Na samotność terapia, nawet ta zwariowana.

W dzisiejszych czasach każdy, niezależnie od wieku, płci, wykształcenia, wagi i posady goni za miłością. Nawet ci, którzy na co dzień żyją w na pozór szczęśliwych związkach uciekają do wirtualnego świata, aby zasmakować czegoś nieznanego i ekscytującego. Więc może to nie jest gonitwa za miłością, a po prostu pragnienie doświadczenia czegoś, co jest zakazane, a więc tak bardzo podniecające?

Czytaj więcej

„Kieruję się zasadą, że każda kolejna rola powinna być inna od tych, które już grałam” – wywiad z Julią Kamińską

Zabłysnęła kilka lat temu, wcielając się w tytułową postać w serialu „BrzydUla”. Przeistoczyła się w nim z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. W rzeczywistości przeistaczać się nie musiała. Odkąd tylko pojawiła się w showbiznesowym świecie, mówi się o niej jako o „jednej z najpiękniejszych”, chociaż sama się za piękną nie uważa.

Choć nie posiada dyplomu z powodzeniem spełnia się jako aktorka i przyjmuje coraz więcej ciekawych ról.  Julię Kamińską, bo o niej mowa, można na chwilę obecną spotkać m.in. na planie serialu „Na dobre i na złe”, na ekranach kin w najnowszej komedii Piotra Wereśniaka „Wkręceni” oraz w Teatrze Komedia.

O swoich rolach, nowych wyzwaniach, a także o modzie i  zajmowaniu pierwszych rzędów na pokazach, przeczytacie w rozmowie z Julią Kamińską! Zapraszamy do lektury!


foto: Michał Mazurkiewicz

Kiedyś powiedziała Pani, że nie potrafi się wyzwolić od serialu „BrzydUla” i postaci Uli. Czy ludzie ciągle kojarzą Panią przede wszystkim z tym serialem?

Nie przypominam sobie, żebym użyła tak wzniosłych słów (śmiech). Ludzie często kojarzą mnie z postacią Uli. Serial był bardzo popularny, a ja grałam charakterystyczną postać, więc nie ma się czemu dziwić. Teraz zaczyna się to zmieniać, chociaż nie robiłam niczego specjalnie po to, żeby nie kojarzono mnie więcej z Ulą. To się dzieje naturalnie, powoli widzowie zaczynają mnie kojarzyć również z innymi postaciami, w które się wcielam.

Może rola w innym serialu albo główna rola w filmie sprawiłyby, że raz na zawsze stanie się Pani Julią Kamińską, a nie Julią Kamińską z serialu „BrzydUla”?

Gram teraz kontrowersyjną postać doktor Zuzy w „Na dobre i na Złe”. Powoli zaczynam odczuwać, jak to jest, grać irytującą postać. Czasem dostaję nawet pogróżki, że powinnam „zostawić Przemka Zapałę w spokoju” (śmiech) To zabawne.

Czy dzisiaj przyjęłaby Pani propozycję zagrania głównej roli w serialu komediowym? Czy jest to dobry krok dla aktora na początku jego kariery?

Na pewno przyjęłabym rolę w dobrym serialu komediowym. I myślę, że to bardzo dobry krok dla aktora na początku kariery. Na pewno lepszy niż na przykład przyjęcie roli w kiepskim serialu komediowym, albo, jeszcze gorzej, nieprzyjęcie roli w dobrym serialu komediowym. A najgorzej przyjąć rolę w kiepskim serialu na końcu kariery. Nie komediowym.


foto: Michał Mazurkiewicz

Wiele znanych osób angażuje się w pomoce charytatywne, Pani również. Czy uważa Pani, że każdy wspiera np jakąś fundację bo ma taką potrzebę, bo bardzo chce pomagać, czy może jednak zdarza się, że ktoś robi to dla własnej promocji?

Nie wiem kto się czym kieruje i nie zamierzam się nad tym zastanawiać. W tym wypadku, o który Pani pyta, cel zawsze jest szczytny. W związku z tym zamiast podejrzliwie zastanawiać się nad motywacjami cieszę tym, że ci, którzy czekają na pomoc, ją dostają.

W CKM pojawiła się Pani piękna sesja zdjęciowa. Honorarium z sesji przeznaczyła Pani na cele charytatywne. Co było najpierw: chęć wykonania zdjęć i zaprezentowania ich w CKMie, czy myśl o tym, że wynagrodzenie będzie mogła przeznaczyć Pani na cele charytatywne?

Dziękuję, miło mi, że zdjęcia się Pani podobały. Dostawałam wcześniej propozycje zrobienia tego typu zdjęć. Jednak na sesję zdecydowałam się dopiero, kiedy wpadł mi do głowy pomysł, że mogłabym tę sytuacje wykorzystać w związku z celem dobroczynnym.

Jak Pani wspomina tę sesję? Czy to Pani zadecydowała o tym, jaki będzie miała charakter, czy zostało to góry narzucone?

Odbyło się spotkanie w redakcji, omówiliśmy nasze oczekiwania i spotkaliśmy się w pół drogi. Podczas sesji nie było niespodzianek, wszystko było wcześniej dokładnie ustalone, w związku z czym zdjęcia wspominam bardzo miło.

Każdy ma szansę zobaczyć Panią na deskach Teatru Komedia. Wszędzie komedie… To komedie wybierają Panią, czy to Pani je wybiera?

To, że teatr nosi nazwę Komedia nie znaczy, że są tam grane tylko komedie. Musical „Zorro” ma humorystyczne momenty, ale komedią nie jest. Gram też w „Na dobre i na złe”, czyli w serialu obyczajowym. „BrzydUla” była komediodramatem. Inna sprawa, że przy komediach pracuje się bardzo przyjemnie, w związku z czym zazwyczaj przyjmuję proponowane mi role komediowe, szczególnie te teatralne. Spontaniczne reakcje publiczności dają aktorom dużą satysfakcję.

Ma Pani swoją wymarzoną rolę? Zazwyczaj aktorzy odpowiadają,  że lubią grać złe charaktery. Czy Pani również?

Aktorskie zamiłowanie do czarnych charakterów wynika pewnie stąd, że zazwyczaj są one wyraziste, a w związku z tym ciekawsze do grania, niż np. dobre, przewidywalne „ciepłe kluchy”. Ja kieruję się po prostu zasadą, że każda kolejna rola powinna być inna od tych, które już grałam. Powinna mnie nauczyć czegoś nowego – nie ważne czy to czarny charakter czy postać pozytywna. A wymarzona postać? Brzydulę już grałam, no to może Frankenstein? Albo może nie (śmiech)

Pani nie jest stałym gościem na warszawskich salonach. Najczęściej jednak można Panią spotkać na pokazach mody. To z zamiłowania do mody, czy może z zamiłowania do projektantów?

Lubię modę i mam kilku znajomych projektantów. Podczas pokazów często robię zdjęcia ubraniom, które przypadną mi do gustu. Mam taką listę rzeczy, które miałabym ochotę założyć, na przykład na jakąś uroczystą premierę. Poza tym pokazy usprawiedliwiają szaleństwa modowe. Na co dzień ubieram się skromnie, a od czasu do czasu kusi mnie, żeby wyglądać odważnie, inaczej, nawet dziwnie. Pokaz mody to idealna okazja, żeby zaszaleć.

Czy pierwszy rząd na pokazach mody jest naprawdę tak ważny? Powoli dochodzi do tego, że impreza zwana „pokazem mody” kręci się wokół pierwszego rzędu, a nie wybiegu…

Portale internetowe faktycznie zawsze skupiają się na tym, kto co miał na sobie w pierwszym rzędzie. To głupie, ale szczerze mówiąc mi to nie przeszkadza. Dla mnie osobiście pierwszy rząd jest o tyle ważny, że dobrze widać (śmiech) Ale jakbym usiadła gdzieś z tyłu, też bym się dobrze bawiła.

Szerokie rozpięcie na plecach, które zaprezentowała Pani podczas premiery komedii „Wkręceni” to Pani pomysł? Spodziewała się Pani, że założenie takiej kreacji wzbudzi tak wiele kontrowersji?

Miałam na sobie futurystyczny komplet od Muses, ale od rozcięcia na plecach zdecydowanie większą furorę w internecie zrobił rozporek spódnicy, który się niefortunnie rozpruł i zaprezentował wykończenie pończoch. Naturalnie tego nie planowałam, w związku z czym nie mogłam spodziewać się takiego zainteresowania mediów.

Jest Pani dowodem na to, że nie trzeba mieć dyplomu, aby być genialnym aktorem. Czy uważa Pani, że podjęcie aktorskich studiów zmieniłoby coś w Pani karierze?

Bez przesady. Staram się być profesjonalna, cały czas się uczę, ale do geniuszu bardzo mi daleko. Na pewno studia zmieniłyby coś w mojej karierze, ale nie wiem, co. W związku z czym się nad tym nie zastanawiam.

Wszem i wobec ogłasza Pani, że nie planuje ślubu. Czy to dlatego, że zalicza się Pani do grona tych kobiet, które uważają ślub za bzdurę? Czy może zwyczajnie to nie jest odpowiedni moment?

Nie ogłaszam tego wszem i wobec (śmiech) Po prostu dementuję plotki, które pojawiają się regularnie, a są wyssane z palca. Ślubu nie planuję, a jeśli kiedyś będę, to na pewno nie będę tego ogłaszać wszem i wobec (śmiech)

Czym dla Pani jest piękno?

Piękno jest dla mnie czymś, na co się przyjemnie patrzy.

Czy uważa się Pani za osobę piękną?

Nie.

Jak zdefiniowałaby Pani „pięknego mężczyznę”?

Osoba płci męskiej o nienagannych proporcjach.

Jakie są Pani plany na rok 2014?

Skupiam się teraz na działalności produkcyjnej, dobiegają końca prace nad moim autorskim projektem pod tytułem „Kapitan Plandeka”. Pracuję też jako scenarzystka. Będę pojawiać się w teatrach Komedia, Capitol i w Łódzkim Teatrze Lutnia. Jedziemy w trasę po Polsce ze spektaklem „Dwie Połówki Pomarańczy”. Będę pojawiać się w „Na Dobre i na Złe”. Marzy mi się kolejny musical, w związku z tym staram się nie wypaść z formy i chodzę na zajęcia śpiewu. Pracuję też nad projektem muzycznym, ale o tym zacznę mówić dopiero kiedy będzie gotowy.


foto: Pudelek.pl

Podobno stara miłość nie rdzewieje – recenzja sztuki „Konserwator”

„Ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka – bo odmienić istotę ludzką zdolna jest wyłącznie miłość”.

Powyższe zdanie doskonale charakteryzuje głównego bohatera – tytułowego „Konserwatora”, Jean-Pierre’a (Jan Jankowski). Goniący za pieniądzem, narcystyczny mężczyzna w imię miłości do swej byłej żony Severine (Maria Pakulnis), postanawia się zmienić i pokazać jej, że jest pokorny, skromny i zdolny do ogromnych poświęceń.  Po kilkunastu latach od ich rozstania, zjawia się w jej w paryskim wydawnictwie i wprost błaga o zatrudnienie. Rzekomo jest on bez grosza  przy duszy i tylko praca w jej wydawnictwie (na jakimkolwiek stanowisku) może go uratować.

Severine jest kobietą silnie zranioną. Jean-Pierre zdradził ją z młodszą kobietą, co było przyczyną ich rozstania. To traumatyczne przeżycie zmieniło ją w zimną i bezwzględną kobietę. Mimo wszystko ogromne, pełne litości, kocie oczy ex-męża sprawiają, że Severine się poddaje i postanawia go zatrudnić. Jak już wyżej wspomniałyśmy, obsadza go na stanowisku konserwatora. I nie jest to, jak można się domyślić, konserwator zabytków, lecz…powierzchni płaskich:) I tutaj zaczyna się cała historia…

Do akcji wkracza również obecny mąż Severine – Patrice (Wojciech Wysocki), który jest dyrektorem naczelnym jej wydawnictwa. Jak się dość szybko okazuje, skrywa on pewną tajemnicę wraz z asystentką Severine (w tej roli Joanna Falkowska)… Pytanie – czy tylko on?

Ostatecznie okazuje się, że każdy posiada jakiś sekret. Każdy z bohaterów żyje w ogromnym kłamstwie, a jak wszyscy doskonale wiemy… kłamstwo ma bardzo krótkie nogi i prędzej czy później wychodzi na jaw.

„Konserwator” jest spektaklem, opowiadającym o tym, że w imię miłości, człowiek jest w stanie zrobić praktycznie wszystko, nie zastanawiając się w trakcie nad konsekwencjami swoich czynów. Czasem może nas to zgubić i nawet zranić po drodze najbliższe nam osoby. Jeśli jednak miłość jest prawdziwa, może warto się rzucić w jej niebezpieczny wir?

Znakomita obsada i świetnie odegrane role, nie pozwoliły nam ani przez sekundę się nudzić. Co sprawiło, że widzowie śmiali się od pierwszych sekund spektaklu? Z całą pewnością magia Teatru Komedia, reżyseria Tomasza Dutkiewicza, oraz doskonała gra aktorska. Pewne też jest, że te widowisko zdecydowanie zapisujemy do listy naszych ulubionych i godnych polecenia. Marię Pakulnis i Wojciecha Wysockiego znamy już ze sztuki „Premiera”, stąd też wiedziałyśmy, że spektakl z nimi na pewno zwali nas z nóg. Natomiast po raz pierwszy miałyśmy przyjemność zobaczyć na deskach teatru Jana Jankowskiego, któremu należą się owacje na stojąco, bo swoją rolą absolutnie zdobył nasze serca. Jakimkolwiek draniem nie była grana przez niego postać, patrząc na jego – kolokwialnie mówiąc – „przygłupawe” zachowanie, czułyśmy od wewnątrz ogromną litość i sympatię do jego osoby. Tego drania nie dało się nie polubić:)

W pozostałe role wcielili się: Katarzyna Zielińska, Grzegorz Pawlak, Marcin Troński oraz Bartosz Obuchowicz. Nie zdradzimy Wam jednak, w jakie postaci się wcielili – niech to pozostanie dla Was tajemnicą. Powiemy tylko tyle, że bez nich, ten spektakl nie miał prawa by się odbyć;)

Teatr Komedia, na zawsze będzie zapisany gdzieś głęboko w naszych sercach, z sentymentu – bo to właśnie w nim byłyśmy na pierwszym naszym spektaklu. Powrót na jego widownię, był dla nas ogromną radością, a jeszcze większą, fenomenalna sztuka, na którą wszystkich szczerze zapraszamy!

Na koniec banalna acz prawdziwa sentencja, która pewnie będzie górowała we wszelkich recenzjach: „stara miłość nie rdzewieje”. Kto w to powiedzenie nie wierzy – marsz na „Konserwatora”!

zdjęcia: topstars.pl

„Nauczyłem się dystansować do tego, co pisze się o mnie w tabloidach, czy na forach internetowych. Ale nie zawsze tak było.” – wywiad z Tomaszem Ciachorowskim

Absolwent oceanotechniki, kulturoznawstwa i aktorstwa. Polaków ( a zwłaszcza Polki) zauroczył wcielając się w postać przystojnego Michała Duszyńskiego w serialu „Majka”. Aktualnie występuje na deskach Teatru Komedia, gdzie jako główny bohater wzrusza i rozbawia publiczność w komedii „Harold i Matylda”.  

O kulisach aktorskiej pracy, dbaniu o wygląd oraz nieznanych Wam dotąd zainteresowaniach opowiedział Tomasz Ciachorowski!

Lubisz udzielać wywiadów?

Ojej… z takim pytaniem spotykam się po raz pierwszy. Nie ma reguły. Czasami odpowiadam na zadane pytania z przyjemnością, a czasami nie. To zależy od okoliczności i tematu rozmowy. Jeżeli rozmowa jest interesująca, rozmówczyni albo rozmówca jest miły, to robię to z przyjemnością. Ale nie zawsze.

Jak traktujesz wywiady?

Zazwyczaj jest to część moich zawodowych obowiązków. Najczęściej udzielam wywiadów przy okazji promocji serialu, albo przy okazji premiery spektaklu. Producent zaprasza wybranych przez siebie dziennikarzy a rozmowa z reguły dotyczy konkretnego projektu.

Jesteś przystojnym aktorem, nie przeszkadza Ci ta łatka „przystojniaka”?

Zależy jakie przyjmiesz kryteria oceniając czyjąś aparycję. Jeżeli ktoś twierdzi, że jestem przystojny i przykleja mi taką etykietkę, to ok. Ma do tego prawo. Nauczyłem się podchodzić do tego z pokorą i nie negować tego. Na początku odżegnywałem się od łatki amanta, bałem się, że zostanie mi ta łatka i nie będę mógł wyjść poza ramy takiego emploi. Teraz myślę sobie – co  z tego? Każdy aktor ma taki, albo inny typ urody, który go pretenduje do grania takich a nie innych ról. Gdybym wyglądał inaczej, to pewnie grałbym inne role i również mógłbym ubolewać nad tym, że moja powłoka mnie ogranicza. Takie rozważania nie mają większego sensu.

Czy wygląd ma znaczenie w karierze aktorskiej?

Oczywiście że wygląd i warunki fizyczne mają znaczenie w tym zawodzie. Myślę, że nie tylko w zawodzie aktora, chociaż rzeczywiście akurat uprawianie tego zawodu jest związane z publiczną ekspozycją. Nasze ciało jest naszym narzędziem pracy, zawodowym instrumentem, więc oczywiście, to jak wyglądamy, czy o siebie dbamy czy też nie, czy jesteśmy danego dnia wyspani, to w jaki sposób zmieniamy się z upływem czasu – to wszystko ma znaczenie.

Pomaga Ci Twój wygląd w karierze?

Myślę, że tak jak w każdym zawodzie to jak wyglądamy, w jakiś sposób nas definiuje i gdybym był np. adwokatem mój wygląd również by mnie  definiował czyniąc mnie wiarygodnym prawnikiem na pierwszy rzut oka, albo nie. Pewnie nie raz pomogło mi to, że wyglądam tak jak wyglądam, a nie raz zaszkodziło.

Kiedy zaszkodziło?

Starałem się o rolę zakapiora i moje warunki zewnętrzne sprawiły, że nie zaproszono mnie nawet na zdjęcia próbne. Podobnie było z rolą stoczniowca… Usłyszałem tylko: „z pana warunkami, to się nie uda.”

Dbasz o swój wygląd?

Oczywiście, że dbam o to jak wyglądam. Skoro posługuję się moim ciałem w mojej pracy, to jego jakość i kondycja nie jest mi obojętna. Sądzę, że dbam o stan swojego ciała trochę bardziej niż przeciętny mężczyzna.

Co masz na myśli mówiąc, że bardziej niż przeciętny mężczyzna?

Pewnie więcej czasu spędzam na siłowni, częściej biegam, więcej namysłu poświęcam kwestiom odżywiania się i pielęgnacji mojej skądinąd kłopotliwej cery.  Pewnie nie każdy facet używa toniku.

Skorzystałbyś z usług kliniki estetycznej?

Nigdy tego nie robiłem, ale nie widzę nic złego w tym, że kobieta lub mężczyzna poprawia swoją urodę. Wszystko jest dla ludzi. Dzisiaj trudno jest mi sobie wyobrazić, że korzystam z tego typu usług, ale kto wie, jeśli czułbym się źle z pewnymi mankamentami, to czemu nie. Mam kolegów i koleżanki, którzy robią to regularnie. Jedni robią to na tyle ostrożnie, że tego rodzaju ingerencja np. odejmuje im lat nie budząc przy tym żadnych kontrowersji, a niektórzy przesadzają, ale tak czy owak to tylko i wyłącznie ich sprawa, ich twarz, więc nic mi do tego. Na pewno mnie to nie oburza.

Masz fanów, fanki, którzy piszą do Ciebie np. na facebook’u?

Doświadczałem wiele tego typu zaczepek kiedy mój prywatny profil na facebook’u był profilem otwartym i wszystkie zamieszczane tam przeze mnie informacje miały charakter publiczny. Od jakiegoś czasu ostrożniej korzystam z portali społecznościowych.  Na fanpage’u do tej pory zdarza się to często, ale z założenia jest to profil stworzony dla fanów, więc wręcz cieszy mnie tego typu interakcja.

Miałeś kiedyś psychofana, psychofankę?

Kiedy relacja z fanką lub fanem zaczyna niebezpiecznie ocierać się o stalking, ma znamiona natręctwa lub zwyczajnie narusza moją prywatność, to od razu taką znajomość ucinam.

Odpisujesz swoim fanom na facebook’u?

Nie zawsze. Odpisuję na privie jeżeli wiadomość taka dotyczy konkretnej sprawy, do której chcę się odnieść. Zwykle jednak komunikuję się z fanami bezpośrednio na osi czasu. Jakiś czas temu opublikowałem w sieci swoją stronę internetową www.tomaszciachorowski.com i jedna z fanek przesłała mi kilka cennych uwag dotyczących tej strony, z których skorzystałem. Taka dwukierunkowa komunikacja jest fajna.

Sam zrobiłeś swoją stronę internetową?

Tak (śmiech). Umówmy się – nie jestem informatykiem. Kiedyś na studiach uczyłem się kodu html więc co nieco pamiętam. Do stworzenia tej strony użyłem bardzo prostego edytora. Od czegoś trzeba zacząć. Postanowiłem, że sam stawię temu czoła.

Ciekawi mnie, dlaczego sam? Kręci Cię informatyka?

Kręci mnie sam akt „kreacji”. Edytując tę stronę spędziłem przed komputerem dwa dni, praktycznie nie jedząc i nie pijąc. Potrafię się w takim projekcie zatracić.

Może powinieneś zostać grafikiem?

(Śmiech) Wolę traktować takie przedsięwzięcia w kategoriach hobby.

Czytasz to, co piszą media na Twój temat?

Teraz już tego nie robię. Nauczyłem się dystansować do tego, co pisze się o mnie w tabloidach, czy na forach internetowych. Ale nie zawsze tak było. Na różnego rodzaju portalach pojawiło się do tej pory wiele nieprawdziwych plotek na mój temat, cytowano moje rzekome wypowiedzi lub powoływano się na „osobę z kręgu aktora” co miało usprawiedliwiać te brednie. Potem było to oczywiście szeroko komentowane przez internautów, którzy bezkrytycznie dają wiarę tego typu doniesieniom. Nie rozumiem zjawiska bezinteresownego hejtertstwa w sieci, co nikogo już nie dziwi. Normą stała się również nierzetelność i nieuczciwość dziennikarzy, a portale takie jak pudelek pełnią w naszym kraju funkcję opiniotwórczą. Smutne.

Teraz już takiego szumu wokół Ciebie nie ma, jak np. po serialu „Majka”.

Rzeczywiście i wierz mi – wcale za tym nie tęsknię. Jedyne czego mi żal, to tego, że wówczas otrzymywałem dużo więcej propozycji zawodowych.

Widziałam ostatnio Twoje zdjęcie z planu „Na dobre i na złe”. Kogo tam zagrałeś?

Zagrałem Bartka – młodego motocyklistę, który ucierpiał podczas wypadku drogowego. W szpitalu okazało się, że tydzień wcześniej podczas majsterkowania utkwił mu w głowie gwóźdź. Nieprawdopodobna historia, ale  Dr House podobno mial podobny przypadek.

Jak Ci się grało taki krótki epizod?

Paradoksalnie jest to bardziej wymagające zadanie, ponieważ mam tylko jeden odcinek i kilka scen na przedstawienie tej postaci i jej historii.

Uczęszczasz na castingi?

Oczywiście. Najczęściej jednak producent decyduje się na nazwisko, o którym w danym momencie jest głośno. Nie upatrywałbym w tym jednak jakiegoś spisku czy nepotyzmu. Producent, który wykłada pieniądze traktuje to jak inwestycję i zależy mu na jak największej oglądalności. Zazwyczaj casting wygrywa aktor, który od początku był faworytem.

Zależało Ci kiedyś szczególnie bardzo na jakieś roli, o którą walczyłeś, ale niestety się nie udało?

Jasne. Takich sytuacji było wiele. Na zdjęciach próbnych daję z siebie wszystko, a rolę dostaje ktoś inny. To chleb codzienny tego zawodu.

Nie zniechęca Cię to?

Nie. Zdaję sobie sprawę, że na tym ten zawód polega. Nikt mnie bez castingu nie obsadzi w dużej roli.

Jak podchodzisz do grania scen miłosnych, intymnych?

Staram się traktować takie zadania profesjonalnie. Bywa to niezręczne ale trzeba ten wstyd pokonać. Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Julką Pogrebińską  - kwadrans po tym jak się sobie przedstawiliśmy musieliśmy się rozebrać i wcielić w parę kochanków. Od środka zżerał mnie stres ale nie chciałem dać tego po sobie poznać. Kiedy przełamaliśmy w końcu barierę fizyczności, nasza każda kolejna scena pobrzmiewała echem tamtego pełnego napięcia pierwszego spotkania. Do dziś się przyjaźnimy.

Byłbyś w stanie poświęcić się dla roli? Przytyć, schudnąć?

Oczywiście.  Pod warunkiem, że ta rola byłaby tego warta. Jeżeli miałbym zagrać postać epizodyczną w telenoweli i zażądano by ode mnie abym specjalnie do tej roli przytył 5kg, to bez wahania odpowiedziałbym – „nie, dziękuję”.

Grasz w spektaklu „Harold i Matylda” główną rolę – młodego chłopaka, którego hobby to chodzenie na pogrzeby. Jak Ci się gra tę postać?

Gram Harolda z dużą przyjemnością. Na początku bardzo trudno było mi ugryźć tę postać. Harold jest bohaterem głęboko nieszczęśliwym, okaleczonym. Do tego ma podejrzane  hobby: chodzi na pogrzeby i inscenizuje swoje samobójstwa. Starałem się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla tego typu fascynacji.

Co było dla Ciebie najtrudniejsze do zagrania tej postaci?

Najtrudniej było mi w sposób płynny i psychologicznie uzasadniony ukazać przemianę wewnętrzną Harolda.

Przygotowujesz się w domu do zagrania danej postaci?

Oczywiście, sporo czasu poświęcam w domu nie tylko na naukę tekstu, ale również na analizowanie cech i motywów mojej postaci, relacji między bohaterami oraz kontekstu sztuki. Na próbach często wdrażam w życie pomysły, które są wynikiem moich samodzielnych poszukiwań.

Między Twoją postacią, a Matyldą jest gigantyczna różnica wieku – ok. 50 lat. Harold na końcu oświadcza się Matyldzie. Wierzysz w taką miłość?

Wierzę. Uważam, że ludzie pomimo dużej różnicy wieku są w stanie się w sobie zakochać, podobnie jak Kamila i Andrzej Łapiccy.

Masz swoją wymarzoną rolę?

John Proctor w „Czarownicach z Salem”. Kiedyś byłem już bliski zagrania tego bohatera, ale z powodu nieprzewidzianych kłopotów z prawami autorskimi próby, które trwały już kilka tygodni zostały przez teatr przerwane.

Dlaczego John Proctor?

Jest postać bardzo złożona, rozdarta między Abigail, a Elizabeth – swoją żoną i kochanką. Tym mężczyzną targają sprzeczne emocje, które doprowadzają jego rodzinę do zguby. Poza tym ten bohater osadzony jest w bardzo aktualnym kontekście. Wcześniej polowano na czarownice, a teraz na genderystów, ale mechanizm tego typu propagandy i krucjaty pozostaje niezmienny.

Jakie postaci lubisz grać najbardziej?

Ciężko mi jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Nie ma jednej kategorii postaci, w które wcielam się najchętniej. Najlepiej czuje się grając bohaterów, którzy znajdują się pod presją lub takich którzy są z jakichś powodów wykluczeni ze stada.

Łatwiej się wcielić w postać podobną do siebie z charakteru?

Nie ma reguły. Np. Harold, którego gram ostatnio na deskach teatru jest zupełnie inny niż ja, a świetnie rozumiem tę postać, mimo, że są mi dalekie jej fascynacje.

Masz jakiś swój aktorski cel?

Owszem, mam pewien zawodowy cel, ale nikomu tego celu nie zdradzę. To moja intymna fantazja i obawiam się, że gdybym się z nią podzielił, to straciłaby swoją moc i przestałaby mnie napędzać.

Widziałam, że się udzielasz charytatywnie?

Jeżeli mogę wykorzystać swoją popularność w jakimś szlachetnym celu, to czemu nie? Nic mnie to nie kosztuje, a mogę jakąś akcję uwiarygodnić albo pomóc ją nagłośnić.

Sprawia Ci to satysfakcję?

Jasne. Chciałbym chociaż w małym stopniu zmienić ten świat na lepszy. Może nie wpływam na losy świata, grając w telenoweli, ale wykorzystując odpowiednio swoją popularność, będąc ambasadorem akcji„Mężczyźni kontra rak piersi”, lub działając na rzecz zwierząt mam poczucie że robię coś pożytecznego i potrzebnego.

Widziałam, że ostatnio grałeś w hokeja na meczu charytatywnym…

Tak, nie po raz pierwszy zresztą. Zawsze przyświeca takiej  imprezie wybrana inicjatywa charytatywna. Ostatnio grałem w Krakowie na rzecz Fundacji Piękne Anioły i cieszy mnie, kiedy w imię jakieś szczytnej idei zbiera się w jednym miejscu tylu ludzi.

Masz coś więcej wspólnego z hokejem?

Od czterech lat jestem członkiem Hokejowej Reprezentacji Artystów Polski. Kiedy zostałem po raz pierwszy zaproszony do udziału w meczu hokejowym przeciwko rajdowcom w 2010 roku w Tychach,  z trudem utrzymywałem równowagę na lodzie. Mimo że od tamtej pory zrobiłem duże postępy, co potwierdził sam Mariusz Czerkawski, wciąż, kiedy jestem rozpędzony, nie potrafię bezpiecznie się zatrzymać. Zwykle kończy się to upadkiem albo bolesną kolizją z bandą.

Uprawiasz jakieś sporty? Widziałam, że masz sporo zdjęć z gór.

Bardzo lubię piesze wędrówki. Uwielbiam przemieszczać się „z buta”. Najchętniej włóczę się po górach. Lubię też jogging. Zwykle biegam wzdłuż Wisły, snując plan wystartowania w triathlonie albo maratonie. Może to już objaw kryzysu wieku średniego?  (śmiech)

Obierasz sobie jakieś cele biegając?

Zwykle z góry decyduję się na konkretną trasę, której pokonanie zajmuje mi do dwóch godzin. Ostatnio odkryłem audiobooki, których mogę słuchać w trakcie biegania, więc przy okazji dodatkowo ten czas pożytkuję.

Jakie masz plany na rok 2014?

(śmiech) Wiesz, jeżeli pytasz o plany zawodowe, to jest kilka przedsięwzięć, które wykluwają się i mam nadzieję wziąć w nich udział, ale nie chciałbym zdradzać szczegółów żeby nie zapeszyć.

Zawsze słyszę tę samą odpowiedź (śmiech)

Bo rzeczywiście lepiej zachować ostrożność i nie chwalić się czymś przedwcześnie. Nie raz byłem o włos od zagrania jakiejś roli, a w przeddzień wejścia na plan okazywało się że to nie ja ją zagram. Ale trzymaj kciuki. Mam nadzieję że tym razem się nie zawiodę.