Kamera! Akcja! Wizyta na planie „Sług Bożych”

Jesień. Stara Praska Drukarnia przypominająca wnętrzem obskurny bunkier. To właśnie m.in. tam rozgrywa się  akcja nowego kryminału w reż. Mariusza Gawrysia „Sługi Boże”.  Miałam ostatnio okazję przekonać się na żywo jak powstaje ten film i przyznam szczerze, że do dziś nie mogę przestać o tym myśleć… Jestem pełna podziwu dla każdej osoby, która pracuje przy tej produkcji. Nigdy bym nie pomyślała, że scenę trwającą zaledwie kilka sekund można kręcić przez niemalże cały dzień…

Czytaj więcej

Rock For People 2013

Od koncertu Marsów na czeskim Rock For People minął już tydzień. Relacja już dawno powinna widnieć na blogu, prawda? Tak, tak, wiemy. Nasze opóźnienie zrozumie jednak każdy, kto kiedykolwiek był na ich koncercie. A raczej każdy, kto kiedykolwiek przeżył ich koncert tak, jak my go przeżywamy.

Hradec Kralove, niewielka miejscowość położona na północny wschód od Pragi, to właśnie tam odbył się jeden z większych czeskich festiwali, Rock For People. Chociaż od Hradec Kralove dzieliło nas niecałe 300 km, w trasę wyruszyłyśmy już dnia poprzedniego o godzinie 18. Powód? Chęć zajęcia jak najlepszych miejsc podczas koncertu. Ten koncert Marsów był naszym szóstym, a poprzednie pięć rozpieściło nas wymarzonymi miejscami w postaci pierwszego rzędu ;) I tym razem nie mogło być inaczej!

Podróż, jak każda „marsowa” wiązała się ze zmęczeniem, zgubieniem, spaniem na dworcu, spaniem na ławce, wyrzuceniem z trolejbusa, pytaniem Hradeców Kraloveców „-Którędy na Rock For People?
-Heee??? Aaaa, to tam… Tam!”. I szukałyśmy tego tajemniczego miejsca o nazwie TAM, aż o godzinie 6 w końcu dotarłyśmy na teren festiwalu.


Na terenie festiwalu znajdowało się ogromne pole namiotowe, scena główna, kilka mniejszych scen umieszczonych pod wielkimi namiotami (na jednej z takich scen zagrali Marsi) i całe mnóstwo barów, restauracji i innych punktów zwanych rozrywkowymi.

Godzinę po naszym przybyciu zaczęły pojawiać się pierwsze ludzkie istoty. Oczywiście Polacy. Nie, nie musieli mówić po polsku, nie mieli też ze sobą polskiej flagi. To fani Marsów, z którymi doskonale znamy się od lat.

O godzinie 9 nałożono nam na nadgarstki festiwalowe opaski.

Godzina 12, 40 stopni Celsjusza, pozostała godzina do otwarcia.  Pod bramami do raju czekało już kilkudziesięciu Polaków. Spragnieni, zmęczeni, spoceni byliśmy gotowi do wyścigu. I chociaż wszyscy obecni tam Polacy darzyli się ogromną sympatią, cel każdego był jeden: bez względu na wszystko zająć miejsce w upragnionym pierwszym rzędzie.

Wybiła 13, szczęśliwe, jako jedne z pierwszych dobiegłyśmy do namiotu, w którym miały zagrać takie zespoły jak 30 Seconds to Mars czy też Brainstorm, gdy nagle zatrzymał nas ochroniarz. Zaskoczone, zapytałyśmy w pośpiechu o co chodzi, Pan Żółta Odblaskowa Kamizelka odpowiedział, że mamy złe opaski i nie możemy wejść do namiotu. W tym momencie zaczęło się… „małe zamieszanie”. My krzyczałyśmy po angielsku, on po czesku, my po polsku, on jeszcze bardziej po czesku i tym sposobem nasza kłótnia nie miała sensu i końca. Nagle, ku naszemu zdziwieniu wszyscy ludzie zaczęli wychodzić z namiotu, gdyż Panowie Żółte Odblaskowe Kamizelki zorientowali się, że jeszcze trwa próba i w namiocie nie może nikt się znajdować, z kolei nasze złe opaski okazały się jednak właściwymi…
Zrezygnowane, zmęczone i spragnione zmieniłyśmy plan działania. 30 Seconds to Mars podczas swojej nowej trasy wprowadzili signing session przed każdym koncertem, do którego dopuszczona jest każda osoba, którą zdąży kupić w festiwalowym merchu najnowszy krążek zespołu „Love List Faith + Dreams”. Postanowiłyśmy dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Przemiła Pani w festiwalowym sklepiku nie miała żadnego pojęcia gdzie i o której godzinie ma odbyć się spotkanie z zespołem, ale albumy były na całe szczęście dostępne. Nie zastanawiając się chwili dłużej, kupiłyśmy 2 krążki i poszłyśmy korzystać z festiwalowych atrakcji w oczekiwaniu na kolejne spotkanie z naszym ukochanym zespołem! :)


Ok godziny 19 wszyscy szczęśliwcy, posiadający kupon upoważniający do spotkania z zespołem, czekali przed wejściem na backstage. To czekanie wydawało się nie mieć końca, jednak czas umilali nam Panowie Żółte Odblaskowe Kamizelki, dla których 14 i 40 w języku angielskim jest tym samym.
Tuż przed 20 bramy na backstage zostały otwarte. Serce w gardle, nogi jak z waty, spocone ręce. Chociaż to było nasze drugie spotkanie z zespołem, stres wydawał się być jeszcze większy, szczególnie, że miałyśmy szczególną misję – wręczyć chłopakom wyjątkowe prezenty ;)…

oto creepsy! Pacynki, uszyte przez Patrycję na wzór rysunków Jareda Leto

Reakcja chłopaków, a szczególnie autora creepsów – Jareda Leto była dla nas najpiękniejszym podziękowaniem za prezenty.Cała trójka dostała kilka wielkich i małych maskotek i ewidentnie nie kryli wzruszenia z tych podarunków :)
Tym sposobem nasza rozmowa trwała o wiele, wiele dłużej niż zakładano i już na zawsze zostanie w naszej pamięci… :)


Po tym cudownym spotkaniu biegiem dostałyśmy się do namiotu, by zająć swoje upragnione miejsca. Godzina do występu Marsów, namiot po brzegi wypełniony ludźmi. Przerażone przesuwałyśmy się w kierunku sceny i kolejny raz tego dnia bardzo się zaskoczyłyśmy. Z niewiadomych przyczyn nasze „Przepraszam, czy mogę przejść?” poskutkowało tym, że tłum rozstąpił się przed nami niczym morze przed Mojżeszem, dzięki czemu w minutę byłyśmy już przy barierkach (oczywiście po drodze nie obeszło się bez kilku wysokiej kultury zwrotów skierowanych w naszą stronę).

Koncert Marsów. I tutaj pojawia się problem. Mam tak wiele do powiedzenia/napisania a jednocześnie nie potrafię napisać NIC.
Niektórzy mówią, że setlista uboga, że Jared jak zwykle tekst pomylił, że nawet nie wiedział gdzie jest, bo zamiast „Hradec Kralove” krzyczał „Praga”. I co z tego? Było pięknie. A my kochamy ich ponad wszystko i wszystko jesteśmy w stanie im wybaczyć :)
Dla nas liczą się emocje, energia, poczucie, że jesteśmy na odpowiednim miejscu, że żyjemy, że jesteśmy wolne, że oni są dla nas, a my dla nich, że nasze wzruszenie jest ich wzruszeniem, a ich radości są naszymi. Zwariowałyśmy? Może tak. Ale w tej kwestii Wasze zdanie kompletnie nas nie obchodzi :)
Finał koncertu był naszym najpiękniejszym scenariuszem – razem znalazłyśmy się na scenie i to już po raz 4 !!! ;)

Poniżej kilka filmików z koncertów:
„Birth” & „Night of the hunter”

„End of all days”

„City of Angels”

„Up in the air”

Podoba Wam się? ;)

 

COLD LOVE Mariusza Przybylskiego

Reflektory, ścianka, czerwony dywan, stado fotoreporterów krzyczących tradycyjne „w prawo!”, „w lewo!”, „tutaj spójrz, tutaj”, kamery, dyktafony, tablety ( jak w naszym przypadku), zdjęcia,  wywiady,zdjęcia, wywiady i jeszcze raz kontrowersje. Tak było i tym razem, tylko trochę…spokojniej. Dlaczego? Ani nie pojawiła się Doda, ani Natalia Siwiec, nie było też Pikeja, a i goła dupa wszystkich zawiodła. Oczywiście, że była, ale z zakrytą dupą, a to już nie to samo…

Pokaz odbył się w Nowym Teatrze Krzysztofa Warlikowskiego. Miejsce urocze, przyjemne dla oczu, dla ciała – trochę gorzej. Dlaczego? W środku znajdowały się 2 sale, w jednej był bar, ścianka, palarnia i stoliki, a w drugim wybieg. Pomieszczenie, w którym odbył się sam pokaz do największych nie należało, a liczba osób, które zostały zaproszone (+ te, którym wydawało się, że są zaproszone, ale o tym za chwileczkę) była o dużo… za duża. W efekcie nie wszyscy goście mogli zobaczyć pokaz, gdyż nie zmieścili się do sali, z kolei ci, którym się to udało (mam tutaj na myśli celebrytów, na których czekał pierwszy rząd, nas, fotoreporterów i kilku innych szczęśliwców) opuszczając saunę, tfu…sale, wyglądali na bardziej zmęczonych i przemoczonych niż kilkanaście minut wcześniej.

Co do zaproszonych gości. W pierwszym rzędzie zasiadły takie gwiazdy jak Mateusz Damięcki, Olga Bołądź, Michał Piróg, Weronika Książkiewicz, Tomasz Ciachorowski, Tomasz Jacyków i projektanci Joanna Klimas, Łukasz Jemioł i duet Bohoboco. Jak wiemy, galaktyka to nie tylko gwiazdy. Na pokaz przyszło także wielu stylistów, pasjonatów mody, dziennikarzy i tajemniczych gości, których nazwiska z niewiadomych przyczyn zniknęły z listy gości, bądź też gołąb nie doleciał na czas z zaproszeniem, które na pewno powinno zostać im dostarczone. Tego typu pokrzywdzonych pechowców okazało się być bardzo wiele… Mało tego, walczyli na słowa z panią, która sprawdzała w laptopie nazwisko każdego gościa do ostatniej chwili. „Nie ma Pana na liście gości – jestem na pewno – nie ma Pana – gdzieś na pewno jestem – przykro mi – proszę sprawdzić jeszcze raz”.  Dzięki temu, pomimo tego, że gwiazdy wyjątkowo przyjęły do wiadomości co oznacza, że pokaz rozpocznie się o godzinie 21 i przyszły na czas, przez pana X i panią Y pierwsza modelka wyszła na wybieg krótko po 22.

Przejdźmy do najważniejszej części wieczoru, czyli pokazu. Był to nasz pierwszy pokaz Mariusza Przybylskiego, w związku z tym byłyśmy bardzo podekscytowane. Już sam tytuł kolekcji „COLD LOVE” nas zaintrygował. Cała oprawa była bardzo piękna, duży wybieg mieniący się drobinkami brokatu, a po środku kolumny lśniących, czarnych zwisających tasiemek.  Już od pierwszych minut słysząc w tle cudowne „Coney Island Dreaming” znane wszystkim z filmu „Requiem for a dream” mogliśmy dostrzec, że projektant zdecydował się na połączenie materiałów, klasyki z futuryzmem, czy też samych emocji. Paniom zaproponowano sięgające ziemi suknie z jedwabiu, kostiumy o minimalistycznym kroju, czy też ogromne, farbowane, sztuczne futra.

Dla Panów projektant oprócz klasycznego garnituru przygotował skórzane spodnie i kurtki zdobione futrzanym zamkiem, co dawało całości nietuzinkowy wyraz.

Podsumowując… chapeau bas dla Pana Przybylskiego, bo kolekcja na prawdę trafiła do serc i to nie tylko naszych:) Chłodna elegancja, odcienie szarości, czerni i srebra idealnie kontrastowały z temperaturą, która panowała w sali wybiegowej ;) Może Mariusz Przybylski to przewidział i stąd właśnie nazwa COLD LOVE? ;)

A po pokazie, jak to zwykle bywa – zaatakowałyśmy kilka znanych Wam osób i przeprowadziłyśmy z nimi wywiady, tudzież totalnie na luzie pogawędziłyśmy ;) Standardowo pojawił się w naszych sidłach Michał Piróg oraz Kasia Sokołowska, później Mateusz Damięcki, Tomasz Ciachorowski, Tamara Subbotko i wielu, wielu innych. Zachęcamy Was tym samym do obejrzenia naszych rozmów z nimi na naszym kanale na YOUTUBE oraz do obejrzenia fotorelacji, którą umieściłyśmy na naszym facebookowym FANPEJDŻU !

Pozdrawiamy!
K&P

Nasza „Premiera”

Miałyśmy niedawno przyjemność zobaczyć spektakl „Premiera” w reżyserii Tomasza Dutkiewicza, w Teatrze Komedia.  Na wstępie musimy Wam przyznać, że ostatnią sztuką teatralną jaką miałyśmy „przyjemność” zobaczyć był prawdopodobnie „Król Edyp” w okresie szkoły średniej. Latające nad głowami paluszki, przesadnie głośno komentujący sztukę (bądź też nie sztukę) licealiści oraz obserwująca nas polonistka, która co kwadrans dyskretnie szeptała do ucha:  „Patrzcie uważnie, jutro będzie z tego klasówka” – to wszystko sprawiało, że czas spędzony w teatrze delikatnie mówiąc…nie był przyjemnością. W żaden sposób nie zraziłyśmy się jednak do teatru. Co więcej, marzyłyśmy o tym, aby móc wreszcie zobaczyć wybrany przez nas spektakl, w wybranym przez nas teatrze z najbardziej uzdolnioną obsadą aktorską w tym kraju. Tym sposobem drogą dedukcji, niesamowitego szczęścia i ogromnej życzliwości naszego znajomego aktora ,szczęśliwe, pełne nadziei, bez polonistki u boku, udałyśmy się do Teatru Komedia, by zobaczyć słynną „Premierę”.

Spektakl rozpoczął się od śpiewającego w tle Michaela Buble’a , za co ogromny plus, gdyż muzyka Buble’a idealnie wkomponowała się w klimat całego przedstawienia. „Premiera” to pokazana w krzywym zwierciadle akcja, która toczy się tuż przed wielką premierą sztuki. Już w pierwszych minutach poznajemy reżysera, aktorów, zaproszonych gości. Jest też czerwony dywan oraz kelner serwujący białe wino – czyli wszystko na swoim miejscu… no… prawie;) Od samego początku nic się nie udaje – a to spóźnienie aktorki odgrywającej główną postać, a to nieudolne próby zdobycia wielkiej roli przez jednego z aktorów, a do tego wszystkiego- romanse pomiędzy głównymi bohaterami… Wszystko pokazane w komiczny sposób, bardzo karykaturalnie, a jednocześnie… prawdziwie. Znakomita obsada to wisienka na torcie dla tego zabawnego scenariusza. Znany wszystkim Jacek Poniedziałek wcielił się w rolę podenerwowanego, nadpobudliwego reżysera, nad którym od samego początku wisi ciemna chmura, przez co bohater  traci całkowitą nadzieję, na to iż premiera jego spektaklu dojdzie w ogóle do skutku. U jego boku partnerka (Izabela Kuna), kobieta niezwykle elegancka, pewna siebie, z klasą. W swoim mężczyźnie widzi idealnego kandydata na męża i ojca jej dzieci. Problem w tym, że sam kandydat broni się przed ogniskiem domowym rękami i nogami.  U jego drugiego boku…druga kobieta, młoda aktorka (Aneta Todorczuk – Perchuć), kobieta energiczna, przebojowa, trochę naiwna, aczkolwiek sprytna. Aktorka próbuje uwieść reżysera, by móc zagrać w kolejnym przedstawieniu, co oczywiście wywołuje w jego narzeczonej poczucie zazdrości.

Na scenie obserwujemy również postać homoseksualisty (Robert Rozmus), aktora „przeterminowanego”, którego „5 minut”  już dawno minęło. Jest także aspirujący aktor i kelner (Philippe Tłokiński), który usilnie stara się zaprezentować reżyserowi swoje wyjątkowe zdolności aktorskie.

W międzyczasie obserwujemy zachowanie małżeństwa: księgowej prezydenta (Maria Pakulnis) oraz jej męża(Wojciech Wysocki), którzy chcąc uczcić swoją trzydziestą rocznicę ślubu, wybrali się do teatru. Kobieta jest podekscytowana miejscem, zaproszonymi gośćmi, aktorami, faktem, że może poczęstować się kieliszkiem szampana. Jej mąż z kolei traktuje pobyt w teatrze jako największą karę za grzechy.  W epicentrum ich konfliktu pojawia się starszy mężczyzna, aktor (Tadeusz Chudecki). Swoją duszą romantyka szybko skrada serce pani księgowej.

Cała masa przesyconych humorem, niekonwencjonalnych dialogów oraz sytuacji, stopniowo wprowadzają widza w stan ostateczny – śmiech przez łzy, czy też łzy przez śmiech.  W punkcie kulminacyjnym „Premiery”  ma miejsce wszystko, co niestosowne, niemoralne i nieodpowiednie do wydarzenia jakim jest premiera spektaklu.  Niespodziewane zwroty akcji, krzyk, zgiełk, śmiech, panika, rozpacz ! Przedmioty latają, a aktorzy się… wywracają;)

„Premierę” można rozumieć pół żartem, poł serio. Możemy śmiać się do rozpuku z przezabawnych dialogów, kłótni, mimiki, problemów, jakie spotykają bohaterów. Smutne z kolei ( a może właśnie śmieszne?) jest błędne przekonanie zwykłego pana Kowalskiego co do świata showbiznesu. Każdego dnia może on zobaczyć na dowolnym portalu plotkarskim zdjęcia znanych osób pozujących na ściance. Są piękni, uśmiechnięci, pewni siebie, szczęśliwi – przecież przyszli na premierę. I jeżeli ten sam Pan Kowalski pewnego dnia wybierze się do Teatru Komedia, by zobaczyć „Premierę”, za każdym kolejnym razem widząc zdjęcie aktorki pozującej na ściance, będzie widział, że ząb ją boli, sukienka uwiera a mąż być może zdradza.

Szczerze polecamy spektakl „Premiera” wszystkim dużym, wszystkim małym, wszystkim smutnym i wesołym, wszystkim Kowalskim i całej reszcie również.

zdjęcia: .facebook.com/pages/Teatr-Komedia

 

 

Silesia Fashion (?????) Day

13 kwietnia w Katowicach już po raz III odbyła się „modowa” impreza Silesia Fashion Day.

Na Silesia Fashion Day pojawiłyśmy się po raz pierwszy. Poprzednie edycje znamy wyłącznie ze zdjęć, filmików i relacji, które jednoznacznie zasygnalizowały nam, że impreza jest stricte związana z modą i panującymi obecnie trendami. Tym razem zapowiadało się jeszcze piękniej – Projektant Tomasz Ossoliński wraz ze swoją kolekcją w westybulu Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach.

Wizualnie się nie zawiodłyśmy. Gmach Urzędu Wojewódzkiego zrobił na nas piorunujące wrażenie swoją modernistyczną architekturą. Wewnątrz okazał się jeszcze piękniejszy i niebywale elegancki. Idealnymi na ten wieczór dodatkami było czerwone, klimatyczne światło, mężczyzna przygrywający na saksofonie (który z czasem przestał zachwycać nas swoim muzycznym talentem, a zaczął przeszkadzać w komunikowaniu się) , kobiety w długich sukniach, mężczyźni w garniturach i czerwone wino. Francja elegancja.

Po godzinie 20 sala wypełniona była już po brzegi fotoreporterami oraz zaproszonymi gośćmi, a wśród nich: Justyna Cichoń – dyrektor zarządzający JC Academy oraz Zygmunt Łukaszczyk – wojewoda śląski.

Galę poprowadził Mirosław Neinert, który artystycznie wyłonił się zza chmury dymu na scenie, co było dla nas zapowiedzią niekonwencjonalnego wieczoru.

Czar niestety prysł w momencie wyjścia pierwszej modelki na „wybieg”. Chaos i kompletny brak jakiejkolwiek harmonizacji. Fryzury i makijaż z zupełnie innej bajki niż ubrania. Te z kolei nie miały nic wspólnego z panującymi obecnie trendami. Nam się nie podobało, ale może się nie znamy, w końcu zaprezentowane kolekcje pochodziły od Dono da Sceggia, Tru Trussardi, Marino Rinaldi czy też Marc Cain…

Na szczęście a może i nieszczęście pokazów było stosunkowo mało. Głównym punktem wieczoru były nagrody i przemówienia z podziękowaniami.  Nagrody przyznane zostały między innymi w kategoriach: twórczość artystyczna, tworzenie mody czy też działalność kulturotwórcza.

Warto wspomnieć, że impreza miała charakter charytatywny, co prawdopodobnie było jedyną zaletą tego wydarzenia. Podczas całego wieczoru zbierano pieniądze, które zostaną przeznaczone na Hospicjum Cordis. W tej kwestii wykorzystano t-shirty Tomasza Ossolińskiego, które pełniły rolę „cegiełek”.

Podsumowując: było ładnie, było elegancko, z dobrymi intencjami, ale nudno. Chyba preferujemy garaż i prowadzącego, wiecznie młodego Krzysztofa Ibisza, który pojawił się podczas dwóch poprzednich edycji… Panie Krzysztofie, może powrót ?

Więcej zdjęć z tego wydarzenia możecie zobaczyć tutaj -> KLIK 

K&P