„Jestem osobą, na którą źle wpływa siedzenie w domu i rozmyślanie” – wywiad z Joanną Kulig

Za nami wakacje, błogie lenistwo i konferencje jesiennych ramówek największych stacji telewizyjnych. Pod koniec sierpnia TVN, Polsat, a także Telewizja Polska zaprezentowały nowości, jakimi umilą nam długie, jesienne wieczory. Jedną z propozycji Telewizji Polskiej jest nowy serial komediowy „O mnie się nie martw„. Jak zapowiadają producenci, będzie to pełen humoru i emocji serial, opowiadający o perypetiach grupy ludzi, których poznamy z perspektywy 30-letniej bezrobotnej rozwódki i matki dwójki dzieci. W roli głównej bohaterki (Iga Małecka) zobaczymy Joannę Kulig.

A co aktorka zdradziła nam na temat swojej nowej roli? Przeczytajcie naszą krótką rozmowę.

Czytaj więcej

„Nie mam problemu z rozebraniem się na scenie. Najważniejsze jest to, żeby to czemuś służyło” – wywiad z Samborem Czarnotą

Spotkaliśmy się w teatralnej kawiarence, godzinę przed „Hiszpańską Muchą” w której od ponad roku gra jedną z głównych ról. I nie dość, że był podczas tej rozmowy nad wyraz spokojny i kompletnie niestremowany faktem, że za godzinę wychodzi na scenę, to jeszcze cieszył się na myśl o spektaklu jak dziecko.

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Samborem Czarnotą, z którym porozmawiałyśmy o nagości, kompleksach, własnym teatrze i atakach śmiechu na scenie ;)

samborczarnota01
F
oto: rozastanco.com

Jak długo jesteś związany z Teatrem Kamienica?

Od roku. I można powiedzieć, że  Walentynkowo. 14 lutego zeszłego roku premierę miała Hiszpańska Mucha. Teraz na św. Walentego ZUS, czyli Zalotny Uśmiech Słonia… W przeciągu  jednego roku zrobiłem dwie duże premiery, więc to chyba całkiem dobrze.  Szczególnie, że to są dwie zupełnie różne od siebie sztuki.

Czy reakcje publiczności na dany spektakl różnią się od siebie? Czy jednego dnia ludzie reagują inaczej niż dnia poprzedniego?

Absolutnie tak.  To zależy przede wszystkim od publiczności, od tego kto przyjdzie.

Zdarzają się pojedynczy, bardzo niemili, przeszkadzający widzowie?

Zdarza się, że ktoś dekoncentruje… Na przykład komuś zadzwoni telefon . To, że ten telefon zadzwoni  to jeszcze nic. Ale gdy ktoś już odbiera telefon i gada: „No cześć. Nie mogę rozmawiać..(…) W teatrze jestem.(…) Jaka sztuka? Eee, słaba „(śmiech ).

Czy możesz zmieniać scenariusz? Czy za każdym razem on jest słowo w słowo taki sam?

Na etapie prób tak, ale już w trakcie przedstawienia raczej nie.  Chyba że po konsultacji np. z reżyserem, gdy mówimy o jakiś dużych zmianach. Ja uwielbiam grać z Emilianem Kamińskim. Znamy się, rozmawiamy o sztuce, teatrze, o swoim podejściu do zawodu. Cała filozofia grania polega na frajdzie, a żeby mieć frajdę to nie można tylko grać po nutach. Oczywiście tekst jest tekstem, ale jeśli zdarzy się, że w innym momencie zrobię pauzę, albo się uśmiechnę inaczej to jest to całkiem normalne, bo nie można grać na pamięć. Nie da się grać na pamięć.

Krępujesz się, gdy rozbierasz się na scenie?

W ogóle.

Nigdy Cię to nie krępowało?

Może na początku, gdy zaczynałem… Debiutowałem w spektaklu Romeo i Julia i graliśmy słynną scenę, kiedy to Romeo z Julią kochają się po raz pierwszy. Ciężko taką scenę zagrać pod kołdrą, bo to jest głupie. Wszystko było pięknie oświetlone, było tylko łóżko, delikatny wiatr, białe gołębie – coś magicznego! Musiałem wstać, żeby pokazać chociaż kawałek pośladka… Widzimy „ściemę”, jeśli facet w gaciach jest pod kołdrą. Jak się idzie do łóżka, to się jest na golasa -i broń Boże w skarpetkach! (śmiech). Ja wstałem z tego łóżka tylko po to, żeby wziąć całun, to trwało kilka sekund. Publiczność dostała  wówczas nerwowego śmiechu, bo nagle zobaczyła nagiego mężczyznę. Może wpłynęła na to pora dnia, bo graliśmy rano, nie wiem.  Ale nie zawstydziła mnie ta sytuacja, raczej zastanowiła, jak pokazywać nagość w teatrze i jak się do niej zbliżać.

I jak ją trzeba pokazywać?

Przede wszystkim nigdy się nie wstydzić.

Chyba sporo ludzi ma jednak problem z tym, aby rozebrać się do naga w miejscu publicznym.

Ludzie tak, aktorzy nie (śmiech). Ja nie mam z tym w ogóle problemu, pod warunkiem, że to czemuś służy. Nie mówię o rozbieraniu się do totalnego golasa, ale jeśli mam wyjść w ręczniku, albo z gaciach, to nie ma problemu. Pamiętajmy, że my tworzymy swoją rzeczywistość na scenie. Ja zapominam, że obok jest widownia. Na scenie jestem u siebie w domu, a u siebie w domu człowiek chodzi w majtkach i nie zastanawia się dlaczego, bo wie, że nikt na niego nie patrzy. Oczywiście łatwiej się mówi, trudniej wykonuje, ale ja osobiście nie mam z tym zupełnie problemu. Najważniejsze jest to, żeby to czemuś służyło.

Jesteś aktorem, ale też tylko mężczyzną. Chyba lepiej całować się z aktorką, która Ci się fizycznie podoba?

To prawda. Wiadomo, że młoda kobieta woli całować się z atrakcyjnym, młodym mężczyzną, niż z takim, który ma 75 lat. Ja staram się to jednak rozgraniczać. Jest jakieś zadanie do wykonania i tyle. Nauczyłem się jednej rzeczy w tym zawodzie, że czasami lepiej zrobić coś głupio, źle, ale spróbować, rzucić się na tę wodę, niż być wycofanym, mówić, że się nie da rady.  Trzeba ryzykować, otworzyć się, żeby wiedzieć co jest dla nas dobre, co nam smakuje, a co nie smakuje. Najgorzej też w tym wszystkim jest udawać. Jak Ty się wstydzisz, to widzowie wstydzą się jeszcze bardziej, jak udajesz, że kochasz to oni nie wierzą w ani pół słowa. My musimy uwierzyć w to, że to, co robimy jest takie, jakie sobie wymyśliliśmy, że my moglibyśmy się tak zachować.

Tak powinno być, ale…

Tak musi być.

…nie wierzę, że każdemu aktorowi to nieudawanie tak wychodzi.

Jest mnóstwo takich aktorów, którym nie wychodzi.

sambor_czarnota_05
F
oto: rozastanco.com

Zwracasz im wtedy uwagę?

Nie. Wymagam od siebie.

I uważasz siebie za dobrego aktora.

(śmiech)

No powiedz to!

Myślę, że robię wszystko, żeby być dobrym aktorem.

Czy taka scena, w której wychodzisz z teatru, a pod wejściem czeka na Ciebie kobieta i chce się z Tobą umówić jest Ci znajoma?

Umówić się chyba nie.  Znacie takie odważne dziewczyny? Bo ja nie znam.

Tak, bardzo dobrze. Siedzą tu przed Tobą (smiech).

Nigdy mi się to nie zdarzyło, a przynajmniej nie tak oficjalnie.(śmiech).

Zagrałeś główną rolę w filmie Ixjana…

Oj tam były sceny…

Czemu ten film jest tak krytykowany?

Nie wiem. To jest trudny film, ciężki. O gustach się nie dyskutuje. Komuś ten film się podoba, a komuś nie. Mówi się, że między krytykiem a aktorem jest taka różnica, jak między kochankiem a ginekologiem – widzą to samo a przeżywają co innego. Ja się nad tym nie zastanawiam, bo gdybym zastanawiał się nad każdą dobrą i złą recenzją to musiałbym się pociąć i zwariować, albo ze szczęścia, albo z rozpaczy. Wszystkim się nie dogodzi. To nie jest łatwy film, on jest bardzo klimatyczny, wymagający skupienia, zaangażowania. Do tego miał podwójny wydźwięk, ponieważ kończy się tak, że mój bohater przewiduje swoją śmierć. Jakby tego było mało Jeden z reżyserów tego filmu nie doczekał premiery, przez co obraz nabrał zupełnie innego wydźwięku. Dodam jeszcze, że film ma wyśmienitą obsadę…

Jest wiele polskich produkcji, z świetną obsadą, które okazują się klapą. Przykładem może być Tajemnica Westerplatte. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

To jest dobre pytanie…

A może to nie jest kwestia obsady? Weźmy np. Kamienie na szaniec, tam nie ma znanych nazwisk w głównych rolach, a film mimo to okazał się hitem.

Wiecie na czym rzecz polega? Podstawowa sprawa to scenariusz. Ja, jako aktor, czytając scenariusz mam wizję filmu, ale jest jeszcze reżyser, który po swojemu może ten scenariusz opowiedzieć. To, że film powstaje drugi raz na montażu i przy udźwiękowieniu to inna sprawa. Jest wiele wytycznych, które składają się na ogólny obraz filmu. Na pewno fajne jest to, że Kamienie na szaniec pokazują czas wojny, co jest sprawdzonym patentem. Okres wojny, wam, młodym kojarzy się z okrucieństwem i nagle pokazuje się, że ci ludzie byli szczęśliwi, oni się zakochiwali, byli szaleni, tańczyli, dlatego nas to pociąga. Co nas najbardziej pociąga w teatrze, w filmie? Nie zdjęcia, a emocje. To, że bohaterowie się kochają, walczą, całują, jest namiętność, nienawiść, odwaga. Do takich filmów się wraca. Jest np. film Chce się żyć… Temat ciężki jak cholera, ale pokazany w jasnych kolorach. Pokazuje człowieka, który pomimo wszystko chce żyć. Sztuką jest pokazanie takiej historii w jasnych barwach.  Emocje są najważniejsze. Wiem co mówię, bo sam piszę teraz scenariusz.

Jaki scenariusz?

Piszę scenariusz z przyjaciółką, ale nie powiem wam o tym ani słowa (śmiech).  To będzie 13 emocjonujących i „pojechanych” odcinków…

Jak decydujesz się na zagranie roli w filmie, bądź teatrze, to czym się sugerujesz w pierwszej kolejności? Scenariuszem? Zarobkami?

Nigdy zarobkami. Pieniądze to ważna, ale drugorzędna sprawa. Scenariusza na początku nie dostaję w całości, tylko jakieś sceny, więc zawsze pytam kim jest bohater, którego mam zagrać, skąd pochodzi, jakie ma relacje z innymi bohaterami. Później uczę się tekstu, mając swój światopogląd na ten temat, a na końcu dowiaduję się jaka jest wizja postaci, jak reżyser chciałby ją przedstawić. Wtedy ja mówię „ok, to ja wam najpierw pokaże moją wersję, a później wy powiecie mi jak chcecie, żeby to zostało przedstawione”.

Występujesz w serialach, ale zazwyczaj gościnnie…

Ja mam trochę opinię „Aktora do zadań specjalnych”, czyli jak trzeba coś konkretnego zagrać, a nie tylko ładnie wyglądać, to telefon jest do Sambora Czarnoty. A jak do tego ładnie wygląda, to już w ogóle jest super (śmiech).

Wyobraź sobie, że zostanie stworzony film specjalnie dla Ciebie, z Twoją wymarzoną fabułą, wymarzoną rolą. Co by to było?

Mam to wszystko w laptopie, bo właśnie o tym będzie produkcja, którą piszę. Przede wszystkim chodzi o człowieka i o to, jak przypadek rządzi jego życiem. To będzie rzecz kryminalno – romantyczno – przygodowa. Z dużym poczuciem humoru mimo wszystko. Chcemy stworzyć coś, czego jeszcze nie ma i myślę, że jesteśmy na bardzo fajnej drodze.

I to będzie ta Twoja wymarzona rola?

Myślę, że jedna z tych wymarzonych.

I Ty sam sobie ją musisz stworzyć!

Na to wygląda (śmiech).

Skąd decyzja o stworzeniu własnego scenariusza?

Mam 37 lat i do pewnych rzeczy dochodzi się drogą dedukcji.  To jest chyba efekt tego, że nie mogę przez całe życie być zdany na czyjeś decyzje, że ktoś mi mówi co mam robić. Ja sobie bardzo cenię niezależność. Aktor musi znosić często dużo upokorzeń, często jest traktowany jak produkt, jesteś potrzebny dopóki jesteś na fali.

Chciałbyś też stworzyć swój teatr?

Może kiedyś, na dzień dzisiejszy na pewno nie. Nie mam takiej siły jeszcze w sobie, a do tego trzeba mieć ogromną siłę i determinację, żeby to nie tylko stworzyć, ale żeby być odpowiedzialnym za tych wszystkich ludzi, którzy będą tam pracować, być odpowiedzialnym za widzów.

Masz kompleksy jako aktor?

Mnóstwo! Chociaż może trochę przesadziłem. Kompleksy źle mi się kojarzą. Chodzi o to, że człowiek ma czasem niewiarę w siebie, czasami chciałbym coś lepiej robić. Chciałbym czytać więcej książek, chciałbym mieć większą wiedzę, chciałbym mówić w sześciu językach, a nie w trzech. Ale to są sprawy bardziej ambicjonalne, niż kompleksy.

Oglądasz siebie na ekranie?

Nie permanentnie, ale tak.

Wielu aktorów krępuje oglądanie siebie na ekranie, denerwują się, że mogli zagrać coś lepiej…

Właśnie po to się siebie ogląda, żeby wiedzieć, co poprawić. Pod tym się jak najbardziej podpiszę. I też często patrzę, który dubel był dobry, a który pokazany został w filmie.  Ale tak naprawdę tylko my wiemy, co można by poprawić, widz tego nie wie.

Zdarzyła Ci się sytuacja, że dostałeś ataku śmiechu na scenie?

Pewnie!

Potrafisz to zahamować?

I tak i nie. Miałem taką sytuację chociażby wczoraj, tydzień temu, permanentnie! Ja to uwielbiam, a publiczność kocha to jeszcze bardziej.

Pod warunkiem, że nie dzieje się tak podczas scen dramatycznych.

Trzeba myśleć „trumna, trumna, trumna” (śmiech). Trzeba wiedzieć gdzie i kiedy się uśmiechnąć, żeby nie przekroczyć granicy.

Dlaczego wystąpiłeś w teledysku?

Nawet w czterech! Ania Dąbrowska zapytała mnie czy zagram, powiedziałem, że jasne, po koleżeńsku. Przyjechałem, zagrałem i poszedłem. Nawet piosenkę nagrałem.

Skoro potrafisz śpiewać, to mógłbyś wystąpić w jakimś musicalu!

Wydaje mi się, że jak chcesz się znać na wszystkim, to się nie znasz na niczym. I tego się trzymam.

Za jakąś godzinkę grasz spektakl w Teatrze Kamienica. Dlaczego zamiast powtarzać tekst, Ty udzielasz nam wywiadu? Nie stresujesz się?

Nie, ja lubię to grać, naprawdę się cieszę. Mam tylko jeden taki przesąd, że zawsze scenariusz leży u mnie w garderobie.  Zdarzało mi się, że wracałem ileś kilometrów po scenariusz, bo go zapomniałem w domu. Ale nie stresuję się, lubię to. Trzeba to lubić. Bo tak jak powiedział Pan Janusz Gajos, jeśli przed wyjściem na scenę nie czujesz adrenaliny, to jest to pierwszy powód do tego, aby pomyśleć o wycofaniu się z zawodu.

Fullscreen capture 2014-05-15 180347

„Czasem jestem bardzo kobieca, a czasem zakładam spodnie” – II część wywiadu z Omeną Mensah

Czy Pani kiedyś doznała negatywnego aspektu popularności?

Jasne! Mnóstwo razy! Bycie kolorową dziewczyną w kraju blondynek jest swego rodzaju sztuką (śmiech). Obecnie raczej nic złego mnie nie spotyka, kiedyś było na pewno więcej takich niemiłych sytuacji. Wydaję mi się, że Polska otwiera się na Świat. Dowodem na to są kolorowe osoby, takie jak ja, które gdzieś w tych mediach funkcjonują i to jest fajne. W ogóle wydaje mi się, że każde kolejne pokolenie, to będzie pokolenie uśmiechniętych ludzi. Ja się uwielbiam śmiać i wygłupiać (śmiech). Jestem mega pozytywna i zawsze mnie dziwi, dlaczego ludzie w Polsce są tacy ponurzy.

Jak Pani myśli, dlaczego tak jest?

To wynika trochę z takiego doświadczenia – były czasy komuny, szarości, walki o to, żeby zdobyć towar  i nie było powodów do uśmiechu. Oczywiście zdarzały się wyjątki np. moja mama, która jest pozytywna. Ale dopiero kolejne pokolenia są o wiele bardziej uśmiechnięte. Ja myślę, że za ileś lat, gdzieś się spotkamy i będą te statystyki zupełnie inne, ale obecnie jesteśmy ponurym narodem. Narzekanie jest na porządku dziennym. Zawsze się śmieję, jak ktoś mnie za granicą pyta: how are you, to mówię better than you! (śmiech). Ludzie są w szoku, bo to jest zupełnie niepolskie!

Ludzie są po prostu bardzo zazdrośni i zawistni

I to jest coś,  czego ja zupełnie nie rozumiem! Nie wiem z czego to wynika. Patrzymy pod siebie, a nie na zespół. Ja trenowałam koszykówkę i to jest też fajny sposób, żeby nauczyć się pracy w zespole. Nauczyło mnie to pracy nad trofeum wszystkich. Nie, że ty sama robisz dla siebie, tylko każdy musi dać z siebie wszystko, bo chcemy zdobyć puchar. To jest fajna sprawa!

Pani nie pojawia się zbyt często na celebryckich imprezach. Dlaczego?

Szczerze mówiąc chodzę na te imprezy, ale teraz mam tak dużo pracy, że nie mam na to po prostu czasu. Wiecie ile to wymaga przygotowania? Zosia musi przyjechać, musi mi wybrać ciuchy, coś wypożyczyć, coś kupić… To są 2-3 godziny. Jak mam je poświęcić na takie wyjście, to ja wolę teraz się skupić nad swoją książką, albo egzaminami, które właśnie zaczęłam zdawać.

Pani też projektuje meble!

Tak! Mam nawet swoją markę! Indywidualizm – taka jest misja i ideologia. Ammadora to jest moje dziecko, taka moja druga natura, która się przerodziła w biznes. Bardzo się w tym realizuję, mam swoją grupę ludzi, która te meble tworzy i tutaj a propos talentów, zapraszam wszystkich chętnych do współpracy. Dostaję fajną satysfakcję od zadowolonych klientów, którzy też uczestniczą w tworzeniu tych rzeczy, bo mówią, czego oczekują. To są meble inspirowane sztuką. Ja bardzo lubię sztukę, interesuję się nią, oglądam – to jest taki mój konik. To jest w sferze moich zainteresowań, poza amatorskim robieniem zdjęć.

Pani robi bardzo dużo rzeczy!

Tak, bo ja jestem ashanti (śmiech). A propos mojego pochodzenia – imię Omena, oznacza kobietę bardzo przedsiębiorczą, zorganizowaną (śmiech).

To wszystko jasne! Nieprzypadkowe imię!

Nieprzypadkowe (śmiech). Ja taka zawsze byłam. Ja w ogóle uważam, że kobiety takie są. Zauważcie jedną rzecz – kobieta najlepiej odczytuje komunikaty niewerbalne. Wie jak się do nich ustosunkować, ma świetnie rozwiniętą inteligencję emocjonalną, potrafi współodczuwać to, co inni odczuwają, dzięki czemu potrafią się odpowiednio zachować. Nawet jak pracuję z kobietami, to dla mnie kobiety są lepsze.

Woli Pani pracować z kobietami?

Szczerze? Nie chciałabym panów w żaden sposób obrazić (śmiech), są oczywiście cudowni, fajni, ale jak trzeba wynieść śmieci, to trzeba wynieść śmieci, ale nie można według nich, oprócz tego po drodze zobaczyć, czy trawa dobrze skoszona, czy drzewka dobrze rosną itd. Jak mają do wykonania jedno zadanie, to jest to jedno zadanie, natomiast kobieta po drodze idąc ze śmieciami, zobaczy, że można by było zrobić mnóstwo innych rzeczy. Kobiety potrafią zdywersyfikować swoją pracę i mają podzielną uwagę. Posiadają niesamowitą siłę, którą trzeba wykorzystywać  (śmiech).

Kobiety też bardzo często ze sobą konkurują

To zależy, bo jeżeli kobiety tworzą fajny, zgrany team i mają cel, który trzeba zrealizować, to one  ten cel zrealizują. Nie bez powodu się mówi, że kobiety idą po trupach do celu. Jeśli jest grupa, drużyna, to kobiety naprawdę są w stanie świetnie ze sobą współpracować. Każda wie, która w czym jest dobra i którą do czego może zaangażować. Z mężczyznami jest tak, że są oni bardziej analityczni i konkretni, natomiast my we wszelkiego rodzaju pracach jesteśmy kreatywniejsze i bardziej zorganizowane, a do tego przebojowe! Lepiej się odnajdujemy w rożnych sytuacjach.

Pani nie konkuruje ze swoimi koleżankami z branży?

Kompletnie! Ja jestem tak od nich różna, a one ode mnie… Zresztą ja sama sobie moją ścieżkę wymyśliłam oraz to, co robię i się na tym skupiam. Nie za bardzo mnie interesuje to, co robią moje koleżanki, byleby czyniły dobrze! (śmiech). Nie mam potrzeby konkurowania. Może jakby posadzili obok mnie same mulatki, to może wtedy (śmiech). Zobaczcie, nawet specjalnie dla was upięłam dzisiaj włosy (śmiech).

Bardzo nam miło (śmiech)! Czyli stawia Pani na kobiety!

To też nie jest tak. Mój ulubiony fryzjer, to mężczyzna. Uważam, że mężczyźni są w tym świetni. Jest kilka profesji, w których oczywiście uważam, że faceci – akurat, jeśli chodzi o mnie i moje doświadczenia – lepiej się odnajdują. Ale jeśli chodzi o współpracę, to zdecydowanie wolę kobiety. Teraz pracuję nad takim projektem odnośnie tolerancji, edukacji i pracuję z grupą kobiet. Wszystko zależy od zadania. Fachowcy, którzy pracują przy moich meblach są świetni, ale wiecie ile kosztuje mnie czasem wytłumaczenie im różnych rzeczy?(śmiech).

Nie potrafią odczytać Pani wizji? (śmiech)

To jest dość trudne (śmiech). Dla nich taka estetyka na najwyższym poziomie jest trudna. Najważniejsze, że ma być zrobione dobrze i poprawnie, a jeśli ja wymagam jeszcze czegoś, co nie jest zwyczajne, to nie zawsze się to wiąże od razu z akceptacją.

Z jednej strony Pani zarządza, a z drugiej ma Pani duszę artystyczną!

Każda kobieta ma w sobie taką duszę artystyczną. Wszystkie lubimy piękną biżuterię, ładnie się ubrać… Jesteśmy kobietami. Ja w jednej sferze jestem bardzo kobieca, a w drugiej trzeba włożyć spodnie (śmiech).

Pani była kiedyś modelką. Mówi się, że modeling to seks, narkotyki itp. Czy Pani też się kiedykolwiek o coś takiego otarła?

Nie, szczerze mówiąc nigdy (śmiech). Pewnie, że coś takiego jest, pytanie, czy podchodzimy do tego rozsądnie. Wszystko jest dla ludzi, trzeba siebie znać. Jeżeli ktoś jest słaby, to niech lepiej nie próbuje – takie jest moje zdanie. Niech lepiej nawet nie próbuje alkoholu, bo można po jednym łyku zostać alkoholikiem. Jeśli ktoś ma do tego jakąś swoją ideologię i swoje zasady, to raczej nie zostanie wciągnięty w to zło.

Nie myślała Pani nigdy o tym, aby poważnie zająć się modelingiem?

Nie. Ja byłam wychowywana w przekonaniu, że uroda jest fajna i pomaga, ale przemija. Często  pracuję wykorzystując swój wygląd. Praca w telewizji, to nie jest tylko fonia, to raczej jest wizja. 90% przekazu jest niewerbalne, tylko 7% przekazu to jest słowo. Zróbcie sobie kiedyś test w domu, włączcie coś i wyłączcie dźwięk. Zobaczycie jak wiele można wyczytać z tego, jak się ktoś porusza, zachowuje itd. Kobiety mają to na najwyższym poziomie rozwinięte. Chociażby mamy…Przecież dziecko nie mówi prawie do 3ciego roku życia! Mama jednak wie, kiedy dziecko chce mleko, kiedy zrobiło kupkę, kiedy siku (śmiech) Mama wszystko wie!

Nie boi się Pani o swoją posadę? Tego, że przyjdzie ktoś młody, zdolny

Dlatego robię tak wiele rzeczy! (śmiech). Po to kończę studia doktoranckie, żeby w mojej karierze zajmować się właśnie edukowaniem. Po to też zajmuje się szkoleniami. Nie można zakładać, że przez całe życie będzie się robić to samo. Te czasy minęły, żebyśmy zaczynali pracę w jednej firmie i byśmy do 50tki, czy 60tki w niej siedzieli.

Jak wygląda Pani standardowy dzień?

Muszę wstać chwilę po 5tej, przygotować się do tego, co się dzisiaj wydarzy, przyjechać szybciutko do TVN, porozmawiać z synoptykiem, wziąć od niego dane i wejść na pierwsze spotkanie z prowadzącym poranek, czyli np. z Jarkiem Kuźniarem albo Marcinem Żebrowskim. Podczas takiego dyżuru, który trwa mniej więcej do 13-14, tych spotkań jest sporo i za każdym razem rozmawiamy na tematy pogodowe w Polsce. Prognoza pogody jest bardzo popularna, ludzie bardzo lubią oglądać pogodę, lubią wiedzieć, co się wydarzy. Oprócz tego, że prowadzę pogodę robiłam też swojego czasu mnóstwo magazynów sportowych i podróżniczych. Także tych różnych formatów poza pogodą i telewizją było bardzo dużo. Doświadczenie mam spore (śmiech) Teraz też pracuję nad kolejnym formatem, zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale na razie nic nie mogę wam zdradzić! (śmiech)

Czy są jeszcze jakieś rzeczy, których Pani nie zrobiła?

No pewnie! Mnóstwo! Na razie jednak, wstydem by było, gdybym powiedziała, że jestem niezadowolona. Wręcz przeciwnie – ja bardzo świadomie buduję swój wizerunek, świadomie aktywizuję się w jakieś działania, bo to są rzeczy, które są zgodne ze mną, które są dla mnie wyzwaniami, wymagają ode mnie pracy nad sobą. I przede wszystkim zawsze mają przynieść wymierne korzyści, a ja jestem po ekonomii! (śmiech) Jakkolwiek na te rzeczy, które robię nie patrzeć, to jednak tę praktykę i racjonalizm można znaleźć, jak chociażby w Ammadorze. Wiadomo, że to jest coś, co ja bardzo kocham, ale nagle się okazuje, że z czegoś takiego można zrobić fajny biznes. Myślę, że podchodząc tak do wszystkiego w życiu jest fajnie, bo oczywiście można wydać pieniądze na swoje pasje i nic z tego nie mieć, ale można też z tej pasji uczynić fajną formę pracy. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja nie czuję, że pracuję, bo tak tę swoją pracę lubię, tak się w niej realizuje, że ja nie czuję zmęczenia i to jest coś, czego życzę wszystkim.

Ma Pani jakieś takie hobby, o którym nikt nie wie? Np. słucha Pani ciężkiego metalu?(śmiech)

Bardzo się interesuję muzyką. Ostatnio mam taką zajawkę na muzykę niszową, polskie kapele np. Kamp. To grupa z Łodzi – rewelacyjne chłopaki! Teraz też np. byłam z Olivierem Janiakiem w górach, robiliśmy materiał i mi pokazał fajną muzykę polską – Fismol! Bardzo mi się spodobał klimat, ale ogólnie Kamp, naprawdę polecam! W ogóle nie brzmią po polsku, ale byłam na ich koncercie, kupiłam płytę i są super!

Koncertuje Pani?

Jasne, dużo! Chciałam iść na Backstreet Boys, ale miałam sesję zdjęciową do mojej książki, więc się nie wyrobiłam. Ale taki był plan żeby iść i powspominać stare, dobre czasy (śmiech) Byłam też ostatnio z córką na Macklemore, bo ona uwielbia jeździć na koncerty. Ma nawet założony zeszyt, w którym odznacza te, na których już była. Byłam też na koncercie Selah Sue, na Openerze, na koncercie Madonny w Berlinie, chociaż on mi się akurat nie podobał. Byłam też na koncertach jazzowych w Berlinie. Niedawno, gdy robiliśmy Projekt Zima, pojechaliśmy do knajpy pod Szczawnicą – takie miejsce, że nawet nie sądziłam, że może istnieć! Była to mała knajpa, w klimacie, w górach – przyjechała do niej grupa bałkańska! To było coś zupełnie innego, bo to się rzadko ogląda i to było dla mnie bardzo fajne doznanie artystyczne. Z polskiej muzyki bardzo lubię też klimaty Edyty Bartosiewicz, stare Varius Manx. Ostatnio też kupiłam płytę Dawida Podsiadło.

Będzie Pani chroniła córkę przed medialnym światem?

Moją córkę angażuję czasem w swoje różne zawodowe działania, bo ona jest dość ambitna. Zbiera na różne rzeczy, a w domu wychodzę z założenia, że jak jej dam na tacy, to jej nie zmotywuję do żadnych działań.

Kręci ją świat telewizji?

Chyba jak każdą nastolatkę. Wiele rzeczy jej się podoba, aczkolwiek ona bardzo fajnie do tego podchodzi. Nie chce być prezenterką, ona chce być chirurgiem urazowym. Mój tata jest kardiochirurgiem, więc cieszy mnie to bardzo. Oby w tym swoim postanowieniu gdzieś tam wytrwała. Zawsze się śmieję, że przez nią wszyscy będą chcieli chorować. Jest taka piękna, że każdy będzie się chciał u niej leczyć (śmiech).

Niewiarygodne, że ma Pani nastoletnią córkę!

Ja sama w to nie wierzę! Vanessę rodziłam na 5 roku studiów. Większość osób mówiła, że gdzie ja te studia ukończę, że nie ma takiej opcji, a ja się zaparłam. Stwierdziłam, że muszę mieć wyższe wykształcenie, że co ja mam dziecku powiedzieć, że nie skończyłam studiów?! To było tylko dla mnie motywacją do ciężkiej pracy. A czy ją będę chronić przed światem telewizji? Ja ją aktywizuję w różnego rodzaju działania, czasem nawet w akcje charytatywne, albo jakieś sesje zdjęciowe. Ona chce, ale podchodzi do tego bardzo praktycznie. Zdaje sobie sprawę, że ma urodę, która jej pomoże, ale to nie jest coś, co jest na zawsze. Wszystko w życiu kiedyś się kończy, więc trzeba mieć alternatywę chociażby w postaci świetnego wykształcenia, pomysłu na siebie – bez tego ani rusz!

Pani cały czas jest w formie!

(Śmiech) ja po prostu jestem szczęśliwą kobietą! Gdybym powiedziała, że jest inaczej, to bym po prostu skłamała.

Niewiele jest osób, które podchodzą do życia w tak pozytywny sposób jak Pani.

Ja lubię sobie żartować, lubię chodzić do teatru, a jak do teatru, to tylko na komedie. Słucham wiele opowieści, że ktoś był na ambitnej sztuce… Dla mnie życie jest tak ambitne, tak trudne, smutne i przykre czasami, że jeśli ja mam się jeszcze męczyć, to dajcie spokój! Np. w Teatrze Kwadrat, to ja już wszystkie sztuki obejrzałam. Nawet do mnie dzwonią i mówią, że nie ma już nic nowego (śmiech), ewentualnie coś, co nie jest komedią, ale ja wtedy odpowiadam, że tylko komedyjki i nic więcej! (śmiech) Dobry spektakl, który polecam, to Burdel Szopka. Dobry motyw bo, porusza temat gender. To jest trochę teatr, trochę kabaret i komentuje aktualne tematy związane z Warszawą. Ja ostatnio byłam i był pan gender, ubrany w rajstopy i sukienkę! Płakałam ze śmiechu! (śmiechu) A co do gender, przyszła do mnie ostatnio moja koleżanka rehabilitantka i opowiedziała mi taką sytuację… Jej klientka opowiadała, że zepsuł jej się komin i poszła go naprawić. Naprawiała, czyściła, umęczyła się 1,5h i idzie do kuchni, a tam jej facet stoi w fartuchu przy zlewie, gotuje obiad. Mówi mu, że super, że gotuje, ale że mógł jej pomóc z tym kominem, a on do niej się odwraca i mówi – „no co? Gender!” (śmiech).

” W ogóle nie marzyłam o tym, aby pracować w telewizji” – I część wywiadu z Omeną Mensah

Jest ekonomistką, byłą fotomodelką, napisała książkę, prowadzi szkolenia, uczy samoakceptacji, autoprezentacji, projektuje meble, a od lat, niemal każdego dnia, zapowiada prognozę pogody. I kto by pomyślał, że dawniej miała kłopoty z dykcją, a swoją telewizyjną przygodę rozpoczęła prowadząc program o zabarwieniu erotycznym? Prawie zapomniałyśmy… Od kilkunastu lat spełnia się w jeszcze jednej, najważniejszej dla Niej roli – roli Mamy.

O trudnych początkach, życiowym szczęściu, różnorodnych zainteresowaniach, pracy w telewizji i wielu innych, rozmawiałyśmy z najbardziej kolorową osobowością, jaką miałyśmy przyjemność poznać – Omeną Mensah.

Ukończyła Pani Akademię Ekonomiczną

Tak, teraz to już się nazywa Uniwersytet Ekonomiczny (śmiech) Po wejściu do Unii Europejskiej wszystkie akademie przemianowano na Uniwersytety. Obecnie jestem na studiach doktoranckich na SGH w Warszawie, na kierunku ekonomiczno-społecznym. Jako, że na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu ukończyłam zarządzanie, to idę dalej w tym kierunku. Oczywiście te zarządzanie będzie zahaczało o bazę mediów, w których siedzę od 11 lat.

Dlaczego zarządzanie? Interesował Panią ten kierunek?

To był najbardziej humanistyczny kierunek ze studiów ekonomicznych, jaki był możliwy (śmiech). Odnalazłam się w zarządzaniu, co wynikało z tego, że będąc w liceum uczono mnie tak naprawdę głównie praktyki i tylko trochę wiedzy merytorycznej. Pamiętam, że mieliśmy założoną taką firmę w liceum, gdzie każdy miał szansę startować do różnych jej działów. To było ćwiczenie, które trwało kilka miesięcy i każdy mógł zobaczyć w czym jest dobry, a w czym nie. Ja do dzisiaj wspominam, że to liceum mnie bardzo dużo nauczyło. Pokazało mi, że na pewno księgową nie będę, bo to za trudne dla mnie (śmiech). Natomiast pokazało mi też, że jak siedziałam w marketingu, to wymyślałam fajne strategie w tej naszej fikcyjnej firmie. Potrafiłam zarządzać ludźmi, potrafiłam się w tym świecie kreacji lepiej odnaleźć. Stąd też taka decyzja, żeby iść dalej w tym kierunku zarządzania, organizacji, marketingu. Dalej już na uczelni wybrałam europeistykę. Teoretycznie powinnam być dzisiaj dyplomatą, chociaż nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa! (śmiech)

Kiedy podjęła Pani studia ekonomiczne, myślała Pani, że przydadzą się one w pracy w telewizji? Co było najpierw marzenie o pracy w telewizji, czy ekonomia?

W ogóle nie było marzenia o pracy w telewizji, bo w życiu jest tak, że zazwyczaj rządzi nim przypadek. Jeśli my się do tego przypadku odpowiednio ustosunkujemy i odnajdziemy w tej sytuacji, bądź włożymy bardzo dużo pracy, to może nam się to spodobać. Stwierdziłam wtedy, że to jest fajny pomysł, że tak naprawdę chcę się dalej w tym kierunku rozwijać. A studia zarządzania mi w tym wszystkim pomogły. Po pierwsze, to jest nauka zarządzania, organizacji, współpracy z innymi, a to jest podstawa. Ogólnie studia, to jest świetna sprawa! Uczą nas systematyczności, zmuszają nas do czytania książek, których nie mamy ochoty. Wierzcie mi dziewczyny, że teraz z perspektywy lat, widzę jak bardzo mocno to wpływa na osobę pracującą w telewizji. Wiem, jakimi tematami z pogranicza charytatywności się zajmować. Większość znanych osób w Polsce zajmuje się tematami osób chorych, biednych, potrzebujących. Ja w swojej działalności chcę się skupić na ludziach, którym trzeba pomóc się edukować i rozwijać. Odnajdywać nawet nowe talenty, podnosić świadomość tolerancji w kraju, pokazywać, że to, że świat jest różny i każdy jest inny, nie znaczy, że jest zły.

W jaki sposób Pani pomaga?

Dokonałam ostatnio adopcji serca, czyli zaadoptowałam dziecko z kraju Trzeciego Świata! Czekam z utęsknieniem aż dostanę zdjęcie tej osoby. Wybrałam taką formę, bo tym tematem bardzo mało osób się zajmuje w Polsce. Wszyscy się skupiają na tym, co jest tak naprawdę medialne, umówmy się – bo to fajnie wygląda, jak się pomaga kiedy dziecko jest chore. Mało jest osób, które zajmują się tymi zdrowymi, zdolnymi, chętnymi do zmiany, które później będą leczyć te chore dzieci, będą leczyć nas, będą dla nas pracować. Ja w tym kontekście myślę bardziej globalnie. Może jestem mało polityczna… No ale cóż (śmiech)

Zastanawia nas jak się Pani znalazła w telewizji. Powiedziała Pani wcześniej, że to była kwestia przypadku. Jak wyglądała droga do TVN’u?

Pracowałam kiedyś jako fotomodelka. Byłam już na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i tak naprawdę  swoją karierę zawodową wiązałam raczej z pracą gdzieś w Unii Europejskiej – w jakiejś korporacji, czymś związanym z managementem, marketingem. Ale oczywiście jako otwarta dziewczyna prowadziłam swój pierwszy biznes – robiłam warkoczyki, dredy (śmiech). Miałam 3 Afrykanki, które były przeszkolone, jeździły po kilku salonach w Polsce i czesały dziewczyny. To była dla mnie fajna forma odnalezienia siebie. Później za zarobione pieniądze kupiłam klub w Poznaniu z dyskoteką i prowadziłam go przez dwa lata. Pojechałam pewnego dnia wraz z koleżankami na pokaz bielizny do Szczecina i wtedy ze strony mojej serdecznej koleżanki, z którą notabene współpracowałam, ponieważ miała ona też agencję modelek, powstała propozycja, czy nie chciałabym wziąć udziału w castingu do telewizji. Był problem, bo prowadziłam ten swój klub w Poznaniu i musiałam w weekendy siedzieć i pilnować pracowników. Na szczęście moja mama powiedziała, że będzie mnie wspierać – dwa tygodnie posiedzi tam ona, dwa tygodnie ja. Zdecydowałam się więc pójść na ten casting. Prawdę mówiąc, dopiero lądując tutaj w Warszawie, dowiedziałam się o co tak naprawdę chodzi w tym całym castingu i jaki to jest program.

Co to takiego było?

To był program o zabarwieniu erotycznym. Pamiętam, że to była najtrudniejszy lekcja autoprezentacji , jaką  przeżyłam przez ten rok czasu. Studentka, grzecznie ułożona dziewczyna, przyjeżdża do Warszawy, siada na kanapie i ma rozmawiać o miłości, seksie itd.

Czyli Pani dopiero siadając na kanapie dowiedziała się o czym będzie program?

Tak, dosłownie!

Nie chciała Pani uciec?

(Śmiech) Nie, zadzwoniłam do swojego chłopaka i powiedziałam: słuchaj…w tym programie chodzi o 0 700 i te sprawy… (śmiech) W życiu też jest ważne żeby otaczać się ludźmi, którzy mają trochę więcej doświadczenia od nas, od nich się uczyć i brać z nich to, co najlepsze. Pamiętam, że mój chłopak wtedy powiedział: ty się niczym nie martw, może to jest dopiero początek czegoś fajnego. Jak cię wybiorą, będziesz się martwiła. Tak też zrobiłam. Przyjechałam, usiadłam i tak się akurat zdarzyło, że poznałam wtedy żonę Liroya – Asię Krochmalską. Siedziałyśmy razem na kanapie i zaczęłyśmy normalnie rozmawiać jak dwie koleżanki – widząc się po raz pierwszy! Ogólnie znalazłam się w grupie 3 dziewczyn, które przeszły ten casting – dziewczyny się zjeżdżały z całej Polski, a ja byłam tak naprawdę najsłabsza. Najgorzej mówiłam, ale postanowiłam sobie, że będę nad sobą ciężko pracować, więc uczyłam się języka, czytałam bardzo dużo książek dotyczących tematyki psychologii człowieka, trochę erotyki itd. W tym programie było tak, że przychodziły do nas znane osoby – pamiętam, że pojawiła się Doda, Andrzej Nejman, Ania Przybylska… Każdy przychodził, siadał i rozmawiał na temat miłości, seksu, lekkiej erotyki itp. Dla mnie to była tak trudna szkoła. Po pierwszym roku pracy wiedziałam, że to na pewno nie jest coś, czym chcę się zajmować do końca swojego życia. Po tym roku pracy, poznałam starszego, bardzo sympatycznego pana, który podszedł do mnie i spytał, czy byłam na castingach do prowadzenia pogody.

Brzmi jak film!

Dokładnie, to było jak film! (śmiech) Zaświeciła mi się taka żaróweczka! O! To jest coś, co będę mogła robić wiele lat, to jest coś fajnego, co pozwoli mi zakończyć temat tego programu. Tak też się stało. Poszłam na ten casting i się okazało, że tym sympatycznym panem był Mariusz Walter – mój mentor, człowiek, który mnie wielu rzeczy nauczył jeśli chodzi o pracę w telewizji. Mogę być mu wdzięczna za wszystkie rozmowy, wszystkie nauki, słowa krytyki i pochwały dotyczące mojej pracy i całego rozwoju zawodowego.

Jak ten casting wyglądał? Nie miała Pani wtedy już problemów z dykcją i mówieniem?

Ależ oczywiście, że miałam (śmiech) Ja miałam ten problem dalej przez 3 lata i się zastanawiałam, jak to się stało, że teraz jestem tutaj, gdzie jestem (śmiech). Słuchajcie, te 11 lat mojej pracy w telewizji minęło jak pstryknięcie palcami! Dosłownie! Życzę wszystkim osobom, studentom, żeby w życiu mieli szanse spróbować czegoś, co wyda im się bardzo trudne, ale będą pewni, że ten trud się opłaca. Bo ta pewność dla mnie wtedy, że to jest coś fajnego, coś w czym mogę się rozwijać, coś w co chcę zainwestować swój czas, jest cenniejsza niż tysiąc innych super propozycji pracy. Ta pewność, to jest ta droga, którą powinniśmy kroczyć i tego naprawdę wam dziewczyny też życzę – żebyście w tej swojej drodze do dziennikarstwa, wiedziały w jakim kierunku chcecie iść. Dziennikarstwo to jest bardzo szeroka dziedzina, to jest lifestyle, to są poważne tematy, tematy związane ze sportem. Tutaj tak naprawdę zaczęła się ciężka harówka, bo prezenter pogody w 90% przypadków występuje na żywo. Nie ma miejsca na pomyłki, nie używamy promptera. Musimy też mieć orientację w terenie, znać się na geografii.

Czy Pani idąc na casting miała tę orientację w terenie? Znała się Pani na geografii?

Tak, dlatego że prowadząc życie modelki, musiałam często podróżować z mapą, co było bardzo praktyczną wiedzą – wierzcie mi (śmiech). Nawet jeżdżąc samochodem po Polsce, docierałam do różnych miejsc, w których później prowadziłam ten swój biznes z warkoczykami. Kiedyś nie było nawigacji, nie było telefonów, żeby sobie szybko trasę wklepać. No i tutaj zaczęła się ciężka praca nad sobą, nad autoprezentacją, nad wystąpieniami i nad stresem – to było najważniejsze.

Na początku był stres?

Stres jest zawsze. Nawet dzisiaj. Tylko, że to jest inny poziom stresu niż kiedyś. Przypuśćmy, że mamy skalę  od 1 do 10. Teraz jest na poziomie 1-2 przy pracy w telewizji, z kolei inny przy wystąpieniach publicznych. O tym też m.in. piszę teraz w swojej książce. Piszę odnośnie autoprezentacji, wystąpień publicznych, interpretacji człowieka, całej tej otoczki związanej z tym, że musimy każdego dnia się w jakiś sposób prezentować.

Dlaczego zdecydowała się Pani napisać książkę?

Ponieważ robię z tego szkolenia. Te 10 lat doświadczenia pozwoliło mi na to, żeby tak dużo wiedzieć na ten temat, być w tak różnych sytuacjach, w których konieczne było się odnaleźć, że myślę, że to jest wiedza, którą trzeba się podzielić, szczególnie z młodymi osobami. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że niestety żyją w XXI wieku i to jak się prezentujemy, w jaki sposób mówimy, jacy jesteśmy w stosunku do innych ludzi, jakie budujemy z nimi relacje, jest w 90% clue naszego bycia na tej planecie i naszego sukcesu. Jeżeli my się zamkniemy na świat, na innych ludzi, to niestety nigdy nie będziemy w stanie z tymi ludźmi współpracować.

Do kogo kieruje Pani swoje szkolenia?

Kieruję je głównie do kobiet. Teraz zaczęłam jeszcze współpracę z taką organizacją, której beneficjentki chcą coś w swoim życiu zmienić, albo np. w ogóle zdobyć pracę. Uczę tego, jak się do tego przygotować, bo to jest ciężka praca. Trzeba najpierw siebie polubić, siebie poznać, dowiedzieć się jakim jest się typem osobowości, co się lubi, jak rozpoznać po drugiej osobie, jaki jest jej typ osobowości, co ona lubi oraz jak czytać mowę ciała drugiej osoby. To jest niesamowita wiedza, która bardzo potrafi pomóc.

Pani jest także psychologiem!

Nie (śmiech), to jest czysta praktyka. To jest to, że ja bardzo lubię ludzi. Lubię ich obserwować, lubię z nimi pracować.

Czy ma Pani czasem takie momenty, że za chwilkę musi wyjść na wizję i uświadamia sobie, że nie jest wystarczająco przygotowana?

Po tylu latach, jak spojrzę na mapę to już wszystko wiem. To jest kwestia doświadczenia. 10 lat pracuję z synoptykiem, to są informację meteorologiczne, wiem co z czego wynika, wiem czym są dane sytuacje podyktowane. Oczywiście, to jest tak, że taka rozmowa z synoptykiem, który to przygotowuje jest konieczna, lecz nawet jeśli by się zdarzyło, że tego synoptyka nie ma, a ja mam jakiekolwiek dane np. z internetu – jestem w stanie je sama odpowiednio zinterpretować na tyle dobrze, żeby przekazać widzowi wiedzę konkretną, merytoryczną.

Pamięta Pani swoje pierwsze wystąpienie jako pogodynka?

Tak (śmiech) Przygotowywałam się do niego 3 miesiące, robiłam wiele prób. Pamiętam, że uczył mnie świętej pamięci prof. Młynarczyk, który uczył wtedy wszystkich prezenterów w Polsce od Lisa, przez Pochanke, Werner itd. Mówił mi zawsze, żebym się nie bała być sobą, że ten człowiek, w tym szklanym okienku ma prawo się pomylić. I nawet dobrze jeśli się czasem pomyli, bo wtedy widz wie, że to nie jest gadająca głowa, tylko człowiek. Akurat to mnie pocieszało, bo ja się wiecznie myliłam (śmiech)

Jak wypadł ten Pani pierwszy raz?

Jak teraz oglądam zdjęcia, to widzę, że byłam na maksa zestresowana i zastanawiam się, jakim cudem wpuścili to w ogóle na antenę (śmiech). To jest dowód na to, że naprawdę z takiej zakompleksionej, spokojnej dziewczyny, przez takie wyzwania można poznać siebie i przekraczać jakieś granice, które nam budują życie, albo my je sobie budujemy poprzez to, że nie chcemy czegoś zrobić, bo się tego boimy. Wszystko co nowe, jest dla nas czymś niedostępnym, nie wiemy jakiego kluczyka użyć, żeby otworzyć te wrota i wejść do tego pięknego pokoju.

Czy rozpoczynając pracę w telewizji zdawała sobie Pani sprawę, że będzie osobą publiczną?

Nie, ja szczerze mówiąc wtedy kompletnie o tym nie myślałam. Byłam tak skupiona na tym, żeby poprawić swoją autoprezentację, że w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Taki „boom” przyszedł po Tańcu z Gwiazdami. Ja jestem kolorową dziewczyną mieszkającą w kraju blondynek (śmiech) Jest jeszcze kilka innych kolorowych dziewczyn, lecz tak naprawdę od kilkunastu lat jestem konsekwentnie przy stacji TVN i lojalnie wykonuję swoją pracę, oprócz tego oczywiście rozwijam się też na innych polach zawodowych. Prowadzę swój własny biznes, robię szkolenia. Ale szczerze wymiar tej popularności, jaki daje telewizja  jest niesamowity. Teraz to jest kwestia tego, czy nam odwali palma, czy też jesteśmy przygotowani na to. Ja teraz piszę w swojej książce o wszystkich dzieciach talent show. To jest problem. To są osoby, które w ciągu kilku tygodni stają się bożyszczami społeczeństwa, wszyscy ich uwielbiają, kochają, dostają niesamowity zastrzyk adrenaliny, pożądania i uwielbienia, po czym ktoś z nich te powietrze spuszcza i zostają z niczym. O tym się nie mówi w kontekście telewizji, ale zobaczcie ile jest takich osób, które pamiętacie, które brały udział w takich programach? Jest ich niewiele, a brały udział dziesiątki. Co się teraz z nimi dzieje? To nie są kariery budowane latami, rok po roku. Są szczęśliwcy, którzy potrafią tę szansę wykorzystać, potrafią odnaleźć się w tym wszystkim i wiedzą,  jak dalej sobą pokierować. Natomiast jak czasami w życiu nie spotkamy odpowiednich osób, które nam wskażą drogę, albo nie posłuchamy mądrzejszych od nas, nie zamkniemy za przeproszeniem ryja, nie posłuchamy tego co mają do powiedzenia od nas lepsi, to nie ma szansy na to. Ja mówię, że ja się uczę zawsze od lepszych. Zawsze ktoś jest lepszy ode mnie, ktoś jest mądrzejszy, kto ma większe doświadczenie i może mnie czegoś nauczyć i ja zawsze to wykorzystuję.

Często osoby, które wygrywają talent show nie potrafią unieść tego ciężaru…

Dokładnie. To jest trochę tak, że są osoby stworzone do posiadania pieniędzy, są do nich przyzwyczajone, a są też osoby, które nigdy nic nie miały, nagle dostają nie wiadomo ile, ale i tak te pieniądze stracą. A to dlatego, że to nie jest nic zbudowanego konsekwentnie. Dlatego ja zawsze powtarzam wszystkim osobom, żeby budowały konsekwentnie swoje kariery, żeby miały z tyłu głowy informację – co będzie, jeśli byśmy stracili, to co teraz mamy? To jest też bardzo ważne.

Myśli Pani, że takie talent show są dla wszystkich, czy jednak są osoby, które nie powinny brać udziału w takich programach?

Wydaje mi się, że każdy talent się jakoś obroni, ale w życiu niestety poza talentem, ważniejsza jest ciężka praca nad sobą i szczęście. Zobaczcie jak wiele jest osób, które mają wielki talent, ile jest pięknych modelek, a tylko kilka robi wielką karierę. Ile też jest prezenterów, prezenterek, a tylko kilku coś sobą reprezentuje, coś robi. I tak jest w każdej dziedzinie.

„Kamienie na szaniec” – wywiady z bohaterkami filmu, Magdaleną Koleśnik i Sandrą Staniszewską

„Kamieni na szaniec” ciąg dalszy! :) Tym razem zapraszamy do przeczytania wywiadów, z tą drugą – żeńską połówką filmu, czyli Magdaleną Koleśnik (Monią) oraz Sandrą Staniszewską (Halą).

Magdalena Koleśnik – Monia

Foto: materiały prasowe                                                                               

Wcieliłaś się w „Kamieniach na szaniec” w postać Moni…

Zgadza się. Ten film opiera się jednak bardziej na chłopakach, niż na kobietach. Jest o ich męskim szaro-szeregowym świecie. Wydaje mi się , że w tym prawdziwym świecie, kobiety jednak odgrywały bardzo ważną rolę. Nie czuję się pominięta, nie czuję mniejszej roli z racji tego, że nie jestem główną osią wydarzeń. Zawsze miałam poczucie, że Monia jest bardzo potrzebna Rudemu, że przynosi mu słońce. Tak jak za oknem są wybuchy, umierają ludzie, tak Monia jest taką oazą. Faktem jest, że Monia to dziewczyna – wulkan, ale Rudemu jest przy niej dobrze.

Czyli Twoja postać jest po to, aby wspierać Rudego?

Tak myślę. Można walczyć zbrojnie , można walczyć też wspierając drugą osobę – to bardzo waleczne zadanie.

Jak się przygotowywałaś do tej roli? Chyba jako jedyna miałaś najmniej dokumentów i materiałów na temat swojej bohaterki…

Tak, rzeczywiście nie ma za wiele dokumentów o Marynie, chociaż jak się dobrze poszuka, to można coś znaleźć. Monia wydawała mi się niezwykle ciekawa, elektryzująca. Była akurat brunetką, ale myślę, że kolor włosów jest tutaj najmniej istotny. Z racji, że nie było tak dużo tych materiałów, mogłam puścić wodze fantazji. Moja postać była świetnie napisana w scenariuszu, więc wystarczyło tylko dodać coś od siebie i ją ożywić.

Pokazałaś na ekranie bardzo wiele emocji – płacz, cierpienie… Zastanawiam się, czy był moment, w którym nie grałaś, lecz były prawdziwe łzy i prawdziwy ból?

Miałam trochę czasu, od momentu, kiedy dowiedziałam się, że mam do zagrania Monię, żeby zrobić research, zdobyć informacje, przetrawić to. Ja tak buduję rolę, że filtruję materiał, a później filtruję wszystko przez siebie. Nie jestem w stanie tego zakłamać, bo ja to będę wykonywać. Te emocje zawsze są prawdziwe. Produkuje się w głowie okoliczności, posługuje się wyobraźnią. Wtedy człowiek na prawdę jest w stanie przenieść się w tamte realia. Do tego scenografia, charakteryzacja, to jak Rudy był zrobiony, a był totalnie zmasakrowany, to wszystko działało na wyobraźnię i wystarczyło tylko z tego skorzystać. Płakałam, krzyczałam, bo to się naturalnie pojawiało. Ta postać się we mnie zakorzeniła.

Ale miłość była już udawana…

Ja tę miłość akurat udawałam, ale np. wiele czerpałam z życia prywatnego. Jestem szczęściarą, że dotknęłam miłości, więc oczami wyobraźni może widziałam troszeczkę co innego (śmiech)

Jak dostałaś tę rolę?

Kończę teraz Krakowską Szkołę Teatralną, jestem na roku dyplomowym i zaczynam chodzić na castingi. Na ten zostałam zaproszona przez panią Małgosię Adamską, która robiła casting i dostałam tę rolę. Miałam do zagrania te ekstremalne sceny – z Halą i Zośką, kiedy go szantażowałam, że musi odbić Rudego. Miałam też scenę z pistoletem, kiedy zdecydowałam, że to ja zabiję tych wszystkich, którzy go katowali. Więc na dzień dobry były to rzeczy ekstremalne. Ale stawka była wysoka, a ja wierzę w to, że kiedy człowiek czuje, że to jest dla niego praca, to zadanie, to daje z siebie wszystko. Ja czułam, że ona czeka na mnie, więc warto było walczyć. To nie był tylko krzyk i darcie łacha (śmiech) Było też wiele przyjemnych emocji.

Jak Ci się podoba efekt końcowy „Kamieni…”?

Ja na to patrzę trochę jak na laboratorium. Porównuje swoje marzenie, swoje wyobrażenie z tym, co udało mi się uzyskać. Nie jestem obiektywna i nie potrafię powiedzieć, czy mi się podoba czy nie. Patrzę na to bardzo analitycznie, jestem za bardzo emocjonalna. Ciągle myślałam, że tutaj mogłam więcej, a tutaj mniej. Nigdy nie może być mowy o takim pełnym zadowoleniu z siebie na ekranie, ale polubiłam Monię i od momentu, kiedy mnie zafascynowała czytając scenariusz, nadal ją lubię. Zostałyśmy kumpelami (śmiech)

Myślisz, że młodzież byłaby w stanie zachować się dziś równie bohatersko, jak bohaterowie „Kamieni…”?

Ciężko mi stwierdzić, czy tak czy nie. Ja się urodziłam w ’90 roku, w wolnej Polsce. Nigdy na własnej skórze nie przeżyłam ekstremalnych, wojennych wydarzeń. Ciężko mi powiedzieć co by było. Chcę wierzyć, że zachowalibyśmy się godnie. Wychowujemy się w cieplarnianych warunkach, nie wiem czy nie byłoby tak, że mielibyśmy dwie lewe ręce. A może byśmy się zebrali, byli solidarni, udałoby się nam odzyskać wolność? Mam nadzieję, że się nie dowiemy, czy byśmy podołali czy nie. To, co się dzieje u sąsiadów jest dla mnie totalną abstrakcją i egzotyką. Dopóki nie zapuka to do naszych drzwi, to zawsze będziemy to wypierać. Wojna jest przerażająca…

Jakie są Twoje obecne plany?

Grałam epizod sanitariuszki Klary w „Mieście 44”, która będzie miała swoją premierę w sierpniu. Oprócz tego robię teraz dyplomy – jestem w trakcie przygotowania „Murzynów”, także zapraszam na mój dyplom do Krakowa. Oprócz tego gram akrobatkę, wnuczkę dyrektora cyrku, w teatrze Ateneum w Warszawie.

 
Sandra Staniszewska – Hala

Foto: materiały prasowe

Postać Hali, w którą się wcieliłaś była Twoim debiutem. Jak Ci się oglądało siebie po raz pierwszy na wielkim ekranie?

Teraz już dobrze, ale jeszcze przed premierą trochę się stresowałam. Teraz już czuję, że zrobiliśmy z chłopakami kawał dobrej roboty, że mamy świetną pamiątkę.. To jest film młodych ludzi, czyli tak naprawdę nasz film. I to jest super, że nawet jeśli się zadebiutuje jakimś małym epizodem, albo rolą drugoplanową, to jest to jakaś nasza wspólna, fajna praca, która pozostanie Polakom w pamięci na bardzo długo i pozostawi jakiś materiał wychowawczy.

Jak Ci się podoba efekt końcowy?

Ciężko jest mi go ocenić, bo pierwszy raz go oglądałam i bardzo emocjonalnie do tego podeszłam, ale mogę powiedzieć, że ten film trafia do bardzo różnego grona odbiorców. Podczas emisji miałam przyjemność siedzieć pomiędzy 70-letnią kobietą, a 14-letnią dziewczynką. Wszystkie trzy wyszłyśmy zapłakane z kina i bardzo przeżywałyśmy wszystkie sceny podczas seansu. Często podobnie reagowałyśmy, więc cieszę się, bo od tego zależy, czy dzieło artystyczne ma sens. Trafia ten film do odbiorcy i ewidentnie do każdego pokolenia, więc jestem z tego bardzo zadowolona.                                            

Jak się przygotowywałaś do swojej roli? Była ona bardzo emocjonalna…

Hala cały czas gdzieś walczyła… Dla mnie najważniejszym punktem było to, żeby nie wystraszyć Zośki. Gdybym była kobietą, która była bardzo emocjonalna, bardzo kochliwa, bardzo zaborcza, to on by się ze mną w życiu nie zadał. Ja byłam na poziomie chłopaków, kiedy byłam twarda, pozwalałam mu chodzić na te akcje, kiedy go wspierałam i towarzyszyłam mu podczas zadań, to wtedy był blisko. Na tym mi zależało, żeby dopuścić do jakiejś kwestii przyjaźni, rozmowy z drugim człowiekiem, na poziomie kumpla, a nie kochanki bądź nieświadomej dziewczyny. To była bardzo świadoma kobieta, lojalna, wyrozumiała, wspierająca i niezwykle wrażliwa.

Czy były takie momenty, kiedy te Twoje emocje były prawdziwe, niekoniecznie zagrane?

Wszystko było prawdziwe. Jak weszłam w rolę Hali, nie miałam problemu, jeśli chodzi o kwestię prawdy. Bardzo łatwo było to sobie wyobrazić, przez to, że tworzyliśmy wspólnie klimat tego filmu. Na planie była odpowiednia muzyka, scenografia i reżyser, który bardzo fajnie się odnosił do tamtych czasów i jeżeli chodzi o kwestię prawdy, to nie czuliśmy żadnych zakłamań. Były trudne emocje do wydobycia…

Bardzo to widać, że są prawdziwe…

My tego nie odgrywaliśmy. Te emocje się działy. Miałam scenę, kiedy mój chłopak chciał popełnić samobójstwo. Weszłam do łazienki, gdzie siedział z pistoletem… Jeżeli spotyka Cię coś takiego naprawdę, to jest to niezwykle emocjonalny moment w życiu. Nie jesteś w stanie sobie tych emocji wyobrazić. One po prostu się wydarzały, tam nie było nic reżyserowane. Nie było tak, że reżyser mówił, że tam mam płakać. Nie – po prostu miałam reagować, tak jak Hala by zareagowała w tym momencie…

Jaka jest rola kobiet w tym filmie?

Bardzo duża. W książce jest skupiona na chłopakach. Jeżeli by popatrzeć szerzej, mówi się o „Powstańcach”, a nie „Powstankach”. To jest kojarzone z rodzajem męskim, co jest interesujące, bo kobiety miały bardzo duży udział w Powstaniu. To one przekazują tę historię dalej, to one tak naprawdę w tym momencie, we wszystkich wspomnieniach opowiadają tę historię. Cudowne jest to, że żadna nie przedstawia siebie w roli bohaterki, tylko swoją koleżankę. To jest bardzo interesujące że one były na tyle skromne, na tyle szczęśliwe, że przeżyły, na tyle wspierały się na wzajemnie, że niosą tę historię. Pomagały organizować chłopakom akcje, przekazywały informacje, dbały o ich mundury, przyszywały im guziki, gotowały im obiady. Kamuflowały tajne akcje swym wyglądem. W momencie przygotowywania się do filmu, znalazłyśmy z Magdą (filmową Monią), bardzo dużo inspiracji, kim były te kobiety. Film niestety trwa ile trwa, a reżyser zrobił ten film o mężczyznach, a kobiety były po to, by ich wspierać, były przy nich cały czas.

Jak Ci się współpracowało z całą ekipą?

Bardzo dobrze, bardzo się zżyliśmy na planie. Jesteśmy w podobnym wieku, przyjaźnimy się. Mówimy do siebie pseudonimami z filmu, więc to też gdzieś zapadło w naszych sercach. Z reżyserem i operatorem też była świetna atmosfera, to samo z całą ekipą techniczną. Na prawdę, nie było ani jednej sytuacji, z której mogłabym być dzisiaj niezadowolona albo mogłabym mieć o coś żal. Wszystko było bardzo profesjonalne.

W okresie kręcenia filmu, nie raz musiałaś z planu jechać prosto na uczelnię i na odwrót. Jak Ci się udawało „wyjść” z tej roli?

Siedziała ta postać cały czas w mojej głowie… Gorzej było z moim ciałem, musiałam je później rozedrgać. Często przed jakąś sceną krzyczałam, albo prowadziłam monologi wewnętrzne, żeby uruchomić ciało na zasadzie jakiejś kwestii niebezpieczeństwa, czy krótkiego spięcia.

Teraz już chyba wyszłaś z roli Hali?

Wczoraj się to we mnie obudziło, bo obejrzałam film i mi się wszystko przypomniało. Ukłuło mnie to jeszcze i myślę, że dziś też będę jeszcze „nosić Halę ze sobą”. Ta Hala będzie jeszcze ze mną, ale na pewno to nie jestem ja, więc czas też ponownie wrócić do Sandry, która jest zupełnie inna od mojej bohaterki. Ale bardzo się cieszę, że miałam przyjemność zapoznania się z taką postacią i zaprzyjaźnienia się z nią wewnętrznie.