„Na planie „Wkręconych” często się gotowaliśmy!” – II część wywiadu z Pawłem Domagałą

Twoja wymarzona rola?

Strasznie chciałbym zagrać Holdena z „Buszującego w zbożu”. Przez bardzo długi czas ta postać chodziła mi po głowie, nawet mieliśmy wystawiać sztukę w teatrze, ale nie dostaliśmy praw (śmiech). A poza tym, to nie mam takiej konkretnej postaci, ale myślę, że jak przeczytam scenariusz, to będę wiedział, czy to jest rola moich marzeń. Dość często tak mam – czytam i mówię do siebie: „o kurde! To jest rola moich marzeń” (śmiech) Nie ma jednak takiej jednej, konkretnej. Wszystko też zależy od etapu życia, w którym się znajduję.

Etapu życia?

Czasami coś się dzieje w twoim życiu takiego, że np. mówisz: „kurde, jakbym teraz dostał rolę np. psychopatycznego mordercy, to bym to zrobił tak genialnie!”, a innym razem „Boże, jakbym tak dostał teraz rolę św. Franciszka z Asyżu, to bym to fenomenalnie zrobił” (śmiech) Moim marzeniem właśnie jest dostać rolę w odpowiednim momencie i odpowiednim czasie.

Jak robisz kabarety, albo grasz w komedii, nie chce ci się śmiać z gry twoich kolegów, albo z tego co sam robisz?

Nie, moi koledzy mnie nie śmieszą (śmiech)… Jasne, że chce! Np. na planie „Wkręconych” często się „gotowaliśmy” (śmiech). Nie rzadko nam się to zdarzało, ale później się przyzwyczailiśmy. To jest też praca. Jak cię reżyser opieprzy – pierwszy, drugi, trzeci raz, to ci się już nie chce śmiać.

A w kabarecie?

“Kabaret na koniec świata” to bardzo specyficzne miejsce. Tworzymy go z paczką przyjaciół. Często wydarza się coś nieoczekiwanego podczas trwania spektaklu, reagujemy na publiczność. Uwielbiam pracę w Kabarecie, jest bardzo rozwijająca, mam ogromne szczęście pracować przy nim z ludźmi o nieograniczonej wręcz wyobraźni.

Jak powstaje Wasz Kabaret na Koniec Świata? Skąd wiecie, że to, co stworzycie będzie bawiło publiczność?

Spotykamy się i kombinujemy. Nigdy nie ma pewności, że coś będzie śmieszne. My akurat jesteśmy chyba jedynym kabaretem na świecie, który co miesiąc/dwa tygodnie ma nowy program. Spotykamy się całą ekipą i wymyślamy. Jest burza mózgów, każdy kombinuje, co by było śmieszne. Analizujemy, sami się śmiejemy i potem zapisujemy to mniej więcej. Później dopiero się okazuje, czy to jest rzeczywiście śmieszne, czy nie. Czasem tak wychodzi, że coś jest zupełnie nieśmieszne i takie właśnie momenty bawią mnie najbardziej! Była kiedyś sytuacja, że wystawialiśmy skecz. Strasznie się śmialiśmy na próbie, a na scenie, kiedy wyszedł kolega z koleżanką, usłyszeliśmy totalną ciszę. Nikogo ten skecz nie bawił. Mnie to tak rozśmieszyło, że nie byłem w stanie przez pół godziny się pozbierać!

Śmiałeś się z tego, że się nikt nie śmieje?

Takie mam poczucie humoru właśnie (śmiech) Rozśmieszyło mnie to, że stworzyliśmy coś zabawnego, a nikogo to nie śmieszyło. To też jest na swój sposób zabawne. Robisz skecz, który nie jest w ogóle śmieszny, ale tak radykalnie nieśmieszny, że nawet żadne nosówki nie poszły (śmiech).

O czym opowiadają Wasze skecze?

Poruszamy bardzo różne tematy… Dużo jest w nich absurdu. Bawi nas najbardziej absurd i czarny humor. Mnie śmieszy taki humor na granicy, że jeszcze jeden krok dalej i już będzie przegięcie.

Wrzucacie też na Youtube filmiki… Widziałam np. skecz z piłeczkami.

To jest mój autorski skecz. Zobaczyłem kiedyś Cast Away i mnie rozśmieszyło, że jest koleś z piłką (śmiech) Pomyślałem, że fajnie byłoby mieć kilka piłeczek, które można by wynajmować do filmu.

Bardzo mnie on rozbawił! Improwizowałeś, czy ułożyłeś sobie wcześniej tekst?

Usiadłem na krzesło, poprosiłem o piłeczki i gadałem. Wcześniej miałem mniej więcej poukładane co chcę powiedzieć, ale nie pisałem scenariusza do tego. Cieszę się, że Cię to śmieszy, bo wielu ludzi to w ogóle nie bawi (śmiech).

Wracając jeszcze do teatru – grasz w Teatrze Dramatycznym. Gdzie jeszcze Cię można zobaczyć?

Na wszystkich scenach Teatr Dramatycznego. Serdecznie zapraszam.

Towarzyszy Ci trema przed występami?

Zawsze. Przed spektaklem wydaje mi się, że nie mam siły wyjść na scenę i usnę podczas spektaklu (śmiech). Ale jak już wychodzę, to dostaję zastrzyk energii i jadę (śmiech)

Twoim teściem jest Andrzej Grabowski. Bardzo mnie zastanawia, czy rozmawiacie czasem o aktorstwie, czy udziela Ci może jakiś porad zawodowych?

Czasami zdarzają nam się zawodowe rozmowy, ale sporadycznie. Mamy wiele ciekawszych tematów. Chociaż bardzo szanuję aktorstwo Andrzeja Grabowskiego .A najwięcej w budowaniu postaci pomaga mi osoba, która jest taką moją wyrocznią, z której zdaniem najbardziej się liczę, czyli Zuza – moja żona. To jest osoba, z której rad naprawdę korzystam.

Grasz razem z Zuzą zarówno w teatrze jak i kabarecie?

Tak. Chodziliśmy razem na studia i już tam, jeszcze zanim zaczęliśmy być razem, wszystkie scenki odgrywaliśmy wspólnie. Także jest nam bardzo łatwo i nie mamy problemu żeby cały czas grać razem, zarówno w teatrze jak i w kabarecie.

Założyłeś też kiedyś kapelę „Ginger”.

Tak. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna, obok aktorstwa to moja największą pasją. Cały czas tworzę, co jakiś czas wrzucam nowe piosenki do internetu, ostatnio nagrałem moją autorską kolęde “25.12….” Myślę, że przyjdzie czas kiedy wydam płytę i mam nadzieję, że będzie to wcześniej niż później (śmiech)

Skąd w ogóle pomysł na założenie zespołu?

Muzyka jest dla mnie takim niezwykle istotnym rodzajem terapii. Każda piosenka, to jest zupełnie inna historia mojego życia. Czasami są to tylko jakieś moje przemyślenia, modlitwy. W muzyce nie potrafię być śmieszny. Nie znoszę np. piosenki aktorskiej i nie potrafię śpiewać na śmiesznie.

Jak powstają twoje teksty? Siadasz sobie w domu, bierzesz kartkę i piszesz?

To strasznie trudne pytanie… ciężko mi powiedzieć. Zazwyczaj jest tak, że coś mi się przydarzyło, chciałem to opowiedzieć, albo coś komuś przekazać, nie umiejąc wprost, więc pisałem piosenkę.

Jesteś aktorem, chcesz robić filmy, ale też muzykę…

Tak. Ale to jest bardzo proste, jest cała masa ludzi, którzy tak robią. Jest James Franco, Justin Timberlake. Ja robię, to co lubię, bo tego potrzebuję. Nie kalkuluję takich rzeczy.

Jakie są Twoje obecne plany zawodowe?

Cały czas gram i będę grał w teatrze i kabarecie. Wracam też na plan, ale nie mogę nic więcej zdradzić.

Photo: Filmweb

____________________________________________________________________

Poniżej wspomniany w wywiadzie skecz z piłeczkami i piosenka zespołu Ginger pt „Zamknij oczy” :)

“Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego, na wysokim poziomie“ – I część wywiadu z Pawłem Domagałą

Młody, zdolny, przystojny… Gra w filmach, teatrze, śpiewa piosenki, których sam jest autorem. Planuje również zmienić polskie kino i zacząć robić filmy. Człowiek orkiestra! Jest odkryciem 2014 roku, a przede wszystkim odkryciem polskiego, komediowego kina. Po premierze filmu “Wkręceni”, gdzie zagrał główną rolę u boku Bartosza Opanii i Piotra Adamczyka, jego skrzynka mailowa pęka w szwach, a krytycy są zdumieni jego talentem. Kto widział najnowszą komedię Piotra Wereśniaka, ten doskonale wie, o czym mowa. Postać Szyi, w którą się wcielił totalnie oczarowała widzów i zdobyła serca tysięcy Polaków. Paweł Domagała z hukiem wkroczył na wielki ekran polskiego kina i wszystko wskazuje na to, że prędko z niego nie zniknie. Na nasze szczęście.

Jak zdobyłeś rolę w komedii „Wkręceni”?

Moja agentka powiedziała mi o zdjęciach próbnych, a ja na nie poszedłem. Potem krok po kroku przechodziłem do następnych etapów castingu. Byłem przesłuchiwany mnóstwo razy, próbowałem do różnych ról, z różnymi aktorami. W ostatnim etapie spotkaliśmy się z Piotrkiem Adamczykiem i Bartkiem Opanią i tak już zostało.

Pojechałeś nad morze i dostałeś telefon…

Tak, byłem na wakacjach… Już o wszystkim zapomniałem, byłem przekonany, że gdyby mnie chcieli to już bym o tym wiedział. Ale niespodziewanie dostałem telefon, że reżyser jeszcze raz zaprasza mnie na zdjęcia próbne (śmiech). Co miałem robić? Wróciłem na dzień do Warszawy, a potem z powrotem nad morze, nocnym, najtańszym pociągiem. I to była podróż mojego życia (śmiech). W pociągu było chyba milion osób, bardzo ciekawe doświadczenie. Koniecznie musisz się przejechać takim pociągiem. A przy okazji pozdrawiam Wojtka Solarza (śmiech)

Z Piotrkiem Wereśniakiem znałeś się już wcześniej.

Tak, poznaliśmy się w pracy, na planie serialu „Wszystko przed nami”.

Skoro znaliście się już wcześniej, nie miałeś większej pewności, że dostaniesz rolę Szyi?

Ale Piotrek zna wszystkich (śmiech). Każdy z aktorów mógłby tak myśleć.

Jak Ci się współpracowało z Piotrem Adamczykiem i Bartoszem Opanią. Znaliście się wcześniej?

Tak naprawdę poznaliśmy się na planie. We “Wkręconych” gramy trójkę przyjaciół i prywatnie też się zaprzyjaźniliśmy, co bardzo nam ułatwiło pracę. Bardzo dobrze się rozumieliśmy, i fajnie nam się razem improwizowało. Dużo się od nich nauczyłem. To naprawdę wspaniali aktorzy. Na początku trochę się bałem, bo chłopaki są jednak już doświadczeni , a ja dopiero zaczynam. Zależało mi na tym, żeby na planie czuć się swobodnie, nie bać się czasem pomylić, zrobić coś żenującego i nie być za to ocenianym przez kolegów. Moje obawy okazały się absolutnie bezpodstawne, a chłopaki bardzo mi pomagali.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Znalazłeś się pośród dwóch świetnie wszystkim znanych aktorów, dostałeś główną rolę tuż obok nich… Nie miałeś przeświadczenia, że będziesz musiał dać z siebie dwa razy więcej, bo jesteś od nich mniej znany?

Zawsze daje z siebie dwa razy więcej (śmiech). A poza tym, tak szczerze to nie zastanawiałem się nad tym. Cieszyłem się, że mam takich partnerów i że gram w tym filmie i że codziennie uczę się czegoś nowego.

Łączy cię coś z postacią Szyi?

Wygląd (śmiech), głos i czasem niestety poziom inteligencji (śmiech)

Ty musisz mieć ogromne poczucie humoru. Zagrałeś tak zabawną postać, a poza tym tworzysz również kabaret…

Ma Pan poczucie humoru?”, “Tak mam” – to tak cytując klasyka (śmiech). Ale poważnie… Wydaje mi się, że w byciu aktorem dystans i poczucie humoru to podstawa. W moim przekonaniu, bez poczucia humoru i naturalności nie ma aktorstwa. Nawet rola dramatyczna, tragiczna zagrana zupełnie bez humoru, dystansu, będzie nie do oglądania, przynajmniej dla mnie. Nie do końca przekonuje mnie aktorstwo “na bebechach”, to nie moja estetyka, ale co ja tam wiem (śmiech), być może nie mam racji.

Jak się przygotowywałeś do roli Szyi?

W kółko czytałem scenariusz i starałem sobie wyobrazić jaki ten Szyja jest – czy mam wśród znajomych kogoś z kim mi się kojarzy, jaki to typ człowieka, jak mówi, jak chodzi. Jak już “złapałem Szyję”, to mogłem się nim trochę pobawić, poimprowizować i to było bardzo przyjemne.

Trochę scen zostało jednak wyciętych… Sam Bartosz Opania zdradził mi, że film mógł być trochę mocniejszy.

Pierwszy układ montażowy trwał 3 godziny, więc trzeba było coś wyciąć i poleciały te “mocniejsze” sceny, ale tu zaznaczam mocniejsze nie znaczy wulgarne… Chodzi tu bardziej o sceny abstrakcyjne. Wypadła np, scena którą z chłopakami uwielbialiśmy (śmiech) naszego słowiańskiego, stepowego śpiewu (śmiech), nam aktorom zawsze żal wyciętych scen… Ale myślę, że przyjdzie czas i we trójkę z Piotrkiem i Bartkiem, zagramy w odważnie abstrakcyjnej komedii (śmiech). A Piotrek Wereśniak wyreżyseruje.

Taki jest Wasz osobisty plan?

Taki jest plan. A plany są po to, żeby je realizować.


Photo: https://www.facebook.com/wkrecenifilm

Jak się czujesz z tym, że zagrałeś główną rolę we „Wkręconych”?

Bardzo dobrze się czuję. To moja pierwsza tak duża rola w komercyjnym filmie. Cieszę się, bo wydaje mi się że naprawdę rzetelnie wykonałem swoją pracę. Ale przede wszystkim była to dla mnie ogromna przyjemność i nauka. Jestem zadowolony z siebie i z efektu końcowego. Myślę, że “Wkręceni” to bardzo pogodny film, brakuje takich filmów. Ludzie są mile zaskoczeni po obejrzeniu “Wkręconych”. Teraz po premierze jest ogromne szaleństwo, na facebooku mnóstwo osób pisze do nie, że myśleli, że to kolejna beznadziejna polska komedia i że miło się zaskoczyli. Bardzo mnie to cieszy. Nie ma się co oszukiwać, że w ostatnim czasie z polskimi komediami było naprawdę źle i widz niestety stracił do nich zaufanie. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej w polskich komediach, przynajmniej tych z moim udziałem (śmiech).

Musisz być z siebie bardzo dumny.

Jasne, jestem bardzo dumny z siebie, ale też z całej ekipy. Jestem strasznie zadowolony i szczęśliwy, że tak to wszystko wyszło.

Stresowałeś się oglądając go po raz pierwszy?

Widzieliśmy wszyscy ten film na premierze w Zamościu i tak się złożyło, że zobaczyliśmy premierę – nie z zaproszonymi gośćmi, tylko z ludźmi, którzy kupili bilety. Zastanawiałem się, czy się będą bawić czy nie. Ale ludzie naprawdę się bawili, naprawdę się śmiali i wyszli zadowoleni. Także myślę, że w swoim gatunku ten film spełnił wszystkie oczekiwania, bo ludzie fajnie, miło spędzają czas. My ich nie skłaniamy do przemyślenia swoich decyzji życiowych. Nie edukujemy ich – czym jest Polska, kim są Polacy, tak jak to jest ostatnio w kinach, ale dajemy im sto minut pogody, uśmiechu i radości. I z tego właśnie jestem bardzo zadowolony i bardzo dumny, że brałem udział w takim projekcie, że ludzie naprawdę dobrze się przy nim bawią i na 100 min mogą zapomnieć o tym kto, gdzie zginął i o tym całym syfie, który nas ciągle atakuje.

Czytałam na filmweb negatywną recenzję odnośnie „Wkręconych” i trochę mnie to zirytowało, bo krytyk chyba zbyt wiele wymagał od tego filmu.

Na filmwebie to chyba raczej nie recenzent (śmiech)… Co mam powiedzieć, każdy ma prawo pisać to co naprawdę uważa i bardzo dobrze. Jeżeli ktoś idzie na “Wkręconych” i oczekuje Almodovara, albo tego, że będzie to film typu “Wilk z Wall Street” to rzeczywiście się rozczaruje, ale jeśli chce dobrze się bawić i nie oczekuje, że film zmieni jego życie to na pewno wyjdzie zadowolony. Ja się nie wychowałem na jakiś prze ambitnych filmach, tylko na komediach Bena Stillera czy Adama Sandlera, a ich filmy nigdy nie mają dobrych recenzji (śmiech). Zresztą najlepiej zobaczyć samemu i ocenić (śmiech).

Potrafisz się zrelaksować oglądając filmy ze swoim udziałem?

To zależy jaki film z sobą oglądam ( śmiech). Na “Wkręconych” się zrelaksowałem. Zawsze staram się oglądać filmy, w których zagrałem nawet po kilkanaście razy. Robię to po to, by zobaczyć dlaczego coś, o czym myślałem, że działa – np. nie działa. Próbuję to później przeanalizować. Zresztą jak jest jakiś film, który wybitnie mi się podoba, to też go oglądam kilkanaście razy i staram się analizować, co ten aktor takiego zrobił, że mi się to tak podoba. Albo odwrotnie – co jest takiego złego w tym filmie, że aż mnie odrzuca. Ja całkiem poważnie podchodzę do tych tematów. Na “Wkręconych” byłem parę razy w kinie (śmiech). Kupiłem bilet, usiadłem z tyłu i oglądałem. Podobało mi się, bo publiczność się śmiała i fajnie reagowała, więc byłem zadowolony.

Inspirujesz się innymi aktorami? Uczysz się oglądając ich na ekranie?

No pewnie, że się uczę i inspiruję. Ben Stiller, Adam Sandler, Bogumił Kobiela, Tadeusz Fijewski to dla mnie mistrzowie, bardzo mnie inspirują. Zresztą mnie inspirują prawie wszyscy, ja buduję swoją karierę na talencie innych (śmiech). Ilu jest wspaniałych aktorów, z którymi pracuję w teatrze, nawet nie sposób ich wymienić. Każdy z nich ma w sobie coś innego, niepowtarzalnego, coś czego nie mam ja. Uczę się od nich innej niż moja wrażliwości, innego poczucia humoru, czerpie z nich garściami, wykorzystuję ich talent do rozwijania mojego (śmiech) i tak to chyba działa. Jest tylu wspaniałych aktorów, aktorek dookoła mnie, że aż mnie to przeraża. Oczywiście uwielbiam DiCaprio, Nortona, Boże mógłbym wymieniać bez końca. Ja praktycznie od dziecka nie robię nic innego jak oglądam filmy, także naprawdę tych inspiracji mam mnóstwo. Ale muszę tu wymienić jeszcze Mela Gibsona, bo do niego mam największy sentyment (śmiech), to ukochany aktor mojego dzieciństwa, a “Braveheart” widziałem już chyba 500 razy.

Chcesz też być reżyserem?

Tak, chcę być reżyserem i producentem, to taki mój plan na najbliższe 20 lat.

Czemu tak późno? Jest przecież cała masa młodszych od Ciebie reżyserów, którzy robią genialne filmy.

Najpierw muszę pograć (śmiech). Muszę się wiele nauczyć, poobserwować jak to wszystko działa, krok po kroczku, nie mam zamiaru robić siary (śmiech), 20 lat to optymalny czas, chyba że stwierdzę, że mogę zaryzykować wcześniej i pokaże ludziom taki produkt jaki sam bym chciał zobaczyć.

Jaki jest Twój aktorski cel?

Ja po prostu chcę grać. Chcę grać we wszystkim będzie miało dla mnie jakąś wartość. Mogę Ci mówić banały, że najbardziej to bym chciał grać skomplikowane psychologicznie postacie, wymagające, trudne role – i chciałbym, pewnie. Ale bardzo byłbym szczęśliwy, gdybym mógł grać w komediach, filmach familijnych, na które przychodziłoby do kina 5mln osób, dobrze się bawiło i zapominało o wszystkich problemach. Żeby po takich filmach ojcowie bardziej kochali dzieci itp, żeby ludziom chciało się żyć (śmiech), żeby te moje rola dawały im nadzieję. Uwielbiam film z Adamem Sandlerem – “Click” – o w takich filmach chciałbym grać (śmiech).

O czym marzysz?

O pokoju na świecie (śmiech). Tak jak mówiłem. Marzę o robieniu w Polsce kina komercyjnego na wysokim poziomie. Według mnie Polacy są tak fantastycznym narodem, z tak fantastycznym poczuciem humoru, że zasługują na fantastyczne komedie, które dorosną do ich poziomu. Teraz większość komedii nie dorasta do poziomu inteligencji i poczucia humoru widza. Tak uważam. Marzy mi się, żeby wprowadzić taki styl, gatunek filmów komercyjnych, które dorosną do poziomu widza.

Przyjąłbyś rolę filmową głównie dla pieniędzy?

To zależy ile w danym momencie miałbym pieniędzy (śmiech). Jakbym miał pieniądze, żeby sobie spokojnie żyć, to bym nie przyjął, a jakbym ledwo wiązał koniec z końcem to bym przyjął. Ja zresztą nie mam wysokich wymagań. Nie muszę mieć domu o wielkości 200 m2 i samochodu za 500 tys zł. Takie coś mnie nie kręci.

Grasz też w serialach. A karierę zacząłeś od… ?

Zacząłem od teatru. Ja w ogóle więcej gram w teatrze niż w filmie. Ale pojawiam się też często w serialach, zgadza się. Są telenowele, które mają z milion odcinków i nie za fajnie się w nich gra, ale czasem trzeba. Trzeba to robić, nie tylko dla pieniędzy, ale też po to, żeby ktoś cię zauważył. Wszędzie można się czegoś nauczyć. Ale są też 13 odcinkowe seriale i uważam, że to są bardzo fajne produkcje! Co więcej – w Stanach więcej pieniędzy idzie na takie seriale niż na filmy. Nie widzę powodu, dla którego miałbym odmawiać gry w serialu, a gdybym dostał rolę w 13 odcinkowym serialu, to bym się bardzo z tego ucieszył.

Może teraz po Twoim dużym debiucie posypią propozycje?

Nie zapeszam, ale póki co nie jest źle (śmiech). Teraz zależy mi na tym, żeby nie brać wszystkiego co mi proponują, tylko wybierać te propozycję w których będę mógł się czegoś nauczyć i które przybliżą mnie do celu jaki sobie postawiłem. Zresztą w serialu też można zagrać genialnie, nawet w telenoweli. Niezależnie od tego w czym się gra, trzeba mieć odpowiednie podejście. Jeżeli grasz w “M jak miłość”, które ogląda 5 mln osób, a nie podchodzisz do tego poważnie i nie robisz tego dobrze, to jest to jakaś totalna amatorszczyzna.

Niestety często, te seriale szufladkują.

Wolę być aktorem “zaszufladkowanym”, ale grającym, niż “niezaszufladkowanym” grzejącym ławę (śmiech). Aktor jest od tego, żeby grać.

Większość Twoich ról jest komediowych. Granie postaci innej niż komediowej, jest dla Ciebie wyzwaniem?

Ja po prostu lubię grać i nie zastanawiam się jaki to gatunek, jeżeli czuję, że mogę coś zrobić dobrze, albo dużo się nauczyć to wchodzę w to na sto procent. Teraz gram np. Berengera w “Nosorożcu”, w Teatrze Dramatycznym i praca nad tą rolę bardzo mnie rozwinęła jako aktora. Pracowałem z aktorami od których mogłem się wiele nauczyć, którzy pokazali mi drogi, którymi wcześniej nie chodziłem i myślę, że to zaowocuje w przyszłości. Jak już jednak wcześniej mówiłem, zawsze staram się “wpuścić trochę powietrza” w postacie które gram. Ważne dla mnie jest również to, żeby nie bać się porażek, nie bać się, że jakąś rolę położę, że się nie spodobam, jeśli zrozumiem dlaczego coś “skopałem” to jest to bezcenna lekcja. Myślę o tym, żeby być w zawodzie przez 50 lat, a nie przez 5. To jest dla mnie najważniejsze.

„Kieruję się zasadą, że każda kolejna rola powinna być inna od tych, które już grałam” – wywiad z Julią Kamińską

Zabłysnęła kilka lat temu, wcielając się w tytułową postać w serialu „BrzydUla”. Przeistoczyła się w nim z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia. W rzeczywistości przeistaczać się nie musiała. Odkąd tylko pojawiła się w showbiznesowym świecie, mówi się o niej jako o „jednej z najpiękniejszych”, chociaż sama się za piękną nie uważa.

Choć nie posiada dyplomu z powodzeniem spełnia się jako aktorka i przyjmuje coraz więcej ciekawych ról.  Julię Kamińską, bo o niej mowa, można na chwilę obecną spotkać m.in. na planie serialu „Na dobre i na złe”, na ekranach kin w najnowszej komedii Piotra Wereśniaka „Wkręceni” oraz w Teatrze Komedia.

O swoich rolach, nowych wyzwaniach, a także o modzie i  zajmowaniu pierwszych rzędów na pokazach, przeczytacie w rozmowie z Julią Kamińską! Zapraszamy do lektury!


foto: Michał Mazurkiewicz

Kiedyś powiedziała Pani, że nie potrafi się wyzwolić od serialu „BrzydUla” i postaci Uli. Czy ludzie ciągle kojarzą Panią przede wszystkim z tym serialem?

Nie przypominam sobie, żebym użyła tak wzniosłych słów (śmiech). Ludzie często kojarzą mnie z postacią Uli. Serial był bardzo popularny, a ja grałam charakterystyczną postać, więc nie ma się czemu dziwić. Teraz zaczyna się to zmieniać, chociaż nie robiłam niczego specjalnie po to, żeby nie kojarzono mnie więcej z Ulą. To się dzieje naturalnie, powoli widzowie zaczynają mnie kojarzyć również z innymi postaciami, w które się wcielam.

Może rola w innym serialu albo główna rola w filmie sprawiłyby, że raz na zawsze stanie się Pani Julią Kamińską, a nie Julią Kamińską z serialu „BrzydUla”?

Gram teraz kontrowersyjną postać doktor Zuzy w „Na dobre i na Złe”. Powoli zaczynam odczuwać, jak to jest, grać irytującą postać. Czasem dostaję nawet pogróżki, że powinnam „zostawić Przemka Zapałę w spokoju” (śmiech) To zabawne.

Czy dzisiaj przyjęłaby Pani propozycję zagrania głównej roli w serialu komediowym? Czy jest to dobry krok dla aktora na początku jego kariery?

Na pewno przyjęłabym rolę w dobrym serialu komediowym. I myślę, że to bardzo dobry krok dla aktora na początku kariery. Na pewno lepszy niż na przykład przyjęcie roli w kiepskim serialu komediowym, albo, jeszcze gorzej, nieprzyjęcie roli w dobrym serialu komediowym. A najgorzej przyjąć rolę w kiepskim serialu na końcu kariery. Nie komediowym.


foto: Michał Mazurkiewicz

Wiele znanych osób angażuje się w pomoce charytatywne, Pani również. Czy uważa Pani, że każdy wspiera np jakąś fundację bo ma taką potrzebę, bo bardzo chce pomagać, czy może jednak zdarza się, że ktoś robi to dla własnej promocji?

Nie wiem kto się czym kieruje i nie zamierzam się nad tym zastanawiać. W tym wypadku, o który Pani pyta, cel zawsze jest szczytny. W związku z tym zamiast podejrzliwie zastanawiać się nad motywacjami cieszę tym, że ci, którzy czekają na pomoc, ją dostają.

W CKM pojawiła się Pani piękna sesja zdjęciowa. Honorarium z sesji przeznaczyła Pani na cele charytatywne. Co było najpierw: chęć wykonania zdjęć i zaprezentowania ich w CKMie, czy myśl o tym, że wynagrodzenie będzie mogła przeznaczyć Pani na cele charytatywne?

Dziękuję, miło mi, że zdjęcia się Pani podobały. Dostawałam wcześniej propozycje zrobienia tego typu zdjęć. Jednak na sesję zdecydowałam się dopiero, kiedy wpadł mi do głowy pomysł, że mogłabym tę sytuacje wykorzystać w związku z celem dobroczynnym.

Jak Pani wspomina tę sesję? Czy to Pani zadecydowała o tym, jaki będzie miała charakter, czy zostało to góry narzucone?

Odbyło się spotkanie w redakcji, omówiliśmy nasze oczekiwania i spotkaliśmy się w pół drogi. Podczas sesji nie było niespodzianek, wszystko było wcześniej dokładnie ustalone, w związku z czym zdjęcia wspominam bardzo miło.

Każdy ma szansę zobaczyć Panią na deskach Teatru Komedia. Wszędzie komedie… To komedie wybierają Panią, czy to Pani je wybiera?

To, że teatr nosi nazwę Komedia nie znaczy, że są tam grane tylko komedie. Musical „Zorro” ma humorystyczne momenty, ale komedią nie jest. Gram też w „Na dobre i na złe”, czyli w serialu obyczajowym. „BrzydUla” była komediodramatem. Inna sprawa, że przy komediach pracuje się bardzo przyjemnie, w związku z czym zazwyczaj przyjmuję proponowane mi role komediowe, szczególnie te teatralne. Spontaniczne reakcje publiczności dają aktorom dużą satysfakcję.

Ma Pani swoją wymarzoną rolę? Zazwyczaj aktorzy odpowiadają,  że lubią grać złe charaktery. Czy Pani również?

Aktorskie zamiłowanie do czarnych charakterów wynika pewnie stąd, że zazwyczaj są one wyraziste, a w związku z tym ciekawsze do grania, niż np. dobre, przewidywalne „ciepłe kluchy”. Ja kieruję się po prostu zasadą, że każda kolejna rola powinna być inna od tych, które już grałam. Powinna mnie nauczyć czegoś nowego – nie ważne czy to czarny charakter czy postać pozytywna. A wymarzona postać? Brzydulę już grałam, no to może Frankenstein? Albo może nie (śmiech)

Pani nie jest stałym gościem na warszawskich salonach. Najczęściej jednak można Panią spotkać na pokazach mody. To z zamiłowania do mody, czy może z zamiłowania do projektantów?

Lubię modę i mam kilku znajomych projektantów. Podczas pokazów często robię zdjęcia ubraniom, które przypadną mi do gustu. Mam taką listę rzeczy, które miałabym ochotę założyć, na przykład na jakąś uroczystą premierę. Poza tym pokazy usprawiedliwiają szaleństwa modowe. Na co dzień ubieram się skromnie, a od czasu do czasu kusi mnie, żeby wyglądać odważnie, inaczej, nawet dziwnie. Pokaz mody to idealna okazja, żeby zaszaleć.

Czy pierwszy rząd na pokazach mody jest naprawdę tak ważny? Powoli dochodzi do tego, że impreza zwana „pokazem mody” kręci się wokół pierwszego rzędu, a nie wybiegu…

Portale internetowe faktycznie zawsze skupiają się na tym, kto co miał na sobie w pierwszym rzędzie. To głupie, ale szczerze mówiąc mi to nie przeszkadza. Dla mnie osobiście pierwszy rząd jest o tyle ważny, że dobrze widać (śmiech) Ale jakbym usiadła gdzieś z tyłu, też bym się dobrze bawiła.

Szerokie rozpięcie na plecach, które zaprezentowała Pani podczas premiery komedii „Wkręceni” to Pani pomysł? Spodziewała się Pani, że założenie takiej kreacji wzbudzi tak wiele kontrowersji?

Miałam na sobie futurystyczny komplet od Muses, ale od rozcięcia na plecach zdecydowanie większą furorę w internecie zrobił rozporek spódnicy, który się niefortunnie rozpruł i zaprezentował wykończenie pończoch. Naturalnie tego nie planowałam, w związku z czym nie mogłam spodziewać się takiego zainteresowania mediów.

Jest Pani dowodem na to, że nie trzeba mieć dyplomu, aby być genialnym aktorem. Czy uważa Pani, że podjęcie aktorskich studiów zmieniłoby coś w Pani karierze?

Bez przesady. Staram się być profesjonalna, cały czas się uczę, ale do geniuszu bardzo mi daleko. Na pewno studia zmieniłyby coś w mojej karierze, ale nie wiem, co. W związku z czym się nad tym nie zastanawiam.

Wszem i wobec ogłasza Pani, że nie planuje ślubu. Czy to dlatego, że zalicza się Pani do grona tych kobiet, które uważają ślub za bzdurę? Czy może zwyczajnie to nie jest odpowiedni moment?

Nie ogłaszam tego wszem i wobec (śmiech) Po prostu dementuję plotki, które pojawiają się regularnie, a są wyssane z palca. Ślubu nie planuję, a jeśli kiedyś będę, to na pewno nie będę tego ogłaszać wszem i wobec (śmiech)

Czym dla Pani jest piękno?

Piękno jest dla mnie czymś, na co się przyjemnie patrzy.

Czy uważa się Pani za osobę piękną?

Nie.

Jak zdefiniowałaby Pani „pięknego mężczyznę”?

Osoba płci męskiej o nienagannych proporcjach.

Jakie są Pani plany na rok 2014?

Skupiam się teraz na działalności produkcyjnej, dobiegają końca prace nad moim autorskim projektem pod tytułem „Kapitan Plandeka”. Pracuję też jako scenarzystka. Będę pojawiać się w teatrach Komedia, Capitol i w Łódzkim Teatrze Lutnia. Jedziemy w trasę po Polsce ze spektaklem „Dwie Połówki Pomarańczy”. Będę pojawiać się w „Na Dobre i na Złe”. Marzy mi się kolejny musical, w związku z tym staram się nie wypaść z formy i chodzę na zajęcia śpiewu. Pracuję też nad projektem muzycznym, ale o tym zacznę mówić dopiero kiedy będzie gotowy.


foto: Pudelek.pl

„Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby z moim wyglądem obsadzić mnie, jako komendanta policji” – wywiad z Kacprem Kuszewskim

„M jak miłość” to najczęściej i najchętniej oglądany polski serial. Losy słynnej rodziny Mostowiaków mamy okazję śledzić już od ponad 10 lat. Jedną z głównych i najbardziej charakterystycznych postaci jest postać Marka Mostowiaka – niegdyś buntownika, dzisiaj odpowiedzialnego ojca trójki dzieci. W tę rolę niezmiennie, od pierwszego odcinka wciela się Kacper Kuszewski – według nas, aktor kompletny. Nie tylko fenomenalnie gra, ale i śpiewa i tańczy…Nie bez przyczyny został obsadzony w głównej roli w musicalu „Berlin 4 rano”. Po 9 latach aktor powrócił na ekrany kin w zupełnie nowej odsłonie. Tym razem dał poznać się widzom jako policjant i to bardzo…”pierdołowaty” policjant. Czy fenomenalna i przezabawna rola w najnowszej komedii „Wkręceni” otworzy przed nim kolejne drzwi?

 

Postać policjanta Grygalewicza  to Pana pierwsza większa kinowa rola…

Nie. 13 lat temu zagrałem sporą rolę w filmie „Strefa ciszy” Krzysztofa Langa (to jeszcze było przed „M jak miłość”), kilka lat później pojawiłem się u boku Piotra Adamczyka w  filmie „Karol, człowiek, który został papieżem”, ale faktem jest, że  odkąd ruszyło „M jak miłość” zostałem utożsamiony z postacią, którą tam gram.  I to nie tylko przez widzów, ale najwyraźniej również przez producentów i reżyserów. Jeśli chcę ich przekonać,  że mogę zagrać coś jeszcze, to dużo pracy przede mną. Mam nadzieję, że ten film jest  krokiem w tym kierunku. Bardzo się cieszę, że miałem możliwość zagrania postaci zupełnie innej od tej, z którą wszyscy mnie kojarzą. Jest to postać charakterystyczna, komediowa. W dodatku wyglądam zupełnie inaczej,  większość osób pewnie nie rozpoznaje mnie nawet na plakacie. Mogłem też posłużyć  wyrazistymi środkami aktorskimi. To była wielka przyjemność, chociaż przyznaję, że miałem ogromną tremę, bo z komedią jest tak, że o tym czy jest dobra, dowiadujemy się dopiero widząc reakcje widowni w kinie.

Towarzyszyła Panu trema?

Tak! Dzisiaj wieczorem, przed rozpoczęciem! Naprawdę,  byłem pełen obaw. Teraz, po obejrzeniu tego filmu, mogę śmiało powiedzieć, że jest to  dobra, zabawna komedia!

Nagle pojawia się Dominika Kluźniak i krzyczy:

Zajebisty! To jest zajebisty film! (Śmiech)

Kacper Kuszewski, kontynuuje…

To jest Dominika, która też widziała ten film dzisiaj pierwszy raz. Uważam, że była świetna.  Trzej panowie, którzy grali główne role również byli cudowni. Krzysiek Stelmaszczyk, Monika Krzywkowska… właściwie nie ma tu słabej roli.  Myślę, że nie było dawno w Polsce takiej sympatycznej komedii. Na tym filmie się nie rechocze, tylko ogląda się go z  uśmiechem na twarzy.  Cieszę się, że w takim właśnie filmie i w takim towarzystwie udało mi się wystąpić po tak długiej przerwie.

Jak Pan się przygotowywał do tej roli? Było w niej bardzo dużo mimiki…

Czasu na przygotowanie było bardzo mało,  ten film powstawał w zabójczym tempie. Nie było czasu ani na próby, ani na spotkania, musialem improwizować.  Piotr Wereśniak bardzo ufa aktorom, daje im dużo wolności  i jest niezwykle oszczędny w dawaniu wskazówek, więc po pierwsze trzeba wykazać własną inicjatywę, a po drugie trzeba się zdać na własną intuicję. Mam nadzieję, że moja intuicja mnie nie zawiodła (śmiech). Jedyna uwaga, którą dostałem od Piotra Wereśniaka brzmiała: „odważnie!”… No więc grałem odważnie (śmiech)

Jak Pan dostał tę rolę?

Dwa lata temu w Teatrze Roma w Warszawie na małej scenie, odbyła się premiera spektaklu „Berlin 4 rano”, w którym gram z Kasią Zielińską, Anią Głogowską i Rafałem Maserakiem. To jest spektakl muzyczny, w którym śpiewamy piosenki z kabaretów niemieckich z lat 30. Piosenki są oczywiście przetłumaczone na język polski. Aranżacje są unowocześnione, a piosenki są odważne i dosyć perwersyjne (śmiech).  Każda piosenka to inna postać i ja wcielam się tam w kilkanaście różnych postaci, zmieniam kostiumy itd… Producent filmu „Wkręceni” był na tym spektaklu i po premierze podszedł do mnie i powiedział : „Panie Kacprze, ja nie wiedziałem, że Pan ma takie możliwości!”. Dwa lata później dostałem propozycję zagrania w filmie. Nic nie bierze się znikąd (śmiech)

Jaka była Pana reakcja po przeczytaniu scenariusza?

Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że mimo niewielkich rozmiarów ta rola będzie dla mnie wyzwaniem. Chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby z moim wyglądem obsadzić mnie, jako komendanta policji.Ja chyba mam szczęście do takich przewrotnych pomysłów, bo z pierwszym filmem, w którym zagrałem – „Strefa Ciszy”-  było podobnie.  Zagrałem tam rolę psychopatycznego, młodego przestępcy – chłopca z marginesu. Wtedy, to już w ogóle wyglądałem jak  słodki, grzeczny 16-latek  ale reżyser chciał, żebym właśnie ja to zagrał. I okazało się, że byłem w tej roli wiarygodny. Teraz jak widać, ponownie mi się udało.

Co było najtrudniejsze do zagrania w tej postaci?

Myślę, że najtrudniejsze było to, żeby z tak niewielkiej ilości materiału stworzyć postać,  którą się zapamiętuje, mimo, że wiele się dzieje w tym filmie i koledzy grają fantastycznie. Mam nadzieję, że ten mój komendant Grygalewicz, gdzieś tam będzie zapamiętywany i ludzie będą mówić: „ O! Kuszewski go zagrał!”.

Będzie się Pan teraz starał o więcej takich kinowych ról?

Bardzo chciałbym pokazywać się publiczności od różnych stron. W zawodzie aktora, najbardziej kręci mnie to, że można grać różne postaci. Na pewno nie chciałbym grać tylko jednej roli już do końca życia.

Jak Pan porównuje granie postaci Marka Mostowiaka, do Policjanta Grygalewicza? To dwie różne role…

To dwie różne role, tak… Ja muszę wspomnieć, że moją profesorką/opiekunką w szkole teatralnej w Warszawie była Anna Seniuk. Była moim mistrzem. Jest to wybitna aktorka komediowa, słynąca z tego, że potrafi korzystać z niezwykle wyrazistych środków zarówno na scenie, jak i w filmie, w bardzo wiarygodny sposób. Przez kolejne 3 lata po szkole, byłem asystentem Anny Seniuk, więc myślę, że dostałem dobrą szkołę. Grając w tym filmie mogłem wykorzystać te umiejętności. Chociaż dla tych, którzy chodzą do teatru, mój udział w tym filmie nie będzie niespodzianką.

Niestety ludzie nie za często chodzą do teatrów…

Myślę, że gdyby ludzie częściej chodzili to teatru, oglądali aktorów w innych rolach, to łatwiej byłoby nam wychodzić z szuflad.

Zdarzyło się Panu kiedyś kogoś wkręcić?

Niestety jestem bardzo kiepskim kłamcą… mimo, że jestem aktorem.  Aktorstwo to jest zupełnie inna rzecz. Na scenie potrafiłbym zagrać kłamstwo, w życiu prywatnym bardzo źle mi to wychodzi (śmiech).

„Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! ” – wywiad z Bartoszem Opanią

To już kilka lat, kiedy nie widać go na wielkim ekranie. Obsadził się z kolei na długi, długi czas w serialu „Na dobre i na złe”. Dr Latoszka z Leśnej Góry, chyba nie trzeba przedstawiać. W tym znanym przez wszystkich aktorze z rodu Opania, drzemie również komediowa dusza, którą znamy z filmu „Zakochani”. To właśnie przy tej produkcji pracował po raz pierwszy z Piotrem Wereśniakiem. Drugi raz – przy jego najnowszym filmie „Wkręceni”. Wraca na ekran komediowym krokiem, wcielając się w postać nadpobudliwego zawadiaki Fikoła! Z Bartoszem Opanią, bo oczywiście o nim mowa, porozmawiałam tuż po premierze wyżej wspomnianej komedii.

 

Wszędzie teraz trąbią w mediach, że słynny dr Latoszek z „Na dobre i na złe”, zagrał po latach w komedii…

Nie, nie. Nie jestem słynnym dr Latoszkiem. Dr Latoszek został w Leśnej Górze w tej chwili (śmiech) Teraz jestem aktorem Bartoszem Opanią (śmiech) Zdarzyła mi się przygoda, by zagrać w filmie „Wkręceni” i jestem w sumie zadowolony z ostatecznego efektu, chociaż jestem jeszcze w szoku, bo to jest dopiero drugi raz, kiedy oglądam ten film.

Co się Panu najbardziej podobało w graniu postaci Fikoła?

Fajne było to, że mogłem zagrać dwie postaci w jednej. Grałem Fikoła i Hitlera… Tzn Fikoła, który udaje hitlerowca… tzn. Niemca (śmiech)

Czytałam, że nie ogląda Pan produkcji ze swoim udziałem.

Wie Pani, bywa tak. Nie lubię tego robić. Kiedyś dostawałem kasety vhs, czy też dvd, żeby zobaczyć to, na co jestem skazany na premierze. Premierę muszę zobaczyć, bo po prostu taki jest wymóg producenta, chociaż po to, żebyśmy teraz rozmawiali. Nie jest to przyjemne doświadczenie, kiedy jestem zaskoczony tym, co zobaczę na ekranie. Wczoraj oglądałem po raz pierwszy z widzami, a wcześniej nie widziałem kompletnie żadnych materiałów. Kiedyś było tak, że dostawało się najpierw materiał do domu. Można było się upić, obejrzeć, popłakać się nad tym, co się zrobiło lub nie, zebrać się do kupy i jakoś to przeżyć. Teraz już tak niestety nie jest…

Stresuje Pana oglądanie siebie na ekranie?

Tak. Każda scena, każdy dubel jest dla wrażliwego człowieka jak jego dziecko. To jest coś, co się rodzi. Zastanawia się nad tym w nocy, kombinuję, jak różne rzeczy zagrać… Jeżeli potem niektóre sceny zostaną powycinane, to sobie myślę „ jak to?! Zabrali mi to, o czym myślałem przez dwie noce?!” Ale takie są prawa filmu…

Jest Pan zadowolony z efektu końcowego „Wkręconych”?

Odetchnąłem z ulgą! Myślę, że „Wkręceni” to najlepsza polska komedia, od ostatnich 5 lat! Miałem jednak nadzieję, że będzie bardziej niepoprawna, bo jest na to materiał. Nie wiem tylko czy Polacy już do tego dojrzeli. Niepoprawna nie znaczy, że bardziej wulgarna, bo to nie ma nic wspólnego z poprawnością. Były tam fragmenty, w których jechaliśmy sobie równo po utartych ścieżkach, o tym, co wypada mówić, a czego nie wypada, czyli o Niemcach, Unii Europejskiej etc.

Podobno wiele scen było improwizowanych.

Tak, np. te przy samochodzie…

Co było największym wyzwaniem do zagrania postaci Fikoła?

Wszystko, co jest do zagrania w komedii jest wyzwaniem. Wydaje mi się, że to jest jeden z trudniejszych gatunków. Żeby zagrać szlachetnie w komedii, żeby to było dobre, to jest to wyższa szkoła jazdy. Myślę, że akurat wszyscy zdaliśmy egzamin w tej szkole (śmiech)

Ma Pan jakieś cechy wspólne ze swoją postacią?

Żadne, kompletnie.

Kompletnie?

A odnajduje Pani jakieś? (śmiech)

Np. fakt, że założył Pan dokładnie takie same okulary, w jakich można było zobaczyć Fikoła (śmiech)

(Śmiech) Nie, po prostu razi mnie blask fleszy. Poza tym chowam się… Chowam w nich swoją nieśmiałość.

Wkręcił Pan kiedyś kogoś?

Panią (śmiech) Żartuję! Zdarzyło mi się, ale nie chcę o tym mówić. To było bardzo głupie. Wykonałem kiedyś telefon, gdzie bardzo kogoś wkręciłem. Kogoś, kogo nie znałem – pozdrawiam tutaj hejterów. A potem zgubiłem ten telefon i nie mogłem tego odkręcić.