„Lekko nie będzie”, czyli krótka historia o różnicy wieku w miłości oraz o ludzkiej… hipokryzji.

fot. Rafał Olejniczak

Lekko nie będzie. Kto jednak powiedział, że musi być? W kwestii miłości uważam wręcz, że nie może! Już od czasów Shakespeara wpajany nam jest ideał miłości niespełnionej. Takiej, która napotyka na swej drodze miliony przeszkód, której towarzyszą nieustanne rozterki i zacięta walka o uczucie. Właśnie prawdziwa miłość to taka, która niesie za sobą mnóstwo cierpienia i problemów. Choć ta najpiękniejsza z reguły w sztuce kończy się tragicznie (co dodatkowo tylko potęguje jej siłę) w rzeczywistości może przecież zakończyć się happy endem. A jak sprawa wygląda w przypadku bohaterów spektaklu „Lekko nie będzie”? Barierą, która nieustannie staje na przeszkodzie uczucia jest różnica wieku kochanków, która potrafi naprawdę sporo namieszać…

Czytaj więcej

Podobno stara miłość nie rdzewieje – recenzja sztuki „Konserwator”

„Ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka – bo odmienić istotę ludzką zdolna jest wyłącznie miłość”.

Powyższe zdanie doskonale charakteryzuje głównego bohatera – tytułowego „Konserwatora”, Jean-Pierre’a (Jan Jankowski). Goniący za pieniądzem, narcystyczny mężczyzna w imię miłości do swej byłej żony Severine (Maria Pakulnis), postanawia się zmienić i pokazać jej, że jest pokorny, skromny i zdolny do ogromnych poświęceń.  Po kilkunastu latach od ich rozstania, zjawia się w jej w paryskim wydawnictwie i wprost błaga o zatrudnienie. Rzekomo jest on bez grosza  przy duszy i tylko praca w jej wydawnictwie (na jakimkolwiek stanowisku) może go uratować.

Severine jest kobietą silnie zranioną. Jean-Pierre zdradził ją z młodszą kobietą, co było przyczyną ich rozstania. To traumatyczne przeżycie zmieniło ją w zimną i bezwzględną kobietę. Mimo wszystko ogromne, pełne litości, kocie oczy ex-męża sprawiają, że Severine się poddaje i postanawia go zatrudnić. Jak już wyżej wspomniałyśmy, obsadza go na stanowisku konserwatora. I nie jest to, jak można się domyślić, konserwator zabytków, lecz…powierzchni płaskich:) I tutaj zaczyna się cała historia…

Do akcji wkracza również obecny mąż Severine – Patrice (Wojciech Wysocki), który jest dyrektorem naczelnym jej wydawnictwa. Jak się dość szybko okazuje, skrywa on pewną tajemnicę wraz z asystentką Severine (w tej roli Joanna Falkowska)… Pytanie – czy tylko on?

Ostatecznie okazuje się, że każdy posiada jakiś sekret. Każdy z bohaterów żyje w ogromnym kłamstwie, a jak wszyscy doskonale wiemy… kłamstwo ma bardzo krótkie nogi i prędzej czy później wychodzi na jaw.

„Konserwator” jest spektaklem, opowiadającym o tym, że w imię miłości, człowiek jest w stanie zrobić praktycznie wszystko, nie zastanawiając się w trakcie nad konsekwencjami swoich czynów. Czasem może nas to zgubić i nawet zranić po drodze najbliższe nam osoby. Jeśli jednak miłość jest prawdziwa, może warto się rzucić w jej niebezpieczny wir?

Znakomita obsada i świetnie odegrane role, nie pozwoliły nam ani przez sekundę się nudzić. Co sprawiło, że widzowie śmiali się od pierwszych sekund spektaklu? Z całą pewnością magia Teatru Komedia, reżyseria Tomasza Dutkiewicza, oraz doskonała gra aktorska. Pewne też jest, że te widowisko zdecydowanie zapisujemy do listy naszych ulubionych i godnych polecenia. Marię Pakulnis i Wojciecha Wysockiego znamy już ze sztuki „Premiera”, stąd też wiedziałyśmy, że spektakl z nimi na pewno zwali nas z nóg. Natomiast po raz pierwszy miałyśmy przyjemność zobaczyć na deskach teatru Jana Jankowskiego, któremu należą się owacje na stojąco, bo swoją rolą absolutnie zdobył nasze serca. Jakimkolwiek draniem nie była grana przez niego postać, patrząc na jego – kolokwialnie mówiąc – „przygłupawe” zachowanie, czułyśmy od wewnątrz ogromną litość i sympatię do jego osoby. Tego drania nie dało się nie polubić:)

W pozostałe role wcielili się: Katarzyna Zielińska, Grzegorz Pawlak, Marcin Troński oraz Bartosz Obuchowicz. Nie zdradzimy Wam jednak, w jakie postaci się wcielili – niech to pozostanie dla Was tajemnicą. Powiemy tylko tyle, że bez nich, ten spektakl nie miał prawa by się odbyć;)

Teatr Komedia, na zawsze będzie zapisany gdzieś głęboko w naszych sercach, z sentymentu – bo to właśnie w nim byłyśmy na pierwszym naszym spektaklu. Powrót na jego widownię, był dla nas ogromną radością, a jeszcze większą, fenomenalna sztuka, na którą wszystkich szczerze zapraszamy!

Na koniec banalna acz prawdziwa sentencja, która pewnie będzie górowała we wszelkich recenzjach: „stara miłość nie rdzewieje”. Kto w to powiedzenie nie wierzy – marsz na „Konserwatora”!

zdjęcia: topstars.pl

Trzeba wyciągnąć z kieszeni kamienie

Kariera aktorska, nagranie własnej płyty, bycie rozpoznawalnym – to tylko niektóre ze skrytych, trochę dziecięcych marzeń, pragnień, jakie głęboko chowa prawie każdy, przeciętny Jan Kowalski. Przecież każdemu należy się szansa, przecież każdy ma w sobie coś, co na pewno spodoba się np reżyserowi. Dokładnie takich, żyjących marzeniami bohaterów poznajemy w spektaklu „Kamienie w kieszeniach” w reżyserii Krzysztofa Stelmaszyka. Do małej, irlandzkiej miejscowości przyjeżdża ekipa z Hollywood w celu nagrania filmu z udziałem tamtejszych statystów, w tym dwójki głównych bohaterów – Charliego i Jake’a. Mężczyźni z zaangażowaniem odgrywają swoje niewielkie role, jednak do samego końca wierzą, że los się do nich uśmiechnie i że ktoś zaproponuje im poważniejszą rolę. Fabuła jest banalna i może się wydawać, że momentami nudna, jednak nie ona odgrywa najistotniejszą rolę w tym spektaklu. Niewiarygodne i niezwykle imponujące okazało się to, że ta dwójka aktorów (Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki) sprawiła, że na scenie widz poznał kilkanaście przeróżnych postaci. Aktorzy za pomocą jednego rekwizytu (tj ławka stojąca na środku sceny), mając na sobie te same ubrania, w jednej chwili potrafili być księdzem a już w kolejnej rozkapryszoną hollywoodzką gwiazdką, czy też narkomanem. A co najważniejsze, potrafili zaciekawić, ba! ZACZAROWAĆ widzów.

Niesamowity był też klimat przedstawienia. Pozornie zabawna i optymistyczna historia, nasycona była ogromnym tragizmem. W sztuce przedstawiono realia jakie panują na planie filmowym, ale przede wszystkim pokazano zderzenie się dwóch zupełnie odmiennych rzeczywistości: świata show biznesu ze światem zwyczajnych ludzi, które jak się okazało jest bardzo niebezpieczne i powoduje burzę z piorunami.
Tym samym legły w gruzach marzenia głównych bohaterów o wielkiej karierze za oceanem, co automatycznie zapaliło nam nad głowami lampkę. Ze spektaklu wyszłyśmy uśmiechnięte, silne i gotowe do dalszej walki o swoje marzenia. Bo przecież WSZYSTKO jest możliwe ;)

K.

 

 

Klub mężusiów

Relacje damsko-męskie, stosunek mężów do żon oraz żon do mężów, to temat poruszany od wieków. Jak to mówią: „mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus”… Sztuka „Klub mężusiów” w reżyserii Andrzeja Rozhina, w najlepszy sposób obrazuje nam te stwierdzenie.

Jest to spektakl ukazujący prawdziwą wojnę płci. Z jednej strony mamy grupę mężczyzn – wiernych mężów, poukładanych, ciężko pracujących, a z drugiej kobiety – żony, kochanki, dla których najważniejsze są tylko… zakupy;) Choć podczas całej tej sztuki, nie pojawiła się na scenie ani jedna pani, to dało się wyczuć ich obecność.

Sama fabuła jest dość banalna, gdyż obraca się wokół mężczyzn narzekających nieustannie na swe „ukochane”, jednakże sposób, w jaki zostało to przedstawione jest godny podziwu. Chyba żadna z kobiet nie wpadłaby na to, że jej luby mógłby się ukrywać ze swoimi kumplami w kotłowni jednego z centrów handlowychJ Właśnie tak, w tym oto miejscu rozpoczyna się cała historia…

Na scenę wchodzi Karol (w tej roli Cezary Morawski) szczęśliwy, dojrzały mężczyzna, nucący wesoło pod nosem – jest w swojej tajnej kryjówce, za moment przyjdą jego kumple, z którymi będzie pić piwo, jeść pizze i oglądać mecz.

Chwilę później zjawia się Roland (Tomasz Dedek) informatyk, zmęczony, zdenerwowany, a wręcz rozhisteryzowany!  Wrócił właśnie z zakupów z żoną, więc musi się komuś wyżalić. Opowiada, zatem o tym traumatycznym wydarzeniu Karolowi, który świetnie rozumie jego dramat. Tym sposobem zaczyna się cała seria narzekań, cierpień, jakie to zakupy są straszne, a kobiety nie wiedzą, czego chcą…

Dwóch marudzących mężczyzn, to jednak za mało… Zjawia się zatem i trzeci! A raczej nie zjawia się, lecz wskakuje w popłochu, do środka ich wspaniałego „sacrum”. Jest to Andy (Michał Milowicz) prawdziwy macho, zawadiaka, który „może mieć każdą” i z pozoru „każdą ma”. Nie mogłoby i w jego przypadku być inaczej – rozpoczyna on swój lament, gdyż UCIEKŁ właśnie żonie z zakupów…

Perspektywa widza – każdej kobiety i każdego mężczyzny jest zapewne taka sama i wielokrotnie zadają sobie pytanie: „skąd ja taką sytuację znam?”;) Barwne dialogi „mężusiów”, ich sprzeczki, problemy i pomysły, w karykaturalny sposób odzwierciedlają stereotypową rzeczywistość.

Widzimy facetów z ogromnym temperamentem, każdy z nich podobno pracuje, każdy podobno ma kochającą żonę i podobno… jest szczęśliwy. Jednak wszystko do czasu. Wszystkie kłamstwa i kłamstewka zawsze wychodzą na jaw i jak się później okazuje – życie, które wiedzie każdy z tych delikwentów jest jednak nieco inne, niż je nam (i sobie wzajemnie) przedstawiał. Miejsce ucieczki tych panów, przed zakupami, staje się stopniowo początkiem ich problemów w domu… Pytanie tylko, jak je rozwiążą?

Oprócz relacji między kobietą a mężczyzną, sztuka ta ukazuje nam także kontakty męsko-męskie. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że przede wszystkim (!) męsko-męskie.

Czterech mężczyzn naładowanych testosteronem (czasem można było odnieść wrażenie, że bardziej progesteronem;)) siedzi w swojej tajnej bazie, nie używanej kotłowni w centrum handlowym. Rozmawiają, narzekają, kłócą się (czasem  nawet biją, jak na prawdziwych mężczyzn przystało) i rozwiązują wspólnie swe problemy. Jeden pomaga drugiemu – trzymają „sztamę” i nikt ani nic, nie jest w stanie zaburzyć tej wielkiej przyjaźni  – a już na pewno nie kobiety, które o istnieniu ich zon nie mają nawet pojęcia.

Wspominając o czterech panach, sugerujemy, iż pojawił się jeszcze jeden, a był nim Mario (Robert Wabich) – ochroniarz centrum handlowego. Odkrywa on przez przypadek tajną kryjówkę mężusiów, już chce ich stamtąd eksmitować, kiedy to wdaje się z nimi w dyskusję i zaczyna doskonale rozumieć. Już sama ta sytuacja pokazuje nam sposób myślenia mężczyzn. Mają praktycznie te same problemy, świetnie się rozumieją, więc nie trudno im się zaprzyjaźnić i wpuścić nową osobę do swojego „stada”. Bardzo szybko z wrogów, przeciwników, stają się najlepszymi kumplami. Nawet, gdy się pokłócą, dadzą sobie brzydko mówiąc – „w pysk”, to za chwilkę znów się kochają jak bracia. Tacy są właśnie mężczyźni – prości, schematyczni… a zarazem bardziej skomplikowani niż niejedna kobieta.

Reżyser spektaklu w bardzo przejrzysty sposób nam to przedstawił. Pokazał sztampowo i jednocześnie ciekawie, jaki tok myślenia mają panowie, o czym rozmawiają, gdy się ze sobą widzą, a także, jakie mają zmartwienia i dylematy.

Sztuka ta, nie mogłaby się odbyć bez tak wspaniałej obsady, jaką stworzyli: Cezary Morawski, Michał Milowicz, Robert Wabich oraz Tomasz Dedek. Każdy z aktorów perfekcyjnie pasował do swej roli i w mistrzowski sposób ją odegrał.

Nieodzownym elementem całego spektaklu były lekko-musicalowe wstawki, kiedy to mężczyźni dawali swe popisy na scenie. Śpiewali fragmenty największych przebojów disco, często zmieniając ich tekst na swój własny. Praktycznie na każdą sytuację mieli jakiś utwór- czy to jak się pocieszają, czy też cieszą, czy smucą. Były to elementy, które podkręciły całą atmosferę spektaklu, dodały tej sztuce charakteru i ogromnego humoru. Przedstawienie cechuje ciągle tocząca się akcja oraz dynamika. Zazwyczaj bywa tak, że na początku komedii jest zabawnie, później śmiesznie, a ostatecznie publika płacze ze śmiechu w momencie epicentrum. W tej sztuce takiego epicentrum nie było. Widz śmiał się do rozpuku od pierwszej, aż do ostatniej minuty spektaklu;) Cały czas obserwowaliśmy nieprzewidziane zwroty akcji, co chwilę któryś z bohaterów wychodził, wchodził, wskakiwał, krzyczał, śpiewał, tańczył i to wszystko zagrane w niesamowicie zabawny, komiczny sposób.

Jesteśmy po raz kolejny pod ogromnym wrażeniem dialogów, gry aktorskiej, pomysłowości scenariusza oraz całej scenografii. Niesamowite, jak wiele rzeczy może się wydarzyć w jednym miejscu – rzekomo nudnej kryjówce, kotłowni centrum handlowego… Sztuka ta pozornie banalna, została opracowana w tak niekonwencjonalny sposób, że widz ani przez chwilę się nie nudził i z niecierpliwością czekał na to, co będzie dalej;)

Zapraszamy Was do polubienia naszego fanpejdża - 
https://www.facebook.com/KAVOX?fref=ts
 :)

Nasza „Premiera”

Miałyśmy niedawno przyjemność zobaczyć spektakl „Premiera” w reżyserii Tomasza Dutkiewicza, w Teatrze Komedia.  Na wstępie musimy Wam przyznać, że ostatnią sztuką teatralną jaką miałyśmy „przyjemność” zobaczyć był prawdopodobnie „Król Edyp” w okresie szkoły średniej. Latające nad głowami paluszki, przesadnie głośno komentujący sztukę (bądź też nie sztukę) licealiści oraz obserwująca nas polonistka, która co kwadrans dyskretnie szeptała do ucha:  „Patrzcie uważnie, jutro będzie z tego klasówka” – to wszystko sprawiało, że czas spędzony w teatrze delikatnie mówiąc…nie był przyjemnością. W żaden sposób nie zraziłyśmy się jednak do teatru. Co więcej, marzyłyśmy o tym, aby móc wreszcie zobaczyć wybrany przez nas spektakl, w wybranym przez nas teatrze z najbardziej uzdolnioną obsadą aktorską w tym kraju. Tym sposobem drogą dedukcji, niesamowitego szczęścia i ogromnej życzliwości naszego znajomego aktora ,szczęśliwe, pełne nadziei, bez polonistki u boku, udałyśmy się do Teatru Komedia, by zobaczyć słynną „Premierę”.

Spektakl rozpoczął się od śpiewającego w tle Michaela Buble’a , za co ogromny plus, gdyż muzyka Buble’a idealnie wkomponowała się w klimat całego przedstawienia. „Premiera” to pokazana w krzywym zwierciadle akcja, która toczy się tuż przed wielką premierą sztuki. Już w pierwszych minutach poznajemy reżysera, aktorów, zaproszonych gości. Jest też czerwony dywan oraz kelner serwujący białe wino – czyli wszystko na swoim miejscu… no… prawie;) Od samego początku nic się nie udaje – a to spóźnienie aktorki odgrywającej główną postać, a to nieudolne próby zdobycia wielkiej roli przez jednego z aktorów, a do tego wszystkiego- romanse pomiędzy głównymi bohaterami… Wszystko pokazane w komiczny sposób, bardzo karykaturalnie, a jednocześnie… prawdziwie. Znakomita obsada to wisienka na torcie dla tego zabawnego scenariusza. Znany wszystkim Jacek Poniedziałek wcielił się w rolę podenerwowanego, nadpobudliwego reżysera, nad którym od samego początku wisi ciemna chmura, przez co bohater  traci całkowitą nadzieję, na to iż premiera jego spektaklu dojdzie w ogóle do skutku. U jego boku partnerka (Izabela Kuna), kobieta niezwykle elegancka, pewna siebie, z klasą. W swoim mężczyźnie widzi idealnego kandydata na męża i ojca jej dzieci. Problem w tym, że sam kandydat broni się przed ogniskiem domowym rękami i nogami.  U jego drugiego boku…druga kobieta, młoda aktorka (Aneta Todorczuk – Perchuć), kobieta energiczna, przebojowa, trochę naiwna, aczkolwiek sprytna. Aktorka próbuje uwieść reżysera, by móc zagrać w kolejnym przedstawieniu, co oczywiście wywołuje w jego narzeczonej poczucie zazdrości.

Na scenie obserwujemy również postać homoseksualisty (Robert Rozmus), aktora „przeterminowanego”, którego „5 minut”  już dawno minęło. Jest także aspirujący aktor i kelner (Philippe Tłokiński), który usilnie stara się zaprezentować reżyserowi swoje wyjątkowe zdolności aktorskie.

W międzyczasie obserwujemy zachowanie małżeństwa: księgowej prezydenta (Maria Pakulnis) oraz jej męża(Wojciech Wysocki), którzy chcąc uczcić swoją trzydziestą rocznicę ślubu, wybrali się do teatru. Kobieta jest podekscytowana miejscem, zaproszonymi gośćmi, aktorami, faktem, że może poczęstować się kieliszkiem szampana. Jej mąż z kolei traktuje pobyt w teatrze jako największą karę za grzechy.  W epicentrum ich konfliktu pojawia się starszy mężczyzna, aktor (Tadeusz Chudecki). Swoją duszą romantyka szybko skrada serce pani księgowej.

Cała masa przesyconych humorem, niekonwencjonalnych dialogów oraz sytuacji, stopniowo wprowadzają widza w stan ostateczny – śmiech przez łzy, czy też łzy przez śmiech.  W punkcie kulminacyjnym „Premiery”  ma miejsce wszystko, co niestosowne, niemoralne i nieodpowiednie do wydarzenia jakim jest premiera spektaklu.  Niespodziewane zwroty akcji, krzyk, zgiełk, śmiech, panika, rozpacz ! Przedmioty latają, a aktorzy się… wywracają;)

„Premierę” można rozumieć pół żartem, poł serio. Możemy śmiać się do rozpuku z przezabawnych dialogów, kłótni, mimiki, problemów, jakie spotykają bohaterów. Smutne z kolei ( a może właśnie śmieszne?) jest błędne przekonanie zwykłego pana Kowalskiego co do świata showbiznesu. Każdego dnia może on zobaczyć na dowolnym portalu plotkarskim zdjęcia znanych osób pozujących na ściance. Są piękni, uśmiechnięci, pewni siebie, szczęśliwi – przecież przyszli na premierę. I jeżeli ten sam Pan Kowalski pewnego dnia wybierze się do Teatru Komedia, by zobaczyć „Premierę”, za każdym kolejnym razem widząc zdjęcie aktorki pozującej na ściance, będzie widział, że ząb ją boli, sukienka uwiera a mąż być może zdradza.

Szczerze polecamy spektakl „Premiera” wszystkim dużym, wszystkim małym, wszystkim smutnym i wesołym, wszystkim Kowalskim i całej reszcie również.

zdjęcia: .facebook.com/pages/Teatr-Komedia