„Nie mam potrzeby opowiadania publicznie o kobietach, albo przepisie na święta” – wywiad z Aleksym Komorowskim

Ukończył Akademię Teatralną w Warszawie, kształcił się w angielskiej szkole Giles Foreman Centre for Acting i właśnie zadebiutował na dużym ekranie w nowej komedii Ryszarda Zatorskiego, „Dzień dobry, kocham cię”. Aż trudno uwierzyć, że jego pasją jest zarządzanie i że marzy o tym, aby założyć działalność gospodarczą…w Chinach!

O popularności, życiu w Londynie i zamiłowaniu do podróży porozmawiałam z aktorem, Aleksym Komorowskim.

Czytaj więcej

Ta Jedyna…

„Silna i charyzmatyczna kobieta, która chciała pokazać własne ja poprzez język mody, czyli to co nosi na zewnątrz. Silna, bardzo odważna, ale miękka w środku. Wielkomiejska, która nie boi się eksponować swoich emocji na zewnątrz”- tymi słowami Tomek Olejniczak opisuje kobietę, tę Jedyną, która była inspiracją do powstania jego  najnowszej kolekcji The One.

10668712_826623754065278_4115564927521498028_o

Czytaj więcej

TOMAOTOMO po raz PIERWSZY!

Pastelowe, delikatne materiały, gipiury, ornamenty i dziewczęca kobiecość, to tylko niektóre cechy opisujące najnowszą kolekcję TOMAOTOMOTomka Olejniczaka.

Wczoraj, w warszawskim Soho Factory, odbył się jego pierwszy, autorski pokaz, w trakcie którego zaprezentował niezwykle kobiecą kolekcję Véronique.


Photo:  facebook.com/TOMAOTOMO

Było niesamowicie świeżo, wiosennie i mimo białego wystroju wnętrza hali – bardzo kolorowo! A to wszystko za sprawą zaproszonych gości. Po raz pierwszy widziałam, żeby aż tak duża ilość gwiazd przyszła na pokaz ubrana w kreacje projektanta. To musiało być wspaniałe uczucie dla Tomka, gdyż dało się zauważyć jak wiele osób wspiera i kibicuje mu w tym, co robi. Trzeba przyznać, że zasłużenie:)

Kolekcja, którą stworzył jest na prawdę piękna i co najważniejsze – absolutnie uliczna. Kreacje są tradycyjnie skrojone,  bez dodatkowych „udziwacznień”, co dodaje im bardzo eleganckiej, niesztampowej prostoty. Dominuje w nich biel, brudny róż, pastelowy błękit, oraz odważniejsze barwy, takie jak nasycona, ciepła malina, soczysty oranż i gorąca czerwień. Wszystko spójnie połączone z gipiurą, czasami delikatną skórą oraz lekkim jedwabiem. Jeśli ktoś miałby opisać poprzez ubiór stu procentową kobietę – silną, a zarazem delikatną, pewną siebie i równocześnie niewinną, to myślę, że TOMAOTOMO zrobił to na 101%!

Zaraz po pokazie udałam się do projektanta, by zadać mu kilka pytań odnośnie kolekcji ;)

 

Jak emocje po pokazie?

Emocje cały czas są i to bardzo duże! Myślę i mam nadzieję, że wszystko wypadło super!

Dlaczego dopiero teraz zdecydował się Pan na swój autorski pokaz?

Wcześniej miałem Fashion Week, wyjazdy za granice na FW np. do Vancouver w Kanadzie i tak naprawdę dopiero teraz znalazłem czas na to, żeby zrobić coś w Polsce, żeby zaprezentować swój pokaz. Trochę to trwało, chociaż też nie aż tak długo, bo 4 lata. Do wszystkiego trzeba po prostu dorosnąć. W końcu przyszedł ten czas i oto jestem!

Co było Pańską inspiracją przy tworzeniu tej kolekcji?

Weronika! Inspiracją tej kolekcji była Weronika Ksiązkiewicz, niesamowita, charyzmatyczna postać, niesamowicie zmysłowa kobieta i wspaniały człowiek.

Dlaczego to właśnie Weronika jest Pańską muzą?

Ponieważ ma w sobie wszystkie idealne według mnie cechy kobiety wzorowej. Wzorowej, jako tej zmysłowej, pięknej, niepowtarzalnej, z charyzmą.

Czy w następnych projektach również możemy się spodziewać takiej inspiracji?

A to się okaże (śmiech). Nigdy nie wiadomo, ale na pewno w jakimś stopniu zawsze ta Weronika będzie. To się nie zmieni – jest w końcu moją muzą!

Długo powstawała ta kolekcja?

Bardzo długo. To była kolekcja, którą tworzyłem najdłużej ze wszystkich, myślę, że też ze względu na tkaniny, które nie są polskiego pochodzenia i nawet nie są kupowane w Polsce, lecz za granicą, więc musiałem podróżować, żeby te tkaniny znaleźć takie, jakie chciałem.

A za co gwiazdy kochają TOMAOTOMO?

Joanna Jabłczyńska

„Ja Tomka bardzo lubię prywatnie, więc mogę nie być obiektywna. Tomek jest niezwykle normalny, radosny, uśmiechnięty, pomocny. Chyba lubię w nim najbardziej tą normalność. Lubię to, że ubrania, które dzisiaj pokazał były ludzkie. To znaczy, że nie były haute couture, że nie da rady tego założyć, że są jedynie na pokaz, tylko to są takie rzeczy, które można by założyć na co dzień. Są one stworzone dla normalnych kobiet. Bardzo mi się też podobały kolory i sam pokaz, który widać, że był bardzo przemyślany. Nie był za długi, Tomek nie przetrzymał nas za długo przed pokazem, wszystko było przemyślane. Oprawa i tempo, sposób chodzenia modelek – wszystko stanowiło spójną całość”

Jessica Mercedes

„Przede wszystkim za to, że ma swój spójny styl, że często używa tych samych tekstyliów, takich jak rzeczy z ornamentami, koronkowe itd. Lubię Tomka za to, że jest wytrwały i dąży do celu.”

Weronika Książkiewicz

„Kocham Tomka za to, że wszystko co tworzy jest niesamowicie kobiece, seksowne, ale też eleganckie. To nie jest wyuzdane, tanie, tylko w taki sposób subtelny pokazuje seksapil kobiety. Co ma Tomek Olejniczak, czego nie mają inni projektanci? Mnie! To, że jestem jego muzą! (śmiech)”

Ewa Wojciechowska

„Ja wszystkich projektantów kocham i wszystkich wspieram. Tomka obserwuję od dwóch lat – od samego początku jak się tylko pojawił, jako młody skromny chłopak. Pamiętam, że przyjechał kiedyś do mnie, jak jeszcze pracowałam w redakcji i obiecał, że coś dla mnie uszyje. Najbardziej podoba mi się jego skromność, to że ten tzw. nasz „wielki świat”, nie uderzył mu do głowy, że nadal mieszka w Poznaniu, co daje mu taki spokój i mam wrażenie, że to jest jego odskocznia, a tutaj tylko przyjeżdża do pracy. Podziwiam go też za to, co w tej chwili zrobił. Tydzień temu otworzył butik, a teraz zorganizował pokaz mody. To są dwa gigantyczne przedsięwzięcia, nie mam pojęcia jak mu się to udało. W dodatku przyszło tyle gwiazd ubranych w jego kreacje, że to jest ogromny zaszczyt dla projektanta. A kolekcja była przepiękna Bardzo mu kibicuje i trzymam za niego kciuki.”

Tomkowi życzymy dalszych sukcesów! Nowych, coraz piekniejszych kolekcji (o ile to w ogóle możliwe) oraz nowych muz! Pod warunkiem, że powstaną z nich takie perły jak Veronique;)

„Stawki aktora nie są zawrotne, a czasem wręcz bardzo niskie” – I część wywiadu z Wojciechem Medyńskim

Z teatrem jest związany od 3-go roku studiów, ma na swoim koncie także role kinowe, serialowe, a nawet dubbing. Od ponad roku rozbawia publiczność w całej Polsce spektaklem „Single i remiksy”, gdzie gra u boku Anny Muchy i Weroniki Książkiewicz. Wymarzona rola? Ta, którą on sam może wyreżyserować. Gdyby tylko mógł zrezygnowałby ze scenariusza i wybrałby… improwizację.

O stresie związanym z występowaniem na deskach teatru, teatrze improwizowanym, a także o negatywnych aspektach pracy aktora opowiedział Wojciech Medyński.

 

Jesteś aktorem telewizyjnym, teatralnym… Na chwilę obecną jednak działasz przede wszystkim w teatrze… Co z telewizją? To Twój wybór?

I tak, i nie. Z jednej strony to przede wszystkim producenci i reżyserzy seriali telewizyjnych podejmują decyzje o obsadzie, z drugiej zaś faktycznie jestem ostatnio bardziej aktywny w branży teatralnej. W teatrze gram od 3-ciego roku studiów i nie wyobrażam sobie zawodu aktora bez występowania na scenie. Od ponad roku jestem w ciągłej trasie po całej Polsce ze spektaklem „Single i remiksy”, gdzie gramy z Anią Muchą, Weroniką Książkiewicz i Leszkiem Żurkiem, a od 3,5 roku jestem członkiem grupy Ab Ovo, która zajmuje się teatrem improwizacji. Wkładam w to bardzo dużo energii. Mamy coraz więcej fanów. Ci, którzy widzieli nas chociaż raz, wracają i przyprowadzają ze sobą znajomych, więc mam nadzieję, że krok po kroku będzie dużo, będzie dobrze i będzie się grało (śmiech).

Ab Ovo gracie w warszawskim Klubie Wkręt. Czy gdzieś jeszcze można Was zobaczyć?

We Wkręcie, klubie należącym do aktora Leszka Lichoty gramy co dwa tygodnie w środy. Nowe miejsca wciąż się pojawiają. Na przykład w styczniu mamy już zaplanowane show w klubie Saska Kępa oraz w Teatrze XL przy Muzeum Etnograficznych. Regularnie gramy też w Piasecznie, w Szarej Eminencji. Poza tym gościnnie występujemy w innych miastach, np. w styczniu będziemy w Fortach Kleparz w Krakowie

To jest teatr improwizowany, jak się przygotowujecie do niego, skoro nie ma scenariusza?

Nie ma scenariusza, nie ma reżysera – dzięki Bogu! (śmiech) Wszystko w spektaklu dzieje się tu i teraz. Niczego nie przygotowujemy wcześniej, choć oczywiście odbywamy treningi. Żeby zajmować się improwizacją trzeba znać podstawowe zasady tego gatunku i reguły, którymi rządzą się poszczególne gry impro. Musimy je mieć opanowane do perfekcji, by wychodząc na scenę, móc skupić się tylko na graniu. Dostajemy inspirację od widza – informację, kim jesteśmy, w jakim miejscu, w jakiej relacji mają być postaci na scenie, i całą energię koncentrujemy na tym, aby być jak najbardziej błyskotliwi, zabawni i zaskoczyć widza. Gdy wszystkie zasady są spełnione, wydobywa się prawdziwa magia improwizacji. Po każdym spektaklu widzimy, jak coraz bardziej wgłębiamy się w improv, jak tworzymy jedną całość jako grupa, jak rozwijamy nasze improwizacyjne umiejętności.

Z tego, co wiem, improwizacja ma różne formy…

Improwizacja dzieli się na dwie formy: krótką i długą. Krótka forma to różnego rodzaju scenki, zwane grami, które mają określone zasady. W czasie 1,5 godzinnego show możemy pokazać od kilku do kilkunastu takich gier. Krótka forma to jakby przygotowanie do zagrania długiej formy. Wtedy jest to jedna historia opowiedziana w sposób zbliżony do tradycyjnego przedstawienia, z tą różnicą, że oczywiście wszystko jest improwizowane, wymyślane „od ręki”, a więc całkowicie niepowtarzalne. Za każdym razem jest inna widownia, inny temat, inna energia. Dlatego właśnie impro jest tak ciekawym gatunkiem. Wszystko wydarza się tylko raz. Jest to sztuka ulotna, ale dostarcza naprawdę niesamowitych wrażeń. Improwizacja jest fantastyczna nie tylko jako show i dobra zabawa, ale też świetna materia na warsztaty – prowadzimy je dla dzieci i młodzieży, a także na spotkaniach integracyjnych dla firm. To sposób na szkolenie i rozwijanie wielu przydatnych umiejętności: refleksu, kreatywności, wyobraźni, uważności na innych, pracy w zespole, zdolności do łączenia kilku czynności naraz, itd. Jest np. taka gra, w której występują trzy osoby – oprócz budowania sceny, którą przed chwilą wymyśliła publiczność, muszą trzymać się zasady, że gdy jedna osoba stoi, druga siedzi, a trzecia jest zgięta w pół. Co chwila jedna z osób zmienia pozycję, a pozostałe muszą się do tego dostosować, również zmieniając pozycję, a jednocześnie dopasowując swoje kwestie, aby zachować spójność i logikę odgrywanej historii. Mamy naprawdę intensywny trening dla mózgu!

Dlaczego?

Robiąc kilka rzeczy naraz zmuszamy do współpracy różne ośrodki w mózgu, wytwarzamy lepsze połączenia między półkulami, wyostrzamy zmysły. Musimy mieć oczy i uszy szeroko otwarte, być czujnym na partnera, żeby nic nam nie umknęło, aby szybko i sensownie reagować. Trzeba być cały czas bardzo twórczym i uważnym. Gdy koledzy grają w danej scence, nie siedzę i nie kombinuję, co sam zagram w następnej. Obserwuję to, co dzieje się tu i teraz, śledzę w jaką stronę rozwija się akcja, jaki wątek staje się głównym. Kiedy np. widzimy, że 2 czy 3 aktorów przez dłuższy czas nie pojawia się na scenie, musimy zrobić wszystko, aby włączyć ich do akcji. To funkcjonuje zupełnie inaczej niż w serialu, gdzie często akcja skupia się na jednej postaci lub kilku głównych, a inne, które się po drodze pojawiły bezpowrotnie znikają. W spektaklu improwizacji nie może być takiej opcji. Cały zespół musi grać i każdy jest na równych prawach. Nie ma gwiazd. Nie ma ról głównych i statystów. W odróżnieniu od tradycyjnego spektaklu, w którym dialogi są napisane wcześniej, a sceny wyreżyserowane, my musimy poza budowaniem „na żywo” naszej historii, pamiętać także i o zasadzie, że wszyscy aktorzy cały czas muszą funkcjonować w świecie, który razem stwarzamy.

To musi być bardzo trudne… Nie dość, że musicie się skupiać na sobie, to i na tym, czy partnerzy pójdą w tym samym kierunku.

To jest kwestia obserwowania siebie, słuchania i dostrzegania niuansów, łapania „smaczków”, które mogą być materiałem do zbudowania następnej sceny. One mogą być tą iskrą – łącznikiem, który spowoduje, że osoby, które przez ostatnie sceny się nie spotkały, mogą znowu się spotkać. To niesamowicie inspirujące.

W jaki sposób widzowie decydują o tym, co się wydarzy?

W „Up! Ovo” – naszej autorskiej długiej formie impro, której nie gra żaden inny teatr improwizacji, rola widza jest bardzo istotna. Na początku od widzów bierzemy jedno słowo – inspirację, wokół którego tworzymy całą historię. Do tego w odpowiednim momencie widz decyduje o upływie czasu, jaki nastąpił po zobaczeniu początkowych scen, a później sugerują które postaci powinny się ze sobą spotkać. Natomiast w show „Publiczność rządzi” widzowie decydują co chwilę o przedmiotach, o których mamy zaśpiewać piosenki i w jakim stylu muzycznym, o miejscu, w jakim ma się wydarzyć akcja sceny, o relacjach jakie mają być miedzy postaciami, o słowach, których nie możemy wypowiadać itp. Jednym słowem, widz na naszych spektaklach jest bardzo aktywny i twórczy i to dzięki kreatywności widza nasze spektakle stają się wyjątkowe i niepowtarzalne.

Zdarzyło się wam kiedyś zaliczyć „klapę”?

Nieskromnie powiem, że grając krótkie formy, nigdy nie zdarzyło się, żeby widzowie wyszli ze spektaklu niezadowoleni. Jeśli chodzi o długą formę jest to nowość w naszym repertuarze. Ab Ovo istnieje 3.5 roku i dopiero niedawno uznaliśmy, że jesteśmy gotowi, aby zaprezentować widowni tę jeszcze trudniejszą formę, którą nazwaliśmy „Up Ovo!”. Odbyliśmy serię warsztatów z guru improwizacji Mikiem Hughesem z kanadyjskiej grupy Uncalled For, potrzebowaliśmy czasu, wiedzy na temat improwizacji i wielu prób, nim zdecydowaliśmy się na premierę długiej formy. Większość z nas jest aktorami po szkołach teatralnych, a więc ludźmi z pełną świadomością na temat grania. Wiedzieliśmy, z czym się mierzymy i wiedzieliśmy, że jeżeli widz przychodzi na nasz spektakl, będzie wymagał o wiele więcej, niż jeśli przyjdzie na show grupy, która improwizacją zajmują się amatorsko. Wtedy zupełnie gdzie indziej się znajduje poprzeczka i podświadomie to wiesz.

Doświadczyłeś kiedyś sytuacji, w której widz rzuca hasło, a Ty nie wiesz co zrobić?

To nie jest automatyczne, ale wychodząc na scenę, masz otwartą głowę na wszystko. Na scenie nie zostajesz nigdy sam, zawsze masz partnera, więc jeśli się „zatniesz”, to twój partner poprowadzi scenę i w ten sposób pomoże ci się „uruchomić”. To też kwestia warsztatu aktorskiego i odpowiedniego treningu. Nie ma sytuacji, że jesteś załamany i nie jesteś w stanie z siebie słowa wykrztusić. Jedynym ograniczeniem jest nasza wyobraźnia. W teatrze tradycyjnym role są rozpisane, wiem co, kto opowie i mogę grać „na siebie”. Będę brylował, by scena należała do mnie, by widzowie właśnie na mnie zwracali uwagę. W teatrze improwizacji nie ma szansy na takie zachowanie, a przede wszystkim nie miałoby ono sensu. Jeśli tylko przez moment skupił bym się na sobie i chciał być liderem, to mój partner mógłby nie nadążyć, albo nawet nie chcieć pójść w tym kierunku, a to groziłoby nieudaną scenką, która widzów nie zainteresuje i nie rozbawi. To zaprzeczenie idei teatru improwizacji. Dlatego nie ma w nim „gwiazd”, najważniejsze jest wspólne budowanie sceny, słuchanie siebie nawzajem, obserwowanie, bycie po prostu czujnym i chęć stworzenia fajnej, zaskakującej historii. Wszystko zależy też od dnia. Teksty wypływają od nas i w tych krótkich formach czasem idziemy bardziej „po bandzie” i dowcipy są bardziej rubaszniejsze. Po każdym spektaklu rozmawiamy i analizujemy jak zagraliśmy. Czasem mówimy, że „dzisiaj mieliśmy problem z subtelnością” (śmiech). Ale nigdy nie daliśmy pokazu, po którym musielibyśmy się wstydzić. Jest kilka podstawowych rzeczy, które każdy aktor powinien wiedzieć, nim wyjdzie na scenę.

Co to takiego?

Kim jestem, gdzie jestem, co robię itd. W improwizacji najczęściej to „gdzie” jestem pada od widza – to on podpowiada miejsce akcji, czasem także postać, reszta to już nasza inwencja. Pomysł może się urodzić w kilka sekund po wejściu na scenę, ale trzeba też mieć w głowie odpowiedzi na wiele pytań dotyczących postaci, którą grasz, bo inaczej poruszasz się w tzw. niewiadomej. Jeśli ty nie wiesz, kim jesteś – sprzątaczem w biurze, sekretarką czy szefem, to tym bardziej twój partner nie będzie wiedział – chyba, że cię nazwie i sam obsadzi. Jeśli jednak on też tego nie zrobi, to i widz ma problem, bo nie ma skąd się tego dowiedzieć. To jest niesamowite, bo to są pokłady świadomości na wielu etapach. My wychodząc na scenę, musimy też wiedzieć, ile dać z siebie, żeby nie bawić się w opowiadanie pt. „ja tutaj sprzątam od 5 lat i bardzo lubię tę pracę” – to nie o takie monologi chodzi. Trzeba to podać zupełnie innymi środkami, żeby było natychmiast zrozumiałe, ciekawe, a do tego jeszcze śmieszne.

Jak wyglądają Twoje przygotowania do takiego spektaklu?

Przed naszymi pokazami rozgrzewamy się wcześniej. Mamy gry treningowe, które pozwalają rozbudzić ciało i umysł. To są czasem bardzo proste rzeczy, które można stosować nawet w domu, czy też na zajęciach z dziećmi. To jest zabawa w skojarzenia lub bitwa na pytania. Robimy to intensywnie od 3.5 roku, więc non stop jesteśmy na obrotach. Teraz więc jest bardziej kwestia rozgrzania się przed samym wyjściem na scenę, „odpalenia silnika” niż jakichś gruntownych przygotowań.

Towarzyszy Ci trema?

Och! Ba! I to jaka! Nie jestem w stanie tej tremy porównać z żadnym doświadczeniem, jakie miałem do tej pory. Tego się nie da porównać – co gorsza, nawet schodząc ze sceny, jak kończymy spektakl, nie jestem w stanie powiedzieć, jakiego rodzaju odczucia są we mnie. To nie są te same odczucia, jakie masz po premierze w teatrze. W impro show uaktywniają się jakieś chemiczne rzeczy w organizmie, przez to, że ten mózg tak intensywnie pracuje (śmiech). Jedyne, co przychodzi mi do głowy, jak można to określić, to swego rodzaju lewitacja. Ale nie w takim dosłownym tego słowa znaczeniu. Czuję się taki trochę zawieszony… tak jakbym był 5 cm uniesiony nad ziemią. To jest tak jakbym był uniesiony troszkę wyżej – nie fruwał nie wiadomo gdzie, ale uniesiony, coś jak… hmm…

…jak po narkotykach?

Ciekawa sugestia (śmiech), chyba takich, które robią dobrze i nie ma efektu ubocznego.

Taki spektakl musi być ogromnie stresujący.

Ostatnio mieliśmy taką sytuację, gdy graliśmy w klubie Wkręt długą formę, czyli „Up! Ovo”. Przyszło multum ludzi, których widziałem po raz pierwszy, a byłem przygotowany, że przyjdą nasi stali fani. Za pierwszym razem długą formę graliśmy na 3. Ogólnopolskim Festiwalu Sportów Teatralnych 321 IMPRO w Konstancinie na scenie w Domu Kultury, a drugi raz właśnie we Wkręcie, gdzie jest inna przestrzeń i inny klimat. Widz jest tam o wiele bliżej nas niż na festiwalu, więc byłem mocno zdenerwowany. Najpierw wychodzisz na scenę i bierzesz energię, pomysły tylko z siebie, dopiero potem próbujesz budować swoją postać, by była klarowna, wyrazista itd. Ja nie miałem z czego brać, tylko z mojego zdenerwowania. Wyszedłem na scenę z kolegą i on rzucił temat, że jesteśmy przed castingiem, więc to akurat świetnie pasowało do mojego zdenerwowania. Zacząłem podkręcać sytuację. Zapytał się mnie, czy to mój pierwszy raz na castingu, że ja taki zdenerwowany? Na co mu odparłem, że pierwszy raz mam nadzieję, że wejdę. Przychodzę na casting, ale za każdym razem, jak mam przekroczyć te drzwi, to uciekam. I taką postać zacząłem krystalizować – faceta, który jest mega zestresowany. Potem się jeszcze pojawiła kobieta, która umówiła się na randkę i czekała w barze na faceta 9 miesięcy (ten upływ czasu padł od widza). Po tych 9 miesiącach nie było wyjścia – ja, który uciekałem, nie wchodziłem na castingi, w końcu przyszedłem. Nie wiadomo skąd, ale te historie zaczęły się przeplatać. Zdenerwowanie jest zatem ogromne, jest wielka trema i świadomość tego, że widz poświęca swój czas, a twoim zadaniem jest, aby ten czas nie był stracony. To jest duża odpowiedzialność, ale potem, widząc rozbawioną publiczność, także wielka satysfakcja.

Jak sobie radzisz z tym stresem?

Nie mam jedynej, słusznej metody… To jest trochę jak corrida – trzeba chwycić byka za rogi. Bardzo pomaga mi śpiewanie. W momencie, gdy włącza się stres, automatycznie skraca się nam oddech. Gdy zaczynasz śpiewać, musisz wziąć więcej powietrza i przez to, że śpiewasz dźwięki tzw. legato, które są dłuuuuugie, ciągnięte, nie mówisz ner-wo-wo szy-bko, co-to-bę-dzie-co-to-bę-dzie…, tylko dźwięki długie np. „nieeeee maaaaaasz teeegooooo” – organizm sam się uspokaja. Niestety nie zawsze jest możliwość pośpiewania sobie. Pracuję w tym zawodzie już ponad 10 lat, więc z czasem, przyzwyczaiłem się do tremy i nie jest ona paraliżująca.

Zdarzyło Ci się kiedyś, tak rzeczywiście stwierdzić „jak się nie napiję to nigdzie nie wyjdę”.

Że alkoholu? (śmiech) Nie, nie, nie. Nie wyobrażam sobie tego. Alkohol pozornie nas relaksuje, a na pewno spowalnia myślenie. Nie mogę sobie na to pozwolić, a już na pewno nie w improwizacji. Każde moje rozkojarzenie może spowodować, że coś się zacznie sypać. Jeśli w danej grze byłbym wyluzowany, to jeszcze do przyjęcia – może być taka jedna postać, ale mogłoby to też wpływać na obserwację tego, co się dzieje na scenie. Każda używka robi więcej złego niż dobrego, a już na pewno w improwizacji. Nie, nigdy nie próbowałem i nie zamierzam. Po spektaklu? Proszę bardzo (śmiech).

Co byś wybrał, gdybyś musiał – teatr improwizowany czy tradycyjny?

Gdyby mi równie dobrze płacili, co za spektakl tradycyjny, to wybrałbym improwizowany. Nikt mi nie mówi, kogo mam grać. Ja o tym decyduję, to ja wymyślam postać, to ja mogę wybrać się w podróż aktorską, która w takiej formie, z taką wolnością nie zdarzy się na deskach tradycyjnego teatru. Niektórzy reżyserzy patrzą na aktora tylko przez pryzmat jego warunków fizycznych. W improwizacji nie ma reżysera, więc jeśli czuję się na siłach, by zagrać kogoś, kim zupełnie nie jestem, po prostu wychodzę na scenę i gram. W serialach najczęściej powierzano mi role czarnych charakterów, właśnie z powodu mojego wyglądu. W „Singlach i remiksach” gram zupełnie kogoś innego. Dostałem taką szansę, bo akurat producenci spektaklu znają mnie dość długo, widzieli mnie w improwizacji i nie mieli cienia wątpliwości, że swobodnie poradzę sobie z rolą komediową. Sebastian, którego gram jest zaprzeczeniem postaci, z którymi mogą kojarzyć mnie widzowie telewizyjni.

Ostatnio Filip Bobek powiedział w wywiadzie, że gdyby dobrze płacili w teatrze, to nie musiałby grac w serialach. Ty z kolei żyjesz tylko z teatru…

Nie wiem do końca, co Filip miał na myśli… Jeśli mówił o stacjonarnych etatowych teatrach, to ma rację. Z samej pensji teatralnej to nie wiem czy udałoby się opłacić tzw. stałe koszty życia, nie mówiąc już większych wydatkach, jak np. spłata kredytu mieszkaniowego. Do pensji dochodzi oczywiście wynagrodzenie za spektakle. Zarobki zależą więc od tego jak dużo grasz, oczywiście również od pozycji aktora. Niemniej to nie są zawrotne stawki, a czasem wręcz bardzo niskie np. 200 zł. za spektakl…

Za spektakl?!

Tak, i to za główną rolę. Większość ludzi o tym po prostu nie wie. Patrzy na aktorów przez pryzmat tych, którzy są „na fali”, gwiazd filmowych czy popularnych aktorów serialowych. Ale nie można tego porównywać z aktorami, którzy głównie postawili na teatr. Mimo, że wszyscy wiemy, że praca na scenie jest bardzo trudna, mało kto interesuje się, jak są za nią wynagradzani aktorzy. A szkoda, bo z jednej strony są w naszym kraju rewelacyjne spektakle, wspaniałe zespoły i zdolni aktorzy, a do teatru chce chodzić coraz więcej ludzi, co pokazują komplety na widowniach choćby właśnie „Singli i remiksów”, a z drugiej strony aktorzy teatralni są wynagradzani bardzo skromnie. Jeśli to się nie zmieni, zastanawiam się jaka będzie przyszłość polskiego teatru…

To nas zaprowadzi do tego, że za chwilę teatry znikną… Aktorzy będą wybierali nawet niszowe produkcje, bo wychodzi na to, że tam zarabia się więcej.

Sytuacja nie jest łatwa. Niszowe produkcje dysponują raczej znikomymi budżetami. Seriale telewizyjne też nie są rozwiązaniem. Kiedyś, gdy zatrudniano tzw. naturszczyków, to był rodzaj smaczku, ciekawostki, uzasadnionego artystycznie zabiegu, który przynosił świetne efekty, jak np. w słynnym filmie „Rejs”. Teraz obsadzanie amatorów stało się zjawiskiem powszechnym i nie wynika z pobudek artystycznych tylko finansowych. Naturalnie tłumaczy się to tym, że ludzie chcą oglądać osoby, po których widać, że nie potrafią grać. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Poziom tych produkcji jest taki, że wg mnie ludzie oglądają to głównie dlatego, że mogą kpić i wyśmiać takich „aktorów”. Rozumiem, że można robić takie specyficzne produkcje, ale nie powinna być to zasada. A ostatnio niestety tak się coraz częściej dzieje.

Nie mogę tego zrozumieć…

Mnie też nie wydaje się to sensowne, ale obserwuję to, co dzieje się w moim środowisku i stwierdzam fakty.

Myślisz, że zawód aktora teatralnego zaczyna być spisywany na straty?

Nie wiem, jaka będzie przyszłość i czasem boję się iść tak daleko moimi myślami. Nie mam na to żadnego wpływu. Ustawodawczo ten zawód nie jest w żaden sposób chroniony i w relacjach aktor – pracodawca, obojętnie czy jest to reżyser, producent, czy dyrektor teatru – jesteśmy zostawieni sami sobie. W innych krajach są określone rozwiązania prawne, związki zawodowe, itd. W Polsce były jakieś próby uregulowania tej sytuacji, ale na razie nic konkretnego się nie wydarzyło. Ja w każdym razie wybrałem sobie alternatywną drogę w postaci teatru improwizacji. Trzeba bowiem przyznać, że aktorstwo to zawód uzależniający. Jeśli się raz spróbowało, trudno nawet wyobrazić sobie inne zajęcie. Nawet, jeśli ma się umiejętności, by wykonywać inny zawód….

Aktor, który ma wyrobione nazwisko, główne role, idąc do reklamy XYZ , z reguły dostaje za to obelgi. Z tego, co mówisz, powinno być to zrozumiałe, z czegoś trzeba żyć…

Nawet ostatnio czytałem, że Roma Gąsiorowska otworzyła szkołę i udzieliła wywiadu, w którym dotykała dokładnie tego samego tematu – zarobków aktorów. Ludziom się wydaje, że udział w jednej czy dwóch produkcjach filmowych wystarczy, by żyć na wysokim poziomie. A wcale tak nie jest. Dlatego postanowiłem zainwestować we własną, inną drogę – nasz teatr Ab Ovo. Gdy Kasia Michalska zakładała naszą grupę, wiedzieliśmy, że improwizacja w Polsce nie jest znana, ale w duchu czuliśmy, że któregoś dnia ten temat chwyci. I teraz to się właśnie dzieje! Coraz więcej ludzi zna i lubi impro, w ogromnej mierze dzięki telewizji – serialowi „Spadkobiercy” w TV4 i programowi „I kto to mówi?” w TVP2. A my też konsekwentnie chcemy improwizację pokazywać i promować.