kino w tym sensie, że bardzo lubię oglądać przeróżne filmy. Tak jak każdy, mam swoje ulubione filmy i twórców.

Nieszczęścia chodzą parami?

Teatr Kamienica świętował wczoraj swoje 5 urodziny! Z tej okazji odbyła się premiera sztuki „ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia” w reżyserii właściciela Teatru – Emiliana Kamińskiego!

Istnieje polskie przysłowie, które mówi, że nieszczęścia chodzą parami. Sama nie mogę się z tym nie zgodzić, jednak główny bohater sztuki „ZUS…” chyba ma zdecydowanie odmienne zdanie na ten temat. Choć może nie tak do końca… ?

Tytułowy Słoń /Sambor Czarnota/ (choć w trakcie można się pogubić, czy aby na pewno na nazwisko ma Słoń) traci pewnego dnia pracę. Z miłości do swej ukochanej /Katarzyna Pakosińska/, postanawia zataić przed nią ten fakt. Jest mu bowiem wstyd, że został bezrobotny. Za jakiś czas, zupełnie przypadkiem na jego konto zaczynają spływać wszelkiego rodzaju darowizny i zapomogi. Słoń staje się coraz bardziej kreatywny, zaczyna kombinować i wykorzystywać tę sytuację, co prowadzi do tego, że udaje mu się uzyskać renty dla wdów, odszkodowania dla inwalidów, czy też nawet zasiłki macierzyńskie!

Jego desperacka pomysłowość prowadzi do tego, że zaczyna „zarabiać” ok. 15 tys. miesięcznie. Żyć nie umierać!

Co jeśli, jednak w jego przychody zacznie ingerować państwo? Co jeśli przyjdzie miły pan z urzędu ze stertą papierków do podpisania, sugerując, iż za oszukiwanie można dostać do 10 lat pozbawienia wolności? A jeśli pewnego dnia zapuka do drzwi jakaś pani z zakładu pogrzebowego, szukając pewnego nieboszczyka w jego mieszkaniu? Albo żona pana Słonia dowie się, że jest on być może… transwestytą?! I przede wszystkim… co jeśli okaże się, że wszystkie osoby przebywające w jego mieszkaniu, uważające go za pana Tomasza, dowiedzą się, że tak naprawdę nazywa się on Słoń?

No właśnie… Jedna niewinna próba oszukania urzędu, pociągnęła za sobą kolejne. Jak to mówią: dać palec, to weźmie całą rękę - choć przecież nasz bohater pewnie się wybroni – zapomogi właściwie same spływały na jego konto, a on im tylko otwierał drzwi.

„ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia”, to błyskotliwa, niebanalna komedia, przedstawiająca perypetie i rozterki  dorosłego mężczyzny, który nie potrafił się przyznać przed ukochaną, że został bezrobotny. Oszukał on urząd skarbowy i połowę swojej rodziny. Całkowicie się zatracił w swojej osobowości, w co wciągnął również innych. Ostatecznie, każda postać miała dzięki Słoniowi po dwie, a czasem nawet więcej twarzy :)

Wszystko na szczęście ma słodki finał, co można zawdzięczać „zalotnemu uśmiechowi Słonia”:) Jego błyskotliwość zachwyciła odpowiednią osobę i nasz bohater ponownie mógł wyjść na prostą. Droga ku temu, trzeba przyznać, była niesamowicie kręta!

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej sztuki! Po raz kolejny wyszłam z Teatru Kamienica z bolącą od śmiechu żuchwą! Wszyscy goście przez cały spektakl ocierali łzy ze śmiechu, a później gratulowali artystom  ich niezwykłych, przezabawnych i barwnych ról. Muszę od siebie dodać, jak fenomenalny był w tym spektaklu Emilian Kamiński! Wcielił się on na kilka chwil w postać Marylin Monroe! Do teraz uśmiech nie schodzi z mej twarzy, jak tylko przypomnę sobie widok Emiliana na scenie, podskakującego w czerwonych szpileczkach, z niezwykłą gracją i lekkością! Widok bezcenny, zatem marsz do Kamienicy!

Jak Emilian Kamiński rzecze: „Jak wam się podobało, to zaproście przyjaciół. Jak wam się nie podobało, to zaproście wrogów!”

Mnie się bardzo podobało, zatem zapraszam wszystkich! Bez wyjątku!

Zaraz po spektaklu, zapytałam odtwórcę głównej roli i jego teatralną żonę, o to, czy rzeczywiście nieszczęścia chodzą parami, czy może jest odwrotnie? Może właśnie szczęście ciągnie za sobą pozytywny sznur?

Sambor Czarnota /Słoń/

„Mówi się czasami, że jest np. czarny rok, ale czy ja wiem? Ja wierzę, że wszystko jest gdzieś tam zapisane. Czy w gwiazdach, czy whatever – gdziekolwiek! Nie ma przypadków w życiu, natomiast trzeba pomagać szczęściu i się nie poddawać. Ja chcę wierzyć, że ja temu szczęściu też pomagam.  Wiele razy też miałem sytuacje, że jak coś mi nie wychodziło, to w tym najważniejszym momencie się nie zdarzyło. Tak się ogólnie dzieje, chociażby na Olimpiadzie, że wszystko jest ok, a nagle coś się nie udaje i zaczyna sypać, mimo że było przygotowywane perfekcyjne. To są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Musimy robić wszystko i tak być przygotowanym do tego, żeby mieć czyste sumienie, że zrobiliśmy wszystko, żeby to było na najwyższym poziomie”

Katarzyna Pakosińska /żona/

Szczęścia chodzą parami! I mam nadzieję, że to dzisiejszego wieczoru przekazaliśmy naszym spektaklem!  Jest on bardzo zakręcony, przygotowywaliśmy go sporo czasu i tak naprawdę dopiero po 3 miesiącach pracy, zdaliśmy sobie sprawę o czym ta sztuka jest, bo tekst był nawet dla nas niezwykle pokręcony! Ciężko było odgadnąć, kto jest kim dla kogo, kto kim jest teraz (śmiech). Pytając, o czym jest ta sztuka – muszę się chwilę zastanowić (śmiech)”

 

Kończąc, zapraszam Was wszystkich na spektakl „ZUS…”. Nie pożałujecie! ;) A Kamienicy raz jeszcze, z tego miejsca, składam najpiękniejsze życzenia! Rozbawiajcie nas tak dalej przez kolejne lata! :)

No to mną zachwiało – relacja z konferencji i premiery „Pod Mocnym Aniołem”

„Alkohol, to problem jakiejś niezgody, niemożności zafunkcjonowania w rzeczywistości, w której się jest” – recenzja filmu „Pod Mocnym Aniołem”

„Oto film, który zachwieje Polską!” – taki napis widnieje na każdym plakacie promującym najnowszą produkcję Wojtka Smarzowskiego „Pod Mocnym Aniołem”. Miałam wczoraj przyjemność zobaczyć prapremierowy pokaz oraz wziąć udział w konferencji prasowej.

Mimo tak wczesnej pory, mimo, że film był bardzo mocny, nie żałuję ani sekundy, którą poświęciłam na jego obejrzenie. Każdy, kto zna poprzednie produkcje Wojtka Smarzowskiego po raz kolejny wyjdzie z sali kinowej usatysfakcjonowany. A kto nie zna, ten poznać musi, bo jest to jeden z najważniejszych polskich reżyserów i jego filmy zobaczyć TRZEBA.

„Pod Mocnym Aniołem” jest rzekomą adaptacją książki Jerzego Pilcha, która nosi ten sam tytuł. Książki  nie czytałam, więc nie mogę się do niej odnieść, jednak na konferencji prasowej dowiedziałam się od twórców, iż sam film nie ma z nią za wiele wspólnego. Scenariusz i obraz tego filmu jest kompletnie inną historią, aniżeli ta, przedstawiona w książce Pilcha.

Historia tego dramatu opiera się na miłości i ludzkim cierpieniu. Pierwsze, co wysuwa się nam na główny plan to alkohol. Nie jest to jednak historia o alkoholu, lecz miłości – do niego, jak i w przypadku Jerzego do kobiety (Julia Kijowska). Która miłość jest silniejsza? Tego do samego końca nie wiemy… Mnie się jednak wydaje po obejrzeniu filmu, że mimo wszelkich starań Jerzego (Robert Więckiewicz) i prób by zerwać z nałogiem, okazuje się, że ma on nad nim gigantyczną przewagę. Ilekroć będzie mu się na chwilę wydawało, że pokonał swe słabości, tylekroć będzie z nimi przegrywał.

Zainteresował mnie niezwykle wątek miłosny głównego bohatera i młodej kobiety. Rzecz nie leży w tym, jaka różnica wieku ich dzieliła, jakie doświadczenia splatały ich drogi, lecz sposób, w jaki się poznali. Nie zdradzę tego, bo zepsuję Wam tym samym oglądanie, jednak uchylę rąbka tajemnicy – było to spotkanie nietypowe, wręcz nierealne.

Widziałam w swoim stosunkowo krótkim życiu wiele dramatów – czy to polskich, czy zagranicznych. Ten na pewno wrył się w moją pamięć bardzo głęboko i na bardzo długo. Wszędzie krążą słowa Smarzowskiego: „Chciałbym, żeby przez pierwszą część filmu widz się świetnie bawił (kto z nas się nie śmiał z pijaka?), przez następną czuł narastające zażenowanie, a na koniec, żeby przerażony milczał.”  Myślę, że cel został osiągnięty. Dokładnie tak się czułam i właściwie, milczałam już od połowy filmu. Byłam przerażona i czułam się jakbym przejęła kaca, zarówno moralnego jak i alkoholowego, prosto od bohaterów.

Smutne jest, że problem alkoholowy dotyka codziennie tysięcy ludzi żyjących tuż obok nas, czasem nawet za ścianami naszych mieszkań. Widzimy nie raz pijaka włóczącego się w potarganym swetrze, bez jednego buta i fekaliami na spodniach… krzywimy się na jego widok i omijamy szerokim łukiem. Nikt z nas nie zastanawia się nawet, jaką historię ten człowiek ma za sobą. Co skłoniło go do tego żeby sięgnąć po pierwszy kieliszek?

Film Smarzowskiego dał mi świadomość, że historia każdego z bohaterów, może przydarzyć się zarówno Wam, pani Krysi z osiedlowego warzywniaka, jak i mnie samej. Pijak, którego widzimy zataczającego się na ulicy, nie jest pijakiem od samego poczęcia. „Pod Mocnym Aniołem” to historia kilku osób, które wiodły całkiem normalne życie. Poznajemy m.in. księdza, farmaceutkę, pisarza, reżysera, fryzjerkę… Pozornie ludzi szczęśliwych, posiadających pracę, nawet rodzinę. Każdy z nich ma jednak jakiś wewnętrzny problem. Nosi w sobie strach, który chwilowo załagodzić może jedynie alkohol.  Na początku pije trunki tylko okazyjnie. Później pije okazyjnie, lecz pod pretekstem. Na końcu pije, bo nie ma innego wyjścia. Tylko alkohol uśmierza jego ból, obawy, zmartwienia i problemy.

Spodobała mi się historia postaci reżysera (Marcin Dorociński). Sama uczęszczam na różne premiery i rozmawiam po nich z twórcami filmu, z aktorami, czy też właśnie reżyserami. Wiem, jak takie imprezy wyglądają i widzę też, że za każdym razem leje się na nich alkohol. Czasami jest to symboliczna lampka szampana, czasem kilka drinków, kilka kieliszków. Rzadko, kiedy nikt nie pije. Nie sugeruję, że goście tego typu imprez wlewają sobie wódkę do gardeł,  ale tych kilka imprez w miesiącu (a zdarza się, że nawet w tygodniu) to kilka idealnych okazji do sięgnięcia po alkohol.

„Pod Mocnym Aniołem” dało mi bardzo wiele do myślenia, a jako, że jestem jeszcze bardzo młodą osobą, świat stoi otworem, uczę się w dalszym ciągu na własnych błędach i widzę potencjalne zagrożenie. Uważam, że ten film powinien być pokazany w KAŻDYM gimnazjum, jak i szkołach licealnych. Może wtedy dotarłoby cokolwiek do młodych pokoleń, które idąc na studia, do akademików, w okresie wolnym od sesji – praktycznie nie trzeźwieją. Wiem, bo miałam kiedyś „przyjemność” przez jakiś czas pomieszkiwać w wyżej wspomnianym miejscu…

Jestem pod wrażeniem gry aktorskiej całej obsady (jak w przypadku pozostałych filmów Wojciecha Smarzowskiego). Widziany przeze mnie przede wszystkim w komediach Jacek Braciak, czy też aktorka Kinga Preis, ogromnie mnie zszokowali. Jestem pełna podziwu, bo role przez nich grane były naprawdę trudne. To samo tyczy się  oczywiście głównego bohatera – Roberta Więckiewicza. Ten aktor, jako jeden z moich ulubionych, chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Oglądając film, zastanawiałam się, w jaki sposób przygotowywał się do tej roli, czy wszedł uprzednio w środowisko alkoholików, by poznać ich problemy i zachowania… Zapytałam go o to, tuż po filmie, na konferencji prasowej:

„W przypadku tego filmu nie wchodziłem w środowisko alkoholików. Natomiast rzeczywiście, wiele lat temu, przygotowując się do filmu Tomasza Wiszniewskiego „Wszystko będzie dobrze”, gdzie też w jakimś stopniu tego tematu dotknąłem, owszem, uczestniczyłem w spotkaniach  AA. Byłem na kilku mitingach i miałem też okazję być uczestnikiem takiej sesji terapeutycznej w oddziale zamkniętym przy ul. Kolskiej w Warszawie. Właściwie ta terapia mniej więcej polega na tym, co widzieliśmy w filmie „Pod Mocym Aniołem”. Uczestnicy opowiadają, a nie czytają, swoje historie związane z alkoholem, jak to było za czasów, kiedy jeszcze pili. Kilka tych opowieści, podobnie jak Arkowi Jakubikowi, zostało mi w głowie do dzisiaj i myślę, że pozostanie na zawsze.

Ja akurat nie jestem aktorem, który robi jakiś specjalny, głęboki research, albo okłada się tomami książek i studiuje bardzo dogłębnie temat. Wystarcza mi póki co, scenariusz i reżyser, a także rozmowa i poszukiwanie… Wie Pani, to jest też związane z tym, że nie lubię budować postaci od zewnątrz. Tworzę ją odwrotnie, czyli od wewnątrz. Szukam najpierw co tam się w środku dzieje, jakiej motywacji szuka bohater. Zadaję mnóstwo pytań. Natomiast to, co jest na zewnątrz, to jest pewna technika. To, co widać później w efekcie, to jest kwestia wtórna tak naprawdę. Mnie bardziej interesuje, co tam jest w głowie bohatera, a nie jak wygląda. Te elementy dopiero później dochodzą. Od tego też jest sztab ludzi, który mi pomaga, np. Ewa Drobiec, charakteryzatorka, Kasia Lewińska – kostiumy i reżyser, który czuwa nad całością. Natomiast rzeczywiście, to dla mnie też jest jakiś problem. Alkohol, to problem jakiejś niezgody, niemożności zafunkcjonowania w rzeczywistości, w której się jest. Jest to próba znalezienia ujścia, dla tego niepokoju, który ma się w sobie nosi”.

Dramat Smarzowskiego, wdziera się do naszego umysłu i jego słabości. Jest przerażający pod względem tego, co widzimy, ale też pod względem świadomości, że taki sam los może spotkać i nas.

„Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! ” – wywiad z Bartoszem Opanią

To już kilka lat, kiedy nie widać go na wielkim ekranie. Obsadził się z kolei na długi, długi czas w serialu „Na dobre i na złe”. Dr Latoszka z Leśnej Góry, chyba nie trzeba przedstawiać. W tym znanym przez wszystkich aktorze z rodu Opania, drzemie również komediowa dusza, którą znamy z filmu „Zakochani”. To właśnie przy tej produkcji pracował po raz pierwszy z Piotrem Wereśniakiem. Drugi raz – przy jego najnowszym filmie „Wkręceni”. Wraca na ekran komediowym krokiem, wcielając się w postać nadpobudliwego zawadiaki Fikoła! Z Bartoszem Opanią, bo oczywiście o nim mowa, porozmawiałam tuż po premierze wyżej wspomnianej komedii.

 

Wszędzie teraz trąbią w mediach, że słynny dr Latoszek z „Na dobre i na złe”, zagrał po latach w komedii…

Nie, nie. Nie jestem słynnym dr Latoszkiem. Dr Latoszek został w Leśnej Górze w tej chwili (śmiech) Teraz jestem aktorem Bartoszem Opanią (śmiech) Zdarzyła mi się przygoda, by zagrać w filmie „Wkręceni” i jestem w sumie zadowolony z ostatecznego efektu, chociaż jestem jeszcze w szoku, bo to jest dopiero drugi raz, kiedy oglądam ten film.

Co się Panu najbardziej podobało w graniu postaci Fikoła?

Fajne było to, że mogłem zagrać dwie postaci w jednej. Grałem Fikoła i Hitlera… Tzn Fikoła, który udaje hitlerowca… tzn. Niemca (śmiech)

Czytałam, że nie ogląda Pan produkcji ze swoim udziałem.

Wie Pani, bywa tak. Nie lubię tego robić. Kiedyś dostawałem kasety vhs, czy też dvd, żeby zobaczyć to, na co jestem skazany na premierze. Premierę muszę zobaczyć, bo po prostu taki jest wymóg producenta, chociaż po to, żebyśmy teraz rozmawiali. Nie jest to przyjemne doświadczenie, kiedy jestem zaskoczony tym, co zobaczę na ekranie. Wczoraj oglądałem po raz pierwszy z widzami, a wcześniej nie widziałem kompletnie żadnych materiałów. Kiedyś było tak, że dostawało się najpierw materiał do domu. Można było się upić, obejrzeć, popłakać się nad tym, co się zrobiło lub nie, zebrać się do kupy i jakoś to przeżyć. Teraz już tak niestety nie jest…

Stresuje Pana oglądanie siebie na ekranie?

Tak. Każda scena, każdy dubel jest dla wrażliwego człowieka jak jego dziecko. To jest coś, co się rodzi. Zastanawia się nad tym w nocy, kombinuję, jak różne rzeczy zagrać… Jeżeli potem niektóre sceny zostaną powycinane, to sobie myślę „ jak to?! Zabrali mi to, o czym myślałem przez dwie noce?!” Ale takie są prawa filmu…

Jest Pan zadowolony z efektu końcowego „Wkręconych”?

Odetchnąłem z ulgą! Myślę, że „Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! Miałem jednak nadzieję, że będzie bardziej niepoprawna, bo jest na to materiał. Nie wiem tylko czy Polacy już do tego dojrzeli. Niepoprawna nie znaczy, że bardziej wulgarna, bo to nie ma nic wspólnego z poprawnością. Były tam fragmenty, w których jechaliśmy sobie równo po utartych ścieżkach, o tym, co wypada mówić, a czego nie wypada, czyli o Niemcach, Unii Europejskiej etc.

Podobno wiele scen było improwizowanych.

Tak, np. te przy samochodzie…

Co było największym wyzwaniem do zagrania postaci Fikoła?

Wszystko, co jest do zagrania w komedii jest wyzwaniem. Wydaje mi się, że to jest jeden z trudniejszych gatunków. Żeby zagrać szlachetnie w komedii, żeby to było dobre, to jest to wyższa szkoła jazdy. Myślę, że akurat wszyscy zdaliśmy egzamin w tej szkole (śmiech)

Ma Pan jakieś cechy wspólne ze swoją postacią?

Żadne, kompletnie.

Kompletnie?

A odnajduje Pani jakieś? (śmiech)

Np. fakt, że założył Pan dokładnie takie same okulary, w jakich można było zobaczyć Fikoła (śmiech)

(Śmiech) Nie, po prostu razi mnie blask fleszy. Poza tym chowam się… Chowam w nich swoją nieśmiałość.

Wkręcił Pan kiedyś kogoś?

Panią (śmiech) Żartuję! Zdarzyło mi się, ale nie chcę o tym mówić. To było bardzo głupie. Wykonałem kiedyś telefon, gdzie bardzo kogoś wkręciłem. Kogoś, kogo nie znałem – pozdrawiam tutaj hejterów. A potem zgubiłem ten telefon i nie mogłem tego odkręcić.