„Lekko nie będzie”, czyli krótka historia o różnicy wieku w miłości oraz o ludzkiej… hipokryzji.

fot. Rafał Olejniczak

Lekko nie będzie. Kto jednak powiedział, że musi być? W kwestii miłości uważam wręcz, że nie może! Już od czasów Shakespeara wpajany nam jest ideał miłości niespełnionej. Takiej, która napotyka na swej drodze miliony przeszkód, której towarzyszą nieustanne rozterki i zacięta walka o uczucie. Właśnie prawdziwa miłość to taka, która niesie za sobą mnóstwo cierpienia i problemów. Choć ta najpiękniejsza z reguły w sztuce kończy się tragicznie (co dodatkowo tylko potęguje jej siłę) w rzeczywistości może przecież zakończyć się happy endem. A jak sprawa wygląda w przypadku bohaterów spektaklu „Lekko nie będzie”? Barierą, która nieustannie staje na przeszkodzie uczucia jest różnica wieku kochanków, która potrafi naprawdę sporo namieszać…

Czytaj więcej

„Nie mam problemu z rozebraniem się na scenie. Najważniejsze jest to, żeby to czemuś służyło” – wywiad z Samborem Czarnotą

Spotkaliśmy się w teatralnej kawiarence, godzinę przed „Hiszpańską Muchą” w której od ponad roku gra jedną z głównych ról. I nie dość, że był podczas tej rozmowy nad wyraz spokojny i kompletnie niestremowany faktem, że za godzinę wychodzi na scenę, to jeszcze cieszył się na myśl o spektaklu jak dziecko.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Samborem Czarnotą, z którym porozmawiałyśmy o nagości, kompleksach, własnym teatrze i atakach śmiechu na scenie ;)

samborczarnota01
F
oto: rozastanco.com

Jak długo jesteś związany z Teatrem Kamienica?

Od roku. I można powiedzieć, że  Walentynkowo. 14 lutego zeszłego roku premierę miała Hiszpańska Mucha. Teraz na św. Walentego ZUS, czyli Zalotny Uśmiech Słonia… W przeciągu  jednego roku zrobiłem dwie duże premiery, więc to chyba całkiem dobrze.  Szczególnie, że to są dwie zupełnie różne od siebie sztuki.

Czy reakcje publiczności na dany spektakl różnią się od siebie? Czy jednego dnia ludzie reagują inaczej niż dnia poprzedniego?

Absolutnie tak.  To zależy przede wszystkim od publiczności, od tego kto przyjdzie.

Zdarzają się pojedynczy, bardzo niemili, przeszkadzający widzowie?

Zdarza się, że ktoś dekoncentruje… Na przykład komuś zadzwoni telefon . To, że ten telefon zadzwoni  to jeszcze nic. Ale gdy ktoś już odbiera telefon i gada: „No cześć. Nie mogę rozmawiać..(…) W teatrze jestem.(…) Jaka sztuka? Eee, słaba „(śmiech ).

Czy możesz zmieniać scenariusz? Czy za każdym razem on jest słowo w słowo taki sam?

Na etapie prób tak, ale już w trakcie przedstawienia raczej nie.  Chyba że po konsultacji np. z reżyserem, gdy mówimy o jakiś dużych zmianach. Ja uwielbiam grać z Emilianem Kamińskim. Znamy się, rozmawiamy o sztuce, teatrze, o swoim podejściu do zawodu. Cała filozofia grania polega na frajdzie, a żeby mieć frajdę to nie można tylko grać po nutach. Oczywiście tekst jest tekstem, ale jeśli zdarzy się, że w innym momencie zrobię pauzę, albo się uśmiechnę inaczej to jest to całkiem normalne, bo nie można grać na pamięć. Nie da się grać na pamięć.

Krępujesz się, gdy rozbierasz się na scenie?

W ogóle.

Nigdy Cię to nie krępowało?

Może na początku, gdy zaczynałem… Debiutowałem w spektaklu Romeo i Julia i graliśmy słynną scenę, kiedy to Romeo z Julią kochają się po raz pierwszy. Ciężko taką scenę zagrać pod kołdrą, bo to jest głupie. Wszystko było pięknie oświetlone, było tylko łóżko, delikatny wiatr, białe gołębie – coś magicznego! Musiałem wstać, żeby pokazać chociaż kawałek pośladka… Widzimy „ściemę”, jeśli facet w gaciach jest pod kołdrą. Jak się idzie do łóżka, to się jest na golasa -i broń Boże w skarpetkach! (śmiech). Ja wstałem z tego łóżka tylko po to, żeby wziąć całun, to trwało kilka sekund. Publiczność dostała  wówczas nerwowego śmiechu, bo nagle zobaczyła nagiego mężczyznę. Może wpłynęła na to pora dnia, bo graliśmy rano, nie wiem.  Ale nie zawstydziła mnie ta sytuacja, raczej zastanowiła, jak pokazywać nagość w teatrze i jak się do niej zbliżać.

I jak ją trzeba pokazywać?

Przede wszystkim nigdy się nie wstydzić.

Chyba sporo ludzi ma jednak problem z tym, aby rozebrać się do naga w miejscu publicznym.

Ludzie tak, aktorzy nie (śmiech). Ja nie mam z tym w ogóle problemu, pod warunkiem, że to czemuś służy. Nie mówię o rozbieraniu się do totalnego golasa, ale jeśli mam wyjść w ręczniku, albo z gaciach, to nie ma problemu. Pamiętajmy, że my tworzymy swoją rzeczywistość na scenie. Ja zapominam, że obok jest widownia. Na scenie jestem u siebie w domu, a u siebie w domu człowiek chodzi w majtkach i nie zastanawia się dlaczego, bo wie, że nikt na niego nie patrzy. Oczywiście łatwiej się mówi, trudniej wykonuje, ale ja osobiście nie mam z tym zupełnie problemu. Najważniejsze jest to, żeby to czemuś służyło.

Jesteś aktorem, ale też tylko mężczyzną. Chyba lepiej całować się z aktorką, która Ci się fizycznie podoba?

To prawda. Wiadomo, że młoda kobieta woli całować się z atrakcyjnym, młodym mężczyzną, niż z takim, który ma 75 lat. Ja staram się to jednak rozgraniczać. Jest jakieś zadanie do wykonania i tyle. Nauczyłem się jednej rzeczy w tym zawodzie, że czasami lepiej zrobić coś głupio, źle, ale spróbować, rzucić się na tę wodę, niż być wycofanym, mówić, że się nie da rady.  Trzeba ryzykować, otworzyć się, żeby wiedzieć co jest dla nas dobre, co nam smakuje, a co nie smakuje. Najgorzej też w tym wszystkim jest udawać. Jak Ty się wstydzisz, to widzowie wstydzą się jeszcze bardziej, jak udajesz, że kochasz to oni nie wierzą w ani pół słowa. My musimy uwierzyć w to, że to, co robimy jest takie, jakie sobie wymyśliliśmy, że my moglibyśmy się tak zachować.

Tak powinno być, ale…

Tak musi być.

…nie wierzę, że każdemu aktorowi to nieudawanie tak wychodzi.

Jest mnóstwo takich aktorów, którym nie wychodzi.

sambor_czarnota_05
F
oto: rozastanco.com

Zwracasz im wtedy uwagę?

Nie. Wymagam od siebie.

I uważasz siebie za dobrego aktora.

(śmiech)

No powiedz to!

Myślę, że robię wszystko, żeby być dobrym aktorem.

Czy taka scena, w której wychodzisz z teatru, a pod wejściem czeka na Ciebie kobieta i chce się z Tobą umówić jest Ci znajoma?

Umówić się chyba nie.  Znacie takie odważne dziewczyny? Bo ja nie znam.

Tak, bardzo dobrze. Siedzą tu przed Tobą (smiech).

Nigdy mi się to nie zdarzyło, a przynajmniej nie tak oficjalnie.(śmiech).

Zagrałeś główną rolę w filmie Ixjana…

Oj tam były sceny…

Czemu ten film jest tak krytykowany?

Nie wiem. To jest trudny film, ciężki. O gustach się nie dyskutuje. Komuś ten film się podoba, a komuś nie. Mówi się, że między krytykiem a aktorem jest taka różnica, jak między kochankiem a ginekologiem – widzą to samo a przeżywają co innego. Ja się nad tym nie zastanawiam, bo gdybym zastanawiał się nad każdą dobrą i złą recenzją to musiałbym się pociąć i zwariować, albo ze szczęścia, albo z rozpaczy. Wszystkim się nie dogodzi. To nie jest łatwy film, on jest bardzo klimatyczny, wymagający skupienia, zaangażowania. Do tego miał podwójny wydźwięk, ponieważ kończy się tak, że mój bohater przewiduje swoją śmierć. Jakby tego było mało Jeden z reżyserów tego filmu nie doczekał premiery, przez co obraz nabrał zupełnie innego wydźwięku. Dodam jeszcze, że film ma wyśmienitą obsadę…

Jest wiele polskich produkcji, z świetną obsadą, które okazują się klapą. Przykładem może być Tajemnica Westerplatte. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To jest dobre pytanie…

A może to nie jest kwestia obsady? Weźmy np. Kamienie na szaniec, tam nie ma znanych nazwisk w głównych rolach, a film mimo to okazał się hitem.

Wiecie na czym rzecz polega? Podstawowa sprawa to scenariusz. Ja, jako aktor, czytając scenariusz mam wizję filmu, ale jest jeszcze reżyser, który po swojemu może ten scenariusz opowiedzieć. To, że film powstaje drugi raz na montażu i przy udźwiękowieniu to inna sprawa. Jest wiele wytycznych, które składają się na ogólny obraz filmu. Na pewno fajne jest to, że Kamienie na szaniec pokazują czas wojny, co jest sprawdzonym patentem. Okres wojny, wam, młodym kojarzy się z okrucieństwem i nagle pokazuje się, że ci ludzie byli szczęśliwi, oni się zakochiwali, byli szaleni, tańczyli, dlatego nas to pociąga. Co nas najbardziej pociąga w teatrze, w filmie? Nie zdjęcia, a emocje. To, że bohaterowie się kochają, walczą, całują, jest namiętność, nienawiść, odwaga. Do takich filmów się wraca. Jest np. film Chce się żyć… Temat ciężki jak cholera, ale pokazany w jasnych kolorach. Pokazuje człowieka, który pomimo wszystko chce żyć. Sztuką jest pokazanie takiej historii w jasnych barwach.  Emocje są najważniejsze. Wiem co mówię, bo sam piszę teraz scenariusz.

Jaki scenariusz?

Piszę scenariusz z przyjaciółką, ale nie powiem wam o tym ani słowa (śmiech).  To będzie 13 emocjonujących i „pojechanych” odcinków…

Jak decydujesz się na zagranie roli w filmie, bądź teatrze, to czym się sugerujesz w pierwszej kolejności? Scenariuszem? Zarobkami?

Nigdy zarobkami. Pieniądze to ważna, ale drugorzędna sprawa. Scenariusza na początku nie dostaję w całości, tylko jakieś sceny, więc zawsze pytam kim jest bohater, którego mam zagrać, skąd pochodzi, jakie ma relacje z innymi bohaterami. Później uczę się tekstu, mając swój światopogląd na ten temat, a na końcu dowiaduję się jaka jest wizja postaci, jak reżyser chciałby ją przedstawić. Wtedy ja mówię „ok, to ja wam najpierw pokaże moją wersję, a później wy powiecie mi jak chcecie, żeby to zostało przedstawione”.

Występujesz w serialach, ale zazwyczaj gościnnie…

Ja mam trochę opinię „Aktora do zadań specjalnych”, czyli jak trzeba coś konkretnego zagrać, a nie tylko ładnie wyglądać, to telefon jest do Sambora Czarnoty. A jak do tego ładnie wygląda, to już w ogóle jest super (śmiech).

Wyobraź sobie, że zostanie stworzony film specjalnie dla Ciebie, z Twoją wymarzoną fabułą, wymarzoną rolą. Co by to było?

Mam to wszystko w laptopie, bo właśnie o tym będzie produkcja, którą piszę. Przede wszystkim chodzi o człowieka i o to, jak przypadek rządzi jego życiem. To będzie rzecz kryminalno – romantyczno – przygodowa. Z dużym poczuciem humoru mimo wszystko. Chcemy stworzyć coś, czego jeszcze nie ma i myślę, że jesteśmy na bardzo fajnej drodze.

I to będzie ta Twoja wymarzona rola?

Myślę, że jedna z tych wymarzonych.

I Ty sam sobie ją musisz stworzyć!

Na to wygląda (śmiech).

Skąd decyzja o stworzeniu własnego scenariusza?

Mam 37 lat i do pewnych rzeczy dochodzi się drogą dedukcji.  To jest chyba efekt tego, że nie mogę przez całe życie być zdany na czyjeś decyzje, że ktoś mi mówi co mam robić. Ja sobie bardzo cenię niezależność. Aktor musi znosić często dużo upokorzeń, często jest traktowany jak produkt, jesteś potrzebny dopóki jesteś na fali.

Chciałbyś też stworzyć swój teatr?

Może kiedyś, na dzień dzisiejszy na pewno nie. Nie mam takiej siły jeszcze w sobie, a do tego trzeba mieć ogromną siłę i determinację, żeby to nie tylko stworzyć, ale żeby być odpowiedzialnym za tych wszystkich ludzi, którzy będą tam pracować, być odpowiedzialnym za widzów.

Masz kompleksy jako aktor?

Mnóstwo! Chociaż może trochę przesadziłem. Kompleksy źle mi się kojarzą. Chodzi o to, że człowiek ma czasem niewiarę w siebie, czasami chciałbym coś lepiej robić. Chciałbym czytać więcej książek, chciałbym mieć większą wiedzę, chciałbym mówić w sześciu językach, a nie w trzech. Ale to są sprawy bardziej ambicjonalne, niż kompleksy.

Oglądasz siebie na ekranie?

Nie permanentnie, ale tak.

Wielu aktorów krępuje oglądanie siebie na ekranie, denerwują się, że mogli zagrać coś lepiej…

Właśnie po to się siebie ogląda, żeby wiedzieć, co poprawić. Pod tym się jak najbardziej podpiszę. I też często patrzę, który dubel był dobry, a który pokazany został w filmie.  Ale tak naprawdę tylko my wiemy, co można by poprawić, widz tego nie wie.

Zdarzyła Ci się sytuacja, że dostałeś ataku śmiechu na scenie?

Pewnie!

Potrafisz to zahamować?

I tak i nie. Miałem taką sytuację chociażby wczoraj, tydzień temu, permanentnie! Ja to uwielbiam, a publiczność kocha to jeszcze bardziej.

Pod warunkiem, że nie dzieje się tak podczas scen dramatycznych.

Trzeba myśleć „trumna, trumna, trumna” (śmiech). Trzeba wiedzieć gdzie i kiedy się uśmiechnąć, żeby nie przekroczyć granicy.

Dlaczego wystąpiłeś w teledysku?

Nawet w czterech! Ania Dąbrowska zapytała mnie czy zagram, powiedziałem, że jasne, po koleżeńsku. Przyjechałem, zagrałem i poszedłem. Nawet piosenkę nagrałem.

Skoro potrafisz śpiewać, to mógłbyś wystąpić w jakimś musicalu!

Wydaje mi się, że jak chcesz się znać na wszystkim, to się nie znasz na niczym. I tego się trzymam.

Za jakąś godzinkę grasz spektakl w Teatrze Kamienica. Dlaczego zamiast powtarzać tekst, Ty udzielasz nam wywiadu? Nie stresujesz się?

Nie, ja lubię to grać, naprawdę się cieszę. Mam tylko jeden taki przesąd, że zawsze scenariusz leży u mnie w garderobie.  Zdarzało mi się, że wracałem ileś kilometrów po scenariusz, bo go zapomniałem w domu. Ale nie stresuję się, lubię to. Trzeba to lubić. Bo tak jak powiedział Pan Janusz Gajos, jeśli przed wyjściem na scenę nie czujesz adrenaliny, to jest to pierwszy powód do tego, aby pomyśleć o wycofaniu się z zawodu.

Fullscreen capture 2014-05-15 180347

Nieszczęścia chodzą parami?

Teatr Kamienica świętował wczoraj swoje 5 urodziny! Z tej okazji odbyła się premiera sztuki „ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia” w reżyserii właściciela Teatru – Emiliana Kamińskiego!

Istnieje polskie przysłowie, które mówi, że nieszczęścia chodzą parami. Sama nie mogę się z tym nie zgodzić, jednak główny bohater sztuki „ZUS…” chyba ma zdecydowanie odmienne zdanie na ten temat. Choć może nie tak do końca… ?

Tytułowy Słoń /Sambor Czarnota/ (choć w trakcie można się pogubić, czy aby na pewno na nazwisko ma Słoń) traci pewnego dnia pracę. Z miłości do swej ukochanej /Katarzyna Pakosińska/, postanawia zataić przed nią ten fakt. Jest mu bowiem wstyd, że został bezrobotny. Za jakiś czas, zupełnie przypadkiem na jego konto zaczynają spływać wszelkiego rodzaju darowizny i zapomogi. Słoń staje się coraz bardziej kreatywny, zaczyna kombinować i wykorzystywać tę sytuację, co prowadzi do tego, że udaje mu się uzyskać renty dla wdów, odszkodowania dla inwalidów, czy też nawet zasiłki macierzyńskie!

Jego desperacka pomysłowość prowadzi do tego, że zaczyna „zarabiać” ok. 15 tys. miesięcznie. Żyć nie umierać!

Co jeśli, jednak w jego przychody zacznie ingerować państwo? Co jeśli przyjdzie miły pan z urzędu ze stertą papierków do podpisania, sugerując, iż za oszukiwanie można dostać do 10 lat pozbawienia wolności? A jeśli pewnego dnia zapuka do drzwi jakaś pani z zakładu pogrzebowego, szukając pewnego nieboszczyka w jego mieszkaniu? Albo żona pana Słonia dowie się, że jest on być może… transwestytą?! I przede wszystkim… co jeśli okaże się, że wszystkie osoby przebywające w jego mieszkaniu, uważające go za pana Tomasza, dowiedzą się, że tak naprawdę nazywa się on Słoń?

No właśnie… Jedna niewinna próba oszukania urzędu, pociągnęła za sobą kolejne. Jak to mówią: dać palec, to weźmie całą rękę - choć przecież nasz bohater pewnie się wybroni – zapomogi właściwie same spływały na jego konto, a on im tylko otwierał drzwi.

„ZUS czyli Zalotny Uśmiech Słonia”, to błyskotliwa, niebanalna komedia, przedstawiająca perypetie i rozterki  dorosłego mężczyzny, który nie potrafił się przyznać przed ukochaną, że został bezrobotny. Oszukał on urząd skarbowy i połowę swojej rodziny. Całkowicie się zatracił w swojej osobowości, w co wciągnął również innych. Ostatecznie, każda postać miała dzięki Słoniowi po dwie, a czasem nawet więcej twarzy :)

Wszystko na szczęście ma słodki finał, co można zawdzięczać „zalotnemu uśmiechowi Słonia”:) Jego błyskotliwość zachwyciła odpowiednią osobę i nasz bohater ponownie mógł wyjść na prostą. Droga ku temu, trzeba przyznać, była niesamowicie kręta!

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej sztuki! Po raz kolejny wyszłam z Teatru Kamienica z bolącą od śmiechu żuchwą! Wszyscy goście przez cały spektakl ocierali łzy ze śmiechu, a później gratulowali artystom  ich niezwykłych, przezabawnych i barwnych ról. Muszę od siebie dodać, jak fenomenalny był w tym spektaklu Emilian Kamiński! Wcielił się on na kilka chwil w postać Marylin Monroe! Do teraz uśmiech nie schodzi z mej twarzy, jak tylko przypomnę sobie widok Emiliana na scenie, podskakującego w czerwonych szpileczkach, z niezwykłą gracją i lekkością! Widok bezcenny, zatem marsz do Kamienicy!

Jak Emilian Kamiński rzecze: „Jak wam się podobało, to zaproście przyjaciół. Jak wam się nie podobało, to zaproście wrogów!”

Mnie się bardzo podobało, zatem zapraszam wszystkich! Bez wyjątku!

Zaraz po spektaklu, zapytałam odtwórcę głównej roli i jego teatralną żonę, o to, czy rzeczywiście nieszczęścia chodzą parami, czy może jest odwrotnie? Może właśnie szczęście ciągnie za sobą pozytywny sznur?

Sambor Czarnota /Słoń/

„Mówi się czasami, że jest np. czarny rok, ale czy ja wiem? Ja wierzę, że wszystko jest gdzieś tam zapisane. Czy w gwiazdach, czy whatever – gdziekolwiek! Nie ma przypadków w życiu, natomiast trzeba pomagać szczęściu i się nie poddawać. Ja chcę wierzyć, że ja temu szczęściu też pomagam.  Wiele razy też miałem sytuacje, że jak coś mi nie wychodziło, to w tym najważniejszym momencie się nie zdarzyło. Tak się ogólnie dzieje, chociażby na Olimpiadzie, że wszystko jest ok, a nagle coś się nie udaje i zaczyna sypać, mimo że było przygotowywane perfekcyjne. To są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Musimy robić wszystko i tak być przygotowanym do tego, żeby mieć czyste sumienie, że zrobiliśmy wszystko, żeby to było na najwyższym poziomie”

Katarzyna Pakosińska /żona/

Szczęścia chodzą parami! I mam nadzieję, że to dzisiejszego wieczoru przekazaliśmy naszym spektaklem!  Jest on bardzo zakręcony, przygotowywaliśmy go sporo czasu i tak naprawdę dopiero po 3 miesiącach pracy, zdaliśmy sobie sprawę o czym ta sztuka jest, bo tekst był nawet dla nas niezwykle pokręcony! Ciężko było odgadnąć, kto jest kim dla kogo, kto kim jest teraz (śmiech). Pytając, o czym jest ta sztuka – muszę się chwilę zastanowić (śmiech)”

 

Kończąc, zapraszam Was wszystkich na spektakl „ZUS…”. Nie pożałujecie! ;) A Kamienicy raz jeszcze, z tego miejsca, składam najpiękniejsze życzenia! Rozbawiajcie nas tak dalej przez kolejne lata! :)