Niezwykła podróż do świata „Frankensteina” w reż. Bogusława Lindy

Fot. Krzysztof Bieliński

Fot. Krzysztof Bieliński

Jestem w szoku. Jestem w absolutnym szoku przez to, co zobaczyłam. Od dzieciaka byłam zauroczona Bogusławem Lindą lecz teraz mogę powiedzieć, że go naprawdę kocham. Sztuka „Frankenstein” w jego reżyserii, która miała ostatnio swą premierę to absolutne dzieło. Przez prawie trzy godziny siedziałam z otwartą paszczą, a moje ciało pokryte było gęsią skórką od stóp aż po sam czubek głowy. Były momenty przerażenia, czasem robiło mi się nawet niedobrze, ostatecznie jednak wyszłam ze łzami w oczach, tak wiele było w niej wzruszających momentów… Czytaj więcej

„Lekko nie będzie”, czyli krótka historia o różnicy wieku w miłości oraz o ludzkiej… hipokryzji.

fot. Rafał Olejniczak

Lekko nie będzie. Kto jednak powiedział, że musi być? W kwestii miłości uważam wręcz, że nie może! Już od czasów Shakespeara wpajany nam jest ideał miłości niespełnionej. Takiej, która napotyka na swej drodze miliony przeszkód, której towarzyszą nieustanne rozterki i zacięta walka o uczucie. Właśnie prawdziwa miłość to taka, która niesie za sobą mnóstwo cierpienia i problemów. Choć ta najpiękniejsza z reguły w sztuce kończy się tragicznie (co dodatkowo tylko potęguje jej siłę) w rzeczywistości może przecież zakończyć się happy endem. A jak sprawa wygląda w przypadku bohaterów spektaklu „Lekko nie będzie”? Barierą, która nieustannie staje na przeszkodzie uczucia jest różnica wieku kochanków, która potrafi naprawdę sporo namieszać…

Czytaj więcej

„Na planie „Wkręconych” często się gotowaliśmy!” – II część wywiadu z Pawłem Domagałą

Twoja wymarzona rola?

Strasznie chciałbym zagrać Holdena z „Buszującego w zbożu”. Przez bardzo długi czas ta postać chodziła mi po głowie, nawet mieliśmy wystawiać sztukę w teatrze, ale nie dostaliśmy praw (śmiech). A poza tym, to nie mam takiej konkretnej postaci, ale myślę, że jak przeczytam scenariusz, to będę wiedział, czy to jest rola moich marzeń. Dość często tak mam – czytam i mówię do siebie: „o kurde! To jest rola moich marzeń” (śmiech) Nie ma jednak takiej jednej, konkretnej. Wszystko też zależy od etapu życia, w którym się znajduję.

Etapu życia?

Czasami coś się dzieje w twoim życiu takiego, że np. mówisz: „kurde, jakbym teraz dostał rolę np. psychopatycznego mordercy, to bym to zrobił tak genialnie!”, a innym razem „Boże, jakbym tak dostał teraz rolę św. Franciszka z Asyżu, to bym to fenomenalnie zrobił” (śmiech) Moim marzeniem właśnie jest dostać rolę w odpowiednim momencie i odpowiednim czasie.

Jak robisz kabarety, albo grasz w komedii, nie chce ci się śmiać z gry twoich kolegów, albo z tego co sam robisz?

Nie, moi koledzy mnie nie śmieszą (śmiech)… Jasne, że chce! Np. na planie „Wkręconych” często się „gotowaliśmy” (śmiech). Nie rzadko nam się to zdarzało, ale później się przyzwyczailiśmy. To jest też praca. Jak cię reżyser opieprzy – pierwszy, drugi, trzeci raz, to ci się już nie chce śmiać.

A w kabarecie?

“Kabaret na koniec świata” to bardzo specyficzne miejsce. Tworzymy go z paczką przyjaciół. Często wydarza się coś nieoczekiwanego podczas trwania spektaklu, reagujemy na publiczność. Uwielbiam pracę w Kabarecie, jest bardzo rozwijająca, mam ogromne szczęście pracować przy nim z ludźmi o nieograniczonej wręcz wyobraźni.

Jak powstaje Wasz Kabaret na Koniec Świata? Skąd wiecie, że to, co stworzycie będzie bawiło publiczność?

Spotykamy się i kombinujemy. Nigdy nie ma pewności, że coś będzie śmieszne. My akurat jesteśmy chyba jedynym kabaretem na świecie, który co miesiąc/dwa tygodnie ma nowy program. Spotykamy się całą ekipą i wymyślamy. Jest burza mózgów, każdy kombinuje, co by było śmieszne. Analizujemy, sami się śmiejemy i potem zapisujemy to mniej więcej. Później dopiero się okazuje, czy to jest rzeczywiście śmieszne, czy nie. Czasem tak wychodzi, że coś jest zupełnie nieśmieszne i takie właśnie momenty bawią mnie najbardziej! Była kiedyś sytuacja, że wystawialiśmy skecz. Strasznie się śmialiśmy na próbie, a na scenie, kiedy wyszedł kolega z koleżanką, usłyszeliśmy totalną ciszę. Nikogo ten skecz nie bawił. Mnie to tak rozśmieszyło, że nie byłem w stanie przez pół godziny się pozbierać!

Śmiałeś się z tego, że się nikt nie śmieje?

Takie mam poczucie humoru właśnie (śmiech) Rozśmieszyło mnie to, że stworzyliśmy coś zabawnego, a nikogo to nie śmieszyło. To też jest na swój sposób zabawne. Robisz skecz, który nie jest w ogóle śmieszny, ale tak radykalnie nieśmieszny, że nawet żadne nosówki nie poszły (śmiech).

O czym opowiadają Wasze skecze?

Poruszamy bardzo różne tematy… Dużo jest w nich absurdu. Bawi nas najbardziej absurd i czarny humor. Mnie śmieszy taki humor na granicy, że jeszcze jeden krok dalej i już będzie przegięcie.

Wrzucacie też na Youtube filmiki… Widziałam np. skecz z piłeczkami.

To jest mój autorski skecz. Zobaczyłem kiedyś Cast Away i mnie rozśmieszyło, że jest koleś z piłką (śmiech) Pomyślałem, że fajnie byłoby mieć kilka piłeczek, które można by wynajmować do filmu.

Bardzo mnie on rozbawił! Improwizowałeś, czy ułożyłeś sobie wcześniej tekst?

Usiadłem na krzesło, poprosiłem o piłeczki i gadałem. Wcześniej miałem mniej więcej poukładane co chcę powiedzieć, ale nie pisałem scenariusza do tego. Cieszę się, że Cię to śmieszy, bo wielu ludzi to w ogóle nie bawi (śmiech).

Wracając jeszcze do teatru – grasz w Teatrze Dramatycznym. Gdzie jeszcze Cię można zobaczyć?

Na wszystkich scenach Teatr Dramatycznego. Serdecznie zapraszam.

Towarzyszy Ci trema przed występami?

Zawsze. Przed spektaklem wydaje mi się, że nie mam siły wyjść na scenę i usnę podczas spektaklu (śmiech). Ale jak już wychodzę, to dostaję zastrzyk energii i jadę (śmiech)

Twoim teściem jest Andrzej Grabowski. Bardzo mnie zastanawia, czy rozmawiacie czasem o aktorstwie, czy udziela Ci może jakiś porad zawodowych?

Czasami zdarzają nam się zawodowe rozmowy, ale sporadycznie. Mamy wiele ciekawszych tematów. Chociaż bardzo szanuję aktorstwo Andrzeja Grabowskiego .A najwięcej w budowaniu postaci pomaga mi osoba, która jest taką moją wyrocznią, z której zdaniem najbardziej się liczę, czyli Zuza – moja żona. To jest osoba, z której rad naprawdę korzystam.

Grasz razem z Zuzą zarówno w teatrze jak i kabarecie?

Tak. Chodziliśmy razem na studia i już tam, jeszcze zanim zaczęliśmy być razem, wszystkie scenki odgrywaliśmy wspólnie. Także jest nam bardzo łatwo i nie mamy problemu żeby cały czas grać razem, zarówno w teatrze jak i w kabarecie.

Założyłeś też kiedyś kapelę „Ginger”.

Tak. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna, obok aktorstwa to moja największą pasją. Cały czas tworzę, co jakiś czas wrzucam nowe piosenki do internetu, ostatnio nagrałem moją autorską kolęde “25.12….” Myślę, że przyjdzie czas kiedy wydam płytę i mam nadzieję, że będzie to wcześniej niż później (śmiech)

Skąd w ogóle pomysł na założenie zespołu?

Muzyka jest dla mnie takim niezwykle istotnym rodzajem terapii. Każda piosenka, to jest zupełnie inna historia mojego życia. Czasami są to tylko jakieś moje przemyślenia, modlitwy. W muzyce nie potrafię być śmieszny. Nie znoszę np. piosenki aktorskiej i nie potrafię śpiewać na śmiesznie.

Jak powstają twoje teksty? Siadasz sobie w domu, bierzesz kartkę i piszesz?

To strasznie trudne pytanie… ciężko mi powiedzieć. Zazwyczaj jest tak, że coś mi się przydarzyło, chciałem to opowiedzieć, albo coś komuś przekazać, nie umiejąc wprost, więc pisałem piosenkę.

Jesteś aktorem, chcesz robić filmy, ale też muzykę…

Tak. Ale to jest bardzo proste, jest cała masa ludzi, którzy tak robią. Jest James Franco, Justin Timberlake. Ja robię, to co lubię, bo tego potrzebuję. Nie kalkuluję takich rzeczy.

Jakie są Twoje obecne plany zawodowe?

Cały czas gram i będę grał w teatrze i kabarecie. Wracam też na plan, ale nie mogę nic więcej zdradzić.

Photo: Filmweb

____________________________________________________________________

Poniżej wspomniany w wywiadzie skecz z piłeczkami i piosenka zespołu Ginger pt „Zamknij oczy” :)

„Gdyby nie aktorstwo, byłbym psychologiem zwierzęcym” – II część wywiadu z Wojciechem Medyńskim

Byłbyś w stanie wziąć rolę, która nie do końca Ci się podoba, jest nawet niszowa, ale dobrze dzięki niej zarobisz?

Pierwsza zasada – nigdy nie mów nigdy. Nie wiadomo, czy nie będę miał kiedyś sytuacji, że naprawdę nie będę miał co robić. Jak każdy mam kredyty, co miesiąc robię opłaty i muszę myśleć o tym, jak na to zarobić. To jest jedna rzecz, a druga to kwestia podejścia. Ja wychodzę z założenia, że każdą rolę jesteś w stanie wybronić. Możliwe, że będzie wymagała większego nakładu pracy, żeby uwiarygodnić postać. Nie zawsze jednak dobra rola przekłada się na dobry serial czy film. To wypadkowa pracy wielu ludzi. Mogę być odpowiedzialny tylko i wyłącznie za to, co sam robię. Kocham swoją pracę i wiem, że daję z siebie najwięcej, ile mogę, czy to wychodząc na scenę, czy pracując przed kamerą.

A chałtury?

Chałtura jest wg mnie wtedy, kiedy ty tak traktujesz powierzoną ci pracę. Czy jeśli śpiewam piosenki w supermarkecie, tylko dlatego, że robię to dla ludzi, którzy przyszli na zakupy, mam to robić byle jak? To ode mnie zależy, na ile profesjonalnie do tego podejdę. Pracuję w branży rozrywkowej, raz rozrywka może być na wysokim poziomie artystycznym, ale czasem chodzi tylko o to, by było miło, przyjemnie i zabawnie. Jest szeroki wachlarz możliwości w tym zawodzie, nie tylko teatr czy film, ale też udział w teledyskach, pokazach mody, prowadzenie imprez, itd. Ważne, by do każdego zadania podchodzić profesjonalnie i być przygotowanym „do roli”.

Dlatego też wybrałeś aktorstwo, a nie taniec?

Dokładnie tak. W dzieciństwie tańczyłem w zespole, brałem udział w spektaklach tanecznych i bardzo mi się to podobało. Przed wyborem szkoły teatralnej i aktorstwa myślałem o zawodzie tancerza. W drugiej klasie jednak miałem kontuzję, skręciłem nogę i miałem problem z kolanem… Wówczas uświadomiłem sobie, że jedna, nawet mała kontuzja może przekreślić całą moją karierę i już nigdy nie zatańczę. Pozostanie mi tylko uczyć tańca. Było to zbyt ryzykowne, z kolei w aktorstwie jestem w stanie połączyć wszystkie rzeczy, które lubię robić.

Walczyłeś kiedyś o role kinowe?

Tak, do „Quo Vadis” (śmiech) To miała być rola Winicjusza, którą dostał Paweł Deląg.

Czyli główna…

(śmiech)

Oj, Paweł Deląg Cię wygryzł?

(Śmiech) Tak lubią to przedstawiać tabloidy, ale to po prostu prawidła rynku. Paweł Deląg już wtedy był znany, miał nazwisko. Przy tego typu produkcjach, rzadko który producent zaryzykuje i weźmie kogoś, kogo ludzie nie znają.

Umówmy się „Quo Vadis” był wieki temu. A teraz?

Miałem propozycję głównej roli w bollywoodzkim filmie, tylko, że to się okazało wkrętką do programu „Na językach”. A tak serio – produkcji nie jest zbyt wiele, oczywiście kiedy jestem zapraszany, chodzę na castingi, jednak najwięcej czasu poświęcam teatrowi. Uważam, że jeśli jest mi pisana rola w filmie czy serialu, to po prostu ją dostanę.

Czyli albo dostaje się zaproszenie na casting, albo te główne role gdzieś tam… uciekają?

Jak już mówiłem wcześniej, główne role proponuje się aktorom, którzy są już popularni. To wydaje z punktu widzenia producenta bezpieczniejsze, ale też powoduje, że w polskich filmach widzowie oglądają w sumie ciągle te same twarze. Nie można mieć do nich pretensji – trudno, żeby nie przyjmowali propozycji, skoro je dostają.

W jaki sposób nowi aktorzy mają mieć nadzieję na główne role?

Są różne sposoby (śmiech). A tak na serio – nie ma na to recepty. Zdolnych aktorów jest więcej niż głównych ról. Potrzebny jest też łut szczęścia, czasem to kwestia przypadku, sprzyjającego zbiegu okoliczności. Nie zmienia to faktu, że trzeba ciężko pracować i robić to się kocha, najlepiej jak się potrafi, wierząc, że reżyserzy czy producenci w pewnym momencie to dostrzegą. Nie zapominajmy też, że nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych, gdzie produkuje się kilkaset filmów i seriali rocznie.

A promowanie się np. poprzez bywanie na salonach?

Ja swego czasu, jakieś 4-5 lat temu jeszcze chodziłem na imprezy, ale nigdy nie potrafiłem podchodzić na nich do osób, które mogły potencjalnie dać mi pracę. Wciskanie komuś mojej wizytówki, której nota bene do tej pory nie mam, nie leży w moim charakterze. Możliwe, że te imprezy komuś coś przynoszą – mnie nie. Ja wolę robić swoje i mam nadzieję, że z czasem to zaprocentuje i nawet przez przypadek, jedna, druga, trzecia osoba, zobaczy mnie na scenie i może komuś przyjdzie do głowy – a spróbujmy. Ale bez ciśnienia. Teatr zawsze był, jest i będzie najważniejszy dla mnie. I póki mogę w nim funkcjonować, daje mi on to, że mogę spokojnie kłaść się spać i wiedzieć, że mam rano na przysłowiowy chleb, to ja więcej nie potrzebuję. Owszem mam apetyt na granie, ale nie za wszelką cenę.

Oglądasz telewizję?

Od 7 lat sporadycznie. Mam telewizor, ale oglądam na nim głównie filmy i seriale, i to najczęściej na DVD. Telewizja mnie zmęczyła, zwłaszcza natłok tematów politycznych, dyskusji, debat, z których nic konkretnego nie wynika. Nie chce się denerwować i tracić czasu na słuchanie ciągłych przepychanek osób, którzy nie mają nic konstruktywnego do powiedzenia, za to mają ogromne parcie na szkło. Fakt, że ludzie to oglądają, tylko ich utwierdza w przekonaniu, że postępują słusznie. Przez taką politykę stałem się całkowicie apolityczny. Poza tym, uważam, że jest wiele innych, fascynujących zajęć niż siedzenie przed telewizorem. Wolę iść na 8 godzin prób improwizacji.

Jesteś totalnie atelewizyjny i apolityczny.

Staram się unikać powodów do zdenerwowania (śmiech).

Jak się odnosisz do programów jak Taniec z Gwiazdami, Jak Oni Śpiewają. Sam brałeś w nich udział. Oglądałeś je?

Wielu może uważać, że te programy są miałkie i mają niski poziom artystyczny, ale ja tak nie myślę. Nie można generalizować. Najczęściej zresztą twierdzą tak ci, którzy nigdy w nich nie wystąpili. Nie można potępiać w czambuł. Trzeba przyznać, że te programy mają też pozytywny przekaz. Pokazują ludziom, że warto podążać za marzeniami, ćwiczyć, trenować, pracować nad sobą. Pokazują, że mamy w Polsce wiele zdolnych osób. Dla mnie, aktora, udział w „Jak oni śpiewają” był jak egzamin ze śpiewania. Poza tym byłem ciekaw, jak poradzę sobie ze stresem, mając świadomość, że ogląda mnie 5 milionów osób i wiedząc, że jest to program live, w którym nie ma szansy na powtórkę, jak coś mi nie pójdzie. Wystawienie się na krytykę, czasem miażdżącą, to jest ryzyko, które każdy uczestnik podejmuje. Tak się zdarzyło na przykład jednej z koleżanek z branży w Opolu i wyobrażam sobie, jak ogromny musiał być to dla niej stres.

Ale też wiedziała, na co się pisze…

Teoretycznie tak. Ja też to wiedziałem. Pamiętam adrenalinę i ogromny stres, jaki mi się udzielił w tym programie. Na pewno było to dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Niezależnie jak mój udział w „Jak oni śpiewają” komentowali niektórzy, nie mam sobie nic do zarzucenia. Generalny wydźwięk był dla mnie pozytywny i uważam, że był to program na poziomie. Takie formaty mają jednak określony czas życia i w pewnym momencie trzeba znaleźć inną formułę.

Ale przecież takie programy są też dzisiaj… Każdy chyba znajdzie coś dla siebie.

Na pewno. Wszystko jest rzeczą gustu, a jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje. Moja droga zawodowa ułożyła się jednak tak, że teraz więcej angażuje się w teatr. Nie śledzę tego typu produkcji. Może czasem coś obejrzę w internecie. Jest dużo rzeczy, którymi karmią nas media i trzeba świadomie to selekcjonować. Nie chce, żeby ktoś „czesał” mi mózg swoją wersją zdarzeń. Wolę weryfikować to na swój sposób, drogami, które sam znajdę. Jeśli popełnię błąd, to będzie to mój błąd. Tak wolę.

Gdyby jednak nie aktorstwo, to co byś robił?

Behawioryzm zwierząt. Mówię serio. Psycholog zwierzęcy.

A z tego da się w ogóle żyć?

Nie wiem. A z aktorstwa się da? (śmiech). W żadnej profesji nie ma gwarancji. Psycholog zwierzęcy to zawód bardziej popularny zagranicą niż w Polsce, ale mam nadzieję, że i u nas się rozwinie. Coraz więcej osób ma zwierzęta, a niewiele ma odpowiednią wiedzę, przez co nieświadomie popełnia wiele błędów. Stąd potem zachowania zwierząt, które mogą być kłopotliwe. Zwierzęta też trzeba wychowywać, umiejętnie się zachowywać, reagować, zapewnić odpowiednie warunki. Np. nie każdy ma świadomość, że mając kota, trzeba zorganizować mu miejsce, gdzie nikt nie będzie mu przeszkadzał, łaził nad jego miską, bo to powoduje u niego stres. Psu z kolei to już nie przeszkadza. Takie małe rzeczy wpływają na to, czy to zwierze jest rozdrażnione czy nie. Zaobserwowałem np. taką sytuację u moich znajomych: mieli kota, spodziewali się dziecka i uznali, że kot nie będzie już wchodził do ich sypialni. Tak źle znosił zamykanie mu drzwi przed nosem, że wylądował u weterynarza – bardzo poważnie podupadł na zdrowiu. To wszystko jest kwestią świadomości, z jaki zwierzakiem mamy do czynienia. Każde zwierzę, tak jak człowiek, ma inną wrażliwość i charakter. W takich sytuacjach jest potrzebny właśnie behawioryzm, czyli umiejętność czytania zachowania zwierząt.

Ty się jakoś zagłębiasz w tę wiedzę?

Nie jestem ekspertem, ale od dziecka mnie to kręci. Mogę godzinami oglądać programy o zwierzętach. Uwielbiam filmy o rekinach, lwach… właściwie o wszystkich gatunkach. Jak zobaczyłem faceta, który żyje z lwami… to poczułem zazdrość! Pomyślałem nawet, że gdybym mógł się z nim zamienić, to z chęcią bym to zrobił.

Zastanawia mnie co Cię tak w tym kręci?

(śmiech) Zawsze tak miałem. Świadomość, że możesz pomóc zwierzakowi, bo potrafisz odczytać jego zachowanie, zrozumieć co może czuć i myśleć… To jest niesamowite, a do tego możesz dać kilka wskazówek właścicielowi, co robić a, czego nie, żeby poprawić sytuację, a przynajmniej jej nie pogarszać. Jeśli chodzi o koty, mam nawet swoją teorię – możliwe, że zostanie niebawem obalona (śmiech), ale ja nie wierzę w ich złośliwość. Uważam, że to zwierzęta, które mają rozumienie i emocje, ale te podstawowe i głównie kierują się instynktami. Złośliwość to złożona cecha i jest typowo ludzka. Nie wierzę, że kot siedzi w domu i kombinuje: „nie ma go, miał być pół godziny temu, wciąż go nie ma”. Po pierwsze zwierzęta nie znają się na zegarku, nie wiedzą, czy wracasz po godzinie, po pół czy po 3, dlatego za każdym razem cieszą się tak samo. Nie ma myślenia, że „jak nasikam mu do kapcia, to będzie zły”. Zwierzę moim zdaniem tak nie rozumuje. Jeśli ono sika do kapcia, to tylko dlatego, że powoduje nim jakiś instynkt, a my powinniśmy umieć to odczytać. To tak, jakby zwierzę chciało ci coś przekazać, np. że coś go boli, albo zmieniłeś coś w jego otoczeniu, co zaburzyło jego świat, jego poczucie bezpieczeństwa.

Nie myślałeś by się zajmować i aktorstwem i tym, tak żeby zarabiać? Czemu tego nie wykorzystać skoro tak Cię to interesuje?

Po pierwsze nie mam za bardzo czasu. Aktorstwo wymaga jednak dużego zaangażowania. Poza tym, nie wiem czy „rynek” jest już na to gotowy. Najczęściej w Polsce wygląda to tak, że właściciele zwierząt idą do weterynarza i oczekują szybkiego rozwiązania, typu zastrzyk czy pigułka. Niewiele osób zastanawia się nad psychologią. Zresztą nie tylko w odniesieniu do zwierząt, ale i do samych siebie. Nawet kiedy symptomy są bardzo widoczne – permanentnie zły nastrój, płaczliwość, zmęczenie, senność… Mało komu przyjdzie do głowy, że to może być depresja. Przyznanie się przed sobą do „takiej” choroby i zwrócenie się o pomoc do psychologa dla niektórych jest nie do przyjęcia. Myślą „Przecież nie jestem wariatem!”. Tym trudniej przyjąć do wiadomości, że depresję czy nerwicę może mieć zwierzak.

A Ty masz zwierzęta?

Miałem dwa koty, a teraz została tylko kotka. Wcześniej miałem też psa, ale odszedł. Znalazłem go w szkole i przez pierwszy miesiąc – dwa studiów chodził ze mną na zajęcia. Potem został z moimi rodzicami. Teraz, przy moim trybie życia – wyjazdach praktycznie w każdy weekend, a nierzadko i w ciągu tygodnia, posiadanie psa nie wchodzi w grę. Za to kot jest dobrą opcją. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez zwierząt. Nie ma nic fajniejszego od kota, który mruczy ci na kolanach albo psa, który patrzy tymi swoimi wielkimi oczami, delikatnie machając ogonem, czekając na twój jeden ruch albo uśmiech.

Angażujesz się w jakieś fundacje dla zwierzaków?

Z własnej inicjatywy – przyznaję się bez bicia – nie, ale chętnie służę pomocą, gdy tylko ktoś o to poprosi. Większość czasu spędzam poza domem, albo w trasie ze spektaklem, albo na próbach, a po drodze się pojawiają jeszcze inne rzeczy, więc na razie nie mogę zaangażować się w stałą działalność na rzecz zwierząt. Jestem natomiast otwarty na propozycje i zawsze z przyjemnością włączę się w projekt pro bono, jeśli tylko moje wsparcie przyniosłoby pożytek zwierzakom.

Jakie są Twoje plany zawodowe?

Coś się kroi, ale za wcześnie by o tym mówić. Nie zapeszajmy (śmiech).

„Stawki aktora nie są zawrotne, a czasem wręcz bardzo niskie” – I część wywiadu z Wojciechem Medyńskim

Z teatrem jest związany od 3-go roku studiów, ma na swoim koncie także role kinowe, serialowe, a nawet dubbing. Od ponad roku rozbawia publiczność w całej Polsce spektaklem „Single i remiksy”, gdzie gra u boku Anny Muchy i Weroniki Książkiewicz. Wymarzona rola? Ta, którą on sam może wyreżyserować. Gdyby tylko mógł zrezygnowałby ze scenariusza i wybrałby… improwizację.

O stresie związanym z występowaniem na deskach teatru, teatrze improwizowanym, a także o negatywnych aspektach pracy aktora opowiedział Wojciech Medyński.

 

Jesteś aktorem telewizyjnym, teatralnym… Na chwilę obecną jednak działasz przede wszystkim w teatrze… Co z telewizją? To Twój wybór?

I tak, i nie. Z jednej strony to przede wszystkim producenci i reżyserzy seriali telewizyjnych podejmują decyzje o obsadzie, z drugiej zaś faktycznie jestem ostatnio bardziej aktywny w branży teatralnej. W teatrze gram od 3-ciego roku studiów i nie wyobrażam sobie zawodu aktora bez występowania na scenie. Od ponad roku jestem w ciągłej trasie po całej Polsce ze spektaklem „Single i remiksy”, gdzie gramy z Anią Muchą, Weroniką Książkiewicz i Leszkiem Żurkiem, a od 3,5 roku jestem członkiem grupy Ab Ovo, która zajmuje się teatrem improwizacji. Wkładam w to bardzo dużo energii. Mamy coraz więcej fanów. Ci, którzy widzieli nas chociaż raz, wracają i przyprowadzają ze sobą znajomych, więc mam nadzieję, że krok po kroku będzie dużo, będzie dobrze i będzie się grało (śmiech).

Ab Ovo gracie w warszawskim Klubie Wkręt. Czy gdzieś jeszcze można Was zobaczyć?

We Wkręcie, klubie należącym do aktora Leszka Lichoty gramy co dwa tygodnie w środy. Nowe miejsca wciąż się pojawiają. Na przykład w styczniu mamy już zaplanowane show w klubie Saska Kępa oraz w Teatrze XL przy Muzeum Etnograficznych. Regularnie gramy też w Piasecznie, w Szarej Eminencji. Poza tym gościnnie występujemy w innych miastach, np. w styczniu będziemy w Fortach Kleparz w Krakowie

To jest teatr improwizowany, jak się przygotowujecie do niego, skoro nie ma scenariusza?

Nie ma scenariusza, nie ma reżysera – dzięki Bogu! (śmiech) Wszystko w spektaklu dzieje się tu i teraz. Niczego nie przygotowujemy wcześniej, choć oczywiście odbywamy treningi. Żeby zajmować się improwizacją trzeba znać podstawowe zasady tego gatunku i reguły, którymi rządzą się poszczególne gry impro. Musimy je mieć opanowane do perfekcji, by wychodząc na scenę, móc skupić się tylko na graniu. Dostajemy inspirację od widza – informację, kim jesteśmy, w jakim miejscu, w jakiej relacji mają być postaci na scenie, i całą energię koncentrujemy na tym, aby być jak najbardziej błyskotliwi, zabawni i zaskoczyć widza. Gdy wszystkie zasady są spełnione, wydobywa się prawdziwa magia improwizacji. Po każdym spektaklu widzimy, jak coraz bardziej wgłębiamy się w improv, jak tworzymy jedną całość jako grupa, jak rozwijamy nasze improwizacyjne umiejętności.

Z tego, co wiem, improwizacja ma różne formy…

Improwizacja dzieli się na dwie formy: krótką i długą. Krótka forma to różnego rodzaju scenki, zwane grami, które mają określone zasady. W czasie 1,5 godzinnego show możemy pokazać od kilku do kilkunastu takich gier. Krótka forma to jakby przygotowanie do zagrania długiej formy. Wtedy jest to jedna historia opowiedziana w sposób zbliżony do tradycyjnego przedstawienia, z tą różnicą, że oczywiście wszystko jest improwizowane, wymyślane „od ręki”, a więc całkowicie niepowtarzalne. Za każdym razem jest inna widownia, inny temat, inna energia. Dlatego właśnie impro jest tak ciekawym gatunkiem. Wszystko wydarza się tylko raz. Jest to sztuka ulotna, ale dostarcza naprawdę niesamowitych wrażeń. Improwizacja jest fantastyczna nie tylko jako show i dobra zabawa, ale też świetna materia na warsztaty – prowadzimy je dla dzieci i młodzieży, a także na spotkaniach integracyjnych dla firm. To sposób na szkolenie i rozwijanie wielu przydatnych umiejętności: refleksu, kreatywności, wyobraźni, uważności na innych, pracy w zespole, zdolności do łączenia kilku czynności naraz, itd. Jest np. taka gra, w której występują trzy osoby – oprócz budowania sceny, którą przed chwilą wymyśliła publiczność, muszą trzymać się zasady, że gdy jedna osoba stoi, druga siedzi, a trzecia jest zgięta w pół. Co chwila jedna z osób zmienia pozycję, a pozostałe muszą się do tego dostosować, również zmieniając pozycję, a jednocześnie dopasowując swoje kwestie, aby zachować spójność i logikę odgrywanej historii. Mamy naprawdę intensywny trening dla mózgu!

Dlaczego?

Robiąc kilka rzeczy naraz zmuszamy do współpracy różne ośrodki w mózgu, wytwarzamy lepsze połączenia między półkulami, wyostrzamy zmysły. Musimy mieć oczy i uszy szeroko otwarte, być czujnym na partnera, żeby nic nam nie umknęło, aby szybko i sensownie reagować. Trzeba być cały czas bardzo twórczym i uważnym. Gdy koledzy grają w danej scence, nie siedzę i nie kombinuję, co sam zagram w następnej. Obserwuję to, co dzieje się tu i teraz, śledzę w jaką stronę rozwija się akcja, jaki wątek staje się głównym. Kiedy np. widzimy, że 2 czy 3 aktorów przez dłuższy czas nie pojawia się na scenie, musimy zrobić wszystko, aby włączyć ich do akcji. To funkcjonuje zupełnie inaczej niż w serialu, gdzie często akcja skupia się na jednej postaci lub kilku głównych, a inne, które się po drodze pojawiły bezpowrotnie znikają. W spektaklu improwizacji nie może być takiej opcji. Cały zespół musi grać i każdy jest na równych prawach. Nie ma gwiazd. Nie ma ról głównych i statystów. W odróżnieniu od tradycyjnego spektaklu, w którym dialogi są napisane wcześniej, a sceny wyreżyserowane, my musimy poza budowaniem „na żywo” naszej historii, pamiętać także i o zasadzie, że wszyscy aktorzy cały czas muszą funkcjonować w świecie, który razem stwarzamy.

To musi być bardzo trudne… Nie dość, że musicie się skupiać na sobie, to i na tym, czy partnerzy pójdą w tym samym kierunku.

To jest kwestia obserwowania siebie, słuchania i dostrzegania niuansów, łapania „smaczków”, które mogą być materiałem do zbudowania następnej sceny. One mogą być tą iskrą – łącznikiem, który spowoduje, że osoby, które przez ostatnie sceny się nie spotkały, mogą znowu się spotkać. To niesamowicie inspirujące.

W jaki sposób widzowie decydują o tym, co się wydarzy?

W „Up! Ovo” – naszej autorskiej długiej formie impro, której nie gra żaden inny teatr improwizacji, rola widza jest bardzo istotna. Na początku od widzów bierzemy jedno słowo – inspirację, wokół którego tworzymy całą historię. Do tego w odpowiednim momencie widz decyduje o upływie czasu, jaki nastąpił po zobaczeniu początkowych scen, a później sugerują które postaci powinny się ze sobą spotkać. Natomiast w show „Publiczność rządzi” widzowie decydują co chwilę o przedmiotach, o których mamy zaśpiewać piosenki i w jakim stylu muzycznym, o miejscu, w jakim ma się wydarzyć akcja sceny, o relacjach jakie mają być miedzy postaciami, o słowach, których nie możemy wypowiadać itp. Jednym słowem, widz na naszych spektaklach jest bardzo aktywny i twórczy i to dzięki kreatywności widza nasze spektakle stają się wyjątkowe i niepowtarzalne.

Zdarzyło się wam kiedyś zaliczyć „klapę”?

Nieskromnie powiem, że grając krótkie formy, nigdy nie zdarzyło się, żeby widzowie wyszli ze spektaklu niezadowoleni. Jeśli chodzi o długą formę jest to nowość w naszym repertuarze. Ab Ovo istnieje 3.5 roku i dopiero niedawno uznaliśmy, że jesteśmy gotowi, aby zaprezentować widowni tę jeszcze trudniejszą formę, którą nazwaliśmy „Up Ovo!”. Odbyliśmy serię warsztatów z guru improwizacji Mikiem Hughesem z kanadyjskiej grupy Uncalled For, potrzebowaliśmy czasu, wiedzy na temat improwizacji i wielu prób, nim zdecydowaliśmy się na premierę długiej formy. Większość z nas jest aktorami po szkołach teatralnych, a więc ludźmi z pełną świadomością na temat grania. Wiedzieliśmy, z czym się mierzymy i wiedzieliśmy, że jeżeli widz przychodzi na nasz spektakl, będzie wymagał o wiele więcej, niż jeśli przyjdzie na show grupy, która improwizacją zajmują się amatorsko. Wtedy zupełnie gdzie indziej się znajduje poprzeczka i podświadomie to wiesz.

Doświadczyłeś kiedyś sytuacji, w której widz rzuca hasło, a Ty nie wiesz co zrobić?

To nie jest automatyczne, ale wychodząc na scenę, masz otwartą głowę na wszystko. Na scenie nie zostajesz nigdy sam, zawsze masz partnera, więc jeśli się „zatniesz”, to twój partner poprowadzi scenę i w ten sposób pomoże ci się „uruchomić”. To też kwestia warsztatu aktorskiego i odpowiedniego treningu. Nie ma sytuacji, że jesteś załamany i nie jesteś w stanie z siebie słowa wykrztusić. Jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia. W teatrze tradycyjnym role są rozpisane, wiem co, kto opowie i mogę grać „na siebie”. Będę brylował, by scena należała do mnie, by widzowie właśnie na mnie zwracali uwagę. W teatrze improwizacji nie ma szansy na takie zachowanie, a przede wszystkim nie miałoby ono sensu. Jeśli tylko przez moment skupił bym się na sobie i chciał być liderem, to mój partner mógłby nie nadążyć, albo nawet nie chcieć pójść w tym kierunku, a to groziłoby nieudaną scenką, która widzów nie zainteresuje i nie rozbawi. To zaprzeczenie idei teatru improwizacji. Dlatego nie ma w nim „gwiazd”, najważniejsze jest wspólne budowanie sceny, słuchanie siebie nawzajem, obserwowanie, bycie po prostu czujnym i chęć stworzenia fajnej, zaskakującej historii. Wszystko zależy też od dnia. Teksty wypływają od nas i w tych krótkich formach czasem idziemy bardziej „po bandzie” i dowcipy są bardziej rubaszniejsze. Po każdym spektaklu rozmawiamy i analizujemy jak zagraliśmy. Czasem mówimy, że „dzisiaj mieliśmy problem z subtelnością” (śmiech). Ale nigdy nie daliśmy pokazu, po którym musielibyśmy się wstydzić. Jest kilka podstawowych rzeczy, które każdy aktor powinien wiedzieć, nim wyjdzie na scenę.

Co to takiego?

Kim jestem, gdzie jestem, co robię itd. W improwizacji najczęściej to „gdzie” jestem pada od widza – to on podpowiada miejsce akcji, czasem także postać, reszta to już nasza inwencja. Pomysł może się urodzić w kilka sekund po wejściu na scenę, ale trzeba też mieć w głowie odpowiedzi na wiele pytań dotyczących postaci, którą grasz, bo inaczej poruszasz się w tzw. niewiadomej. Jeśli ty nie wiesz, kim jesteś – sprzątaczem w biurze, sekretarką czy szefem, to tym bardziej twój partner nie będzie wiedział – chyba, że cię nazwie i sam obsadzi. Jeśli jednak on też tego nie zrobi, to i widz ma problem, bo nie ma skąd się tego dowiedzieć. To jest niesamowite, bo to są pokłady świadomości na wielu etapach. My wychodząc na scenę, musimy też wiedzieć, ile dać z siebie, żeby nie bawić się w opowiadanie pt. „ja tutaj sprzątam od 5 lat i bardzo lubię tę pracę” – to nie o takie monologi chodzi. Trzeba to podać zupełnie innymi środkami, żeby było natychmiast zrozumiałe, ciekawe, a do tego jeszcze śmieszne.

Jak wyglądają Twoje przygotowania do takiego spektaklu?

Przed naszymi pokazami rozgrzewamy się wcześniej. Mamy gry treningowe, które pozwalają rozbudzić ciało i umysł. To są czasem bardzo proste rzeczy, które można stosować nawet w domu, czy też na zajęciach z dziećmi. To jest zabawa w skojarzenia lub bitwa na pytania. Robimy to intensywnie od 3.5 roku, więc non stop jesteśmy na obrotach. Teraz więc jest bardziej kwestia rozgrzania się przed samym wyjściem na scenę, „odpalenia silnika” niż jakichś gruntownych przygotowań.

Towarzyszy Ci trema?

Och! Ba! I to jaka! Nie jestem w stanie tej tremy porównać z żadnym doświadczeniem, jakie miałem do tej pory. Tego się nie da porównać – co gorsza, nawet schodząc ze sceny, jak kończymy spektakl, nie jestem w stanie powiedzieć, jakiego rodzaju odczucia są we mnie. To nie są te same odczucia, jakie masz po premierze w teatrze. W impro show uaktywniają się jakieś chemiczne rzeczy w organizmie, przez to, że ten mózg tak intensywnie pracuje (śmiech). Jedyne, co przychodzi mi do głowy, jak można to określić, to swego rodzaju lewitacja. Ale nie w takim dosłownym tego słowa znaczeniu. Czuję się taki trochę zawieszony… tak jakbym był 5 cm uniesiony nad ziemią. To jest tak jakbym był uniesiony troszkę wyżej – nie fruwał nie wiadomo gdzie, ale uniesiony, coś jak… hmm…

…jak po narkotykach?

Ciekawa sugestia (śmiech), chyba takich, które robią dobrze i nie ma efektu ubocznego.

Taki spektakl musi być ogromnie stresujący.

Ostatnio mieliśmy taką sytuację, gdy graliśmy w klubie Wkręt długą formę, czyli „Up! Ovo”. Przyszło multum ludzi, których widziałem po raz pierwszy, a byłem przygotowany, że przyjdą nasi stali fani. Za pierwszym razem długą formę graliśmy na 3. Ogólnopolskim Festiwalu Sportów Teatralnych 321 IMPRO w Konstancinie na scenie w Domu Kultury, a drugi raz właśnie we Wkręcie, gdzie jest inna przestrzeń i inny klimat. Widz jest tam o wiele bliżej nas niż na festiwalu, więc byłem mocno zdenerwowany. Najpierw wychodzisz na scenę i bierzesz energię, pomysły tylko z siebie, dopiero potem próbujesz budować swoją postać, by była klarowna, wyrazista itd. Ja nie miałem z czego brać, tylko z mojego zdenerwowania. Wyszedłem na scenę z kolegą i on rzucił temat, że jesteśmy przed castingiem, więc to akurat świetnie pasowało do mojego zdenerwowania. Zacząłem podkręcać sytuację. Zapytał się mnie, czy to mój pierwszy raz na castingu, że ja taki zdenerwowany? Na co mu odparłem, że pierwszy raz mam nadzieję, że wejdę. Przychodzę na casting, ale za każdym razem, jak mam przekroczyć te drzwi, to uciekam. I taką postać zacząłem krystalizować – faceta, który jest mega zestresowany. Potem się jeszcze pojawiła kobieta, która umówiła się na randkę i czekała w barze na faceta 9 miesięcy (ten upływ czasu padł od widza). Po tych 9 miesiącach nie było wyjścia – ja, który uciekałem, nie wchodziłem na castingi, w końcu przyszedłem. Nie wiadomo skąd, ale te historie zaczęły się przeplatać. Zdenerwowanie jest zatem ogromne, jest wielka trema i świadomość tego, że widz poświęca swój czas, a twoim zadaniem jest, aby ten czas nie był stracony. To jest duża odpowiedzialność, ale potem, widząc rozbawioną publiczność, także wielka satysfakcja.

Jak sobie radzisz z tym stresem?

Nie mam jedynej, słusznej metody… To jest trochę jak corrida – trzeba chwycić byka za rogi. Bardzo pomaga mi śpiewanie. W momencie, gdy włącza się stres, automatycznie skraca się nam oddech. Gdy zaczynasz śpiewać, musisz wziąć więcej powietrza i przez to, że śpiewasz dźwięki tzw. legato, które są dłuuuuugie, ciągnięte, nie mówisz ner-wo-wo szy-bko, co-to-bę-dzie-co-to-bę-dzie…, tylko dźwięki długie np. „nieeeee maaaaaasz teeegooooo” – organizm sam się uspokaja. Niestety nie zawsze jest możliwość pośpiewania sobie. Pracuję w tym zawodzie już ponad 10 lat, więc z czasem, przyzwyczaiłem się do tremy i nie jest ona paraliżująca.

Zdarzyło Ci się kiedyś, tak rzeczywiście stwierdzić „jak się nie napiję to nigdzie nie wyjdę”.

Że alkoholu? (śmiech) Nie, nie, nie. Nie wyobrażam sobie tego. Alkohol pozornie nas relaksuje, a na pewno spowalnia myślenie. Nie mogę sobie na to pozwolić, a już na pewno nie w improwizacji. Każde moje rozkojarzenie może spowodować, że coś się zacznie sypać. Jeśli w danej grze byłbym wyluzowany, to jeszcze do przyjęcia – może być taka jedna postać, ale mogłoby to też wpływać na obserwację tego, co się dzieje na scenie. Każda używka robi więcej złego niż dobrego, a już na pewno w improwizacji. Nie, nigdy nie próbowałem i nie zamierzam. Po spektaklu? Proszę bardzo (śmiech).

Co byś wybrał, gdybyś musiał – teatr improwizowany czy tradycyjny?

Gdyby mi równie dobrze płacili, co za spektakl tradycyjny, to wybrałbym improwizowany. Nikt mi nie mówi, kogo mam grać. Ja o tym decyduję, to ja wymyślam postać, to ja mogę wybrać się w podróż aktorską, która w takiej formie, z taką wolnością nie zdarzy się na deskach tradycyjnego teatru. Niektórzy reżyserzy patrzą na aktora tylko przez pryzmat jego warunków fizycznych. W improwizacji nie ma reżysera, więc jeśli czuję się na siłach, by zagrać kogoś, kim zupełnie nie jestem, po prostu wychodzę na scenę i gram. W serialach najczęściej powierzano mi role czarnych charakterów, właśnie z powodu mojego wyglądu. W „Singlach i remiksach” gram zupełnie kogoś innego. Dostałem taką szansę, bo akurat producenci spektaklu znają mnie dość długo, widzieli mnie w improwizacji i nie mieli cienia wątpliwości, że swobodnie poradzę sobie z rolą komediową. Sebastian, którego gram jest zaprzeczeniem postaci, z którymi mogą kojarzyć mnie widzowie telewizyjni.

Ostatnio Filip Bobek powiedział w wywiadzie, że gdyby dobrze płacili w teatrze, to nie musiałby grac w serialach. Ty z kolei żyjesz tylko z teatru…

Nie wiem do końca, co Filip miał na myśli… Jeśli mówił o stacjonarnych etatowych teatrach, to ma rację. Z samej pensji teatralnej to nie wiem czy udałoby się opłacić tzw. stałe koszty życia, nie mówiąc już większych wydatkach, jak np. spłata kredytu mieszkaniowego. Do pensji dochodzi oczywiście wynagrodzenie za spektakle. Zarobki zależą więc od tego jak dużo grasz, oczywiście również od pozycji aktora. Niemniej to nie są zawrotne stawki, a czasem wręcz bardzo niskie np. 200 zł. za spektakl…

Za spektakl?!

Tak, i to za główną rolę. Większość ludzi o tym po prostu nie wie. Patrzy na aktorów przez pryzmat tych, którzy są „na fali”, gwiazd filmowych czy popularnych aktorów serialowych. Ale nie można tego porównywać z aktorami, którzy głównie postawili na teatr. Mimo, że wszyscy wiemy, że praca na scenie jest bardzo trudna, mało kto interesuje się, jak są za nią wynagradzani aktorzy. A szkoda, bo z jednej strony są w naszym kraju rewelacyjne spektakle, wspaniałe zespoły i zdolni aktorzy, a do teatru chce chodzić coraz więcej ludzi, co pokazują komplety na widowniach choćby właśnie „Singli i remiksów”, a z drugiej strony aktorzy teatralni są wynagradzani bardzo skromnie. Jeśli to się nie zmieni, zastanawiam się jaka będzie przyszłość polskiego teatru…

To nas zaprowadzi do tego, że za chwilę teatry znikną… Aktorzy będą wybierali nawet niszowe produkcje, bo wychodzi na to, że tam zarabia się więcej.

Sytuacja nie jest łatwa. Niszowe produkcje dysponują raczej znikomymi budżetami. Seriale telewizyjne też nie są rozwiązaniem. Kiedyś, gdy zatrudniano tzw. naturszczyków, to był rodzaj smaczku, ciekawostki, uzasadnionego artystycznie zabiegu, który przynosił świetne efekty, jak np. w słynnym filmie „Rejs”. Teraz obsadzanie amatorów stało się zjawiskiem powszechnym i nie wynika z pobudek artystycznych tylko finansowych. Naturalnie tłumaczy się to tym, że ludzie chcą oglądać osoby, po których widać, że nie potrafią grać. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Poziom tych produkcji jest taki, że wg mnie ludzie oglądają to głównie dlatego, że mogą kpić i wyśmiać takich „aktorów”. Rozumiem, że można robić takie specyficzne produkcje, ale nie powinna być to zasada. A ostatnio niestety tak się coraz częściej dzieje.

Nie mogę tego zrozumieć…

Mnie też nie wydaje się to sensowne, ale obserwuję to, co dzieje się w moim środowisku i stwierdzam fakty.

Myślisz, że zawód aktora teatralnego zaczyna być spisywany na straty?

Nie wiem, jaka będzie przyszłość i czasem boję się iść tak daleko moimi myślami. Nie mam na to żadnego wpływu. Ustawodawczo ten zawód nie jest w żaden sposób chroniony i w relacjach aktor – pracodawca, obojętnie czy jest to reżyser, producent, czy dyrektor teatru – jesteśmy zostawieni sami sobie. W innych krajach są określone rozwiązania prawne, związki zawodowe, itd. W Polsce były jakieś próby uregulowania tej sytuacji, ale na razie nic konkretnego się nie wydarzyło. Ja w każdym razie wybrałem sobie alternatywną drogę w postaci teatru improwizacji. Trzeba bowiem przyznać, że aktorstwo to zawód uzależniający. Jeśli się raz spróbowało, trudno nawet wyobrazić sobie inne zajęcie. Nawet, jeśli ma się umiejętności, by wykonywać inny zawód….

Aktor, który ma wyrobione nazwisko, główne role, idąc do reklamy XYZ , z reguły dostaje za to obelgi. Z tego, co mówisz, powinno być to zrozumiałe, z czegoś trzeba żyć…

Nawet ostatnio czytałem, że Roma Gąsiorowska otworzyła szkołę i udzieliła wywiadu, w którym dotykała dokładnie tego samego tematu – zarobków aktorów. Ludziom się wydaje, że udział w jednej czy dwóch produkcjach filmowych wystarczy, by żyć na wysokim poziomie. A wcale tak nie jest. Dlatego postanowiłem zainwestować we własną, inną drogę – nasz teatr Ab Ovo. Gdy Kasia Michalska zakładała naszą grupę, wiedzieliśmy, że improwizacja w Polsce nie jest znana, ale w duchu czuliśmy, że któregoś dnia ten temat chwyci. I teraz to się właśnie dzieje! Coraz więcej ludzi zna i lubi impro, w ogromnej mierze dzięki telewizji – serialowi „Spadkobiercy” w TV4 i programowi „I kto to mówi?” w TVP2. A my też konsekwentnie chcemy improwizację pokazywać i promować.